FRAZA NR 77 / 2012 – PORTRETY

PORTRETY:

Beata Szymańska

Na plaży

Ślady prowadzą do wody:
jeden but
dwie kule.
Dla dobrego pływaka
nieważne są szczegóły

Upał na autostradzie

Na autostradzie
dwóch robotników.
Słońce, słońce topi asfalt
i ani rośliny, ani zwierza, ani nic.
A mówią, że wszystkie źródła
powstały z łez.

Jesienny spacer nad morzem

Deszcz po horyzont,
ale jaka roześmiana jest ta kobieta
w czerwonym płaszczu,
kiedy tak wędruje przez wydmy
ze swym pięknym, nieuczciwym księgowym.

Szczęście

Mała łódka na jeziorze
w niej gruby człowiek
bardzo szczęśliwy
Nie ma tu nikogo,
kto by mu coś radził albo odradzał
Połyka wiatr
i śpiewa.

Chłopczyk którego biją inne dzieci

Stoi nieruchomo.
Jeszcze nie wie
że kiedyś pobiegnie z płonącą pochodnią w ciemną noc.
Teraz chciałby być jak kot w byle jakim kolorze,
którego nie dostrzeże cesarz.

Z Upaniszad

Od nieistnienia prowadź nas do istnienia
Z ciemności prowadź nas ku światłu
Od śmierci prowadź do nieśmiertelności.
Ale zostaw trochę nicości,
żeby otworzyć przestrzeń.
Ale zostaw trochę nocy,
żeby dzieci miały dobre sny.
Ale zostaw trochę śmierci,
żebyśmy mogli zrozumieć
tych, którzy się jej boją.

Im mniej będzie mnie, tym więcej świata

Wyszłam z mody
i chyba
już mnie tam nie ma.
Trudno.
Można by teraz wrócić do siebie,
ale to nie tak –
albowiem:
im mniej będzie mnie,
tym więcej świata.
Wtedy
wiele rzeczy widzi się o świcie.
Na przykład:
z ciemności nocy lęgnie się jaskółka
i leci bez wahania w lawendowy obłok.
W ukrytych korytarzach
kret zasypia
śniąc przeżutą ziemię.
Można też usłyszeć
cichy syk przestrzeni
łagodny,
jak piosenka obudzonej żmii,
którą grzeje słońce.

Źle się dzieje w krainie żab

Źle się dzieje w krainie żab.
Wysychają rozległe mokradła.
Żarłoczne słońce, nieprzerwany błękit.
Tymczasem tysiąc odległości stąd
budzi się cyklon.
Zbiera wody oceanów,
nadciąga z dachami domów,
niesie samochody, krzesła, stodołę z ludźmi
i stuletnią kapliczkę.
Krzyk i chaos.
Nie zguba to jednak,
ale ocalenie:
Tylko patrzeć,
jak wypełnią się jałowe wąwozy
i oślizgła, zielona, przemoknięta wiosna
przyniesie utracony dobrobyt
do krainy żab.

Beata Szymańska

Elena Aleksiewa

GŁOS (fragment)

Wszyscy ludzie mają matki.

Nawet kobiety. Choć mogłoby to się wydać dziwne.

Dziś rano na ulicy zobaczyłam przejechanego ptaka. To był gołąb. Nieczęsto można coś takiego zobaczyć. Ptaki są zazwyczaj szybkie. Ale nie tym razem.

Gołąb był przejechany dopiero co, jeśli mnie dobrze rozumiecie. Może lepszym określeniem byłoby „rozjechany”. Całe wnętrzności miał na wierzchu. Spróbowałam na to nie patrzeć. Na próżno. Były jeszcze czerwone. Pewnie ciepłe. To się musiało zdarzyć dopiero co. Jeszcze nie pociemniały. Będzie tu leżał na asfalcie i nikt go nie zabierze, pomyślałam. Aż w końcu zmieni się w kupkę śmieci. Zwyczajnych, brudnych, niezidentyfikowanych śmieci.

I pomyśleć, że prawie codziennie przechodzę tą ulicą. Mogłam go nie zauważyć. Mogłam to być ja. I nie ma w tym nic wzniosłego. To nie jest żadna sztuka: śmierć. Właśnie tego chcą matki dla swoich dzieci. Najpierw je rodzą, a potem przez całe życie ze wszystkich sił popychają ku śmierci. Że niby to wszystko dla ich dobra. Dlatego też nigdy nie zostałam matką. Bardzo się pilnowałam. Postępowałam wbrew swojej kobiecej naturze. Prowadziłam prawdziwe wojny. Chociaż nie powiem, żebym tak bardzo pragnęła. Dla mnie zawsze sztuka była na pierwszym miejscu. Nie moja własna kariera. Sztuka. Jest różnica. Mówią, że talent zabiera ci wszystko. Ale straszne, kiedy nie daje nic w zamian. Mój był właśnie taki. Mówię „był”, bo dawno z niego nie korzystałam. Nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje. Będę mogła sprawdzić. Już dziś wieczorem. Płuca i gardło mam zdrowe. Głowę też. Przepona i mózg: katoda i anoda, między którymi przepływa elektryczność mojej sztuki. Już ją czuję, jak mi syczy i szumi tuż za mostkiem. Niecierpliwie przełykam ślinę. Będę musiała przedtem porządnie się rozśpiewać. Wywabić z kryjówki mój głos, to stare, zaspane zwierzę. Jeśli już bezpowrotnie nie umarł, jak ten gołąb na ulicy. A jeśli mi się uda, to czy to będzie mój głos, czy jej? I czy to w ogóle ma jakieś znaczenie?

Taki nieduży recital, powiedział Carlos przez telefon. Nawet go nie poznałam po głosie. Kto mówi, spytałam jak jakaś podejrzliwa, głuchawa staruszka. Carlos, odpowiedział, twój impresario. O Boże, odparłam, nie wiedziałam, że jeszcze mam kogoś takiego jak impresario. Roześmialiśmy się jednocześnie na dwóch końcach druta, chociaż obydwoje widzieliśmy, że to wcale nie był żart.

Coś w rodzaju poranka, tylko że wieczorem. Sala jest nieduża, ale ma doskonałą akustykę. Organizują to na zlecenie grupy amerykańskich turystów. Bonus jako dodatek do pakietu podstawowego. Płacą bardzo dobrze. A najlepsze jest to, że jeśli im się spodoba, to włączą ten koncert do ich standardowego programu kulturalnego. I wtedy automatycznie angażują cię za każdym razem, kiedy przyjeżdża grupa. To prawdziwa okazja.

Carlos milknie i słyszę pstryknięcie zapalniczki, kiedy zapala papierosa. Potem się zaciąga i głośno wydmuchuje dym.

No i?

Dalej milczę. Tak zabawnie jest słuchać, jak pali.

Przy następnym zaciągnięciu zaczyna kaszleć i zastanawiam się, czy winien jest papieros, czy moje milczenie.

Jest tylko jedna rzecz, dodaje opanowawszy kaszel. Oni nie chcą ciebie. Chcą ją.

Czy kiedykolwiek było inaczej, pytam. Staram się, żeby moje pytanie zabrzmiało jak najbardziej retorycznie, żeby nie próbował mi odpowiadać. Ale właśnie w tym momencie jakiś diabełek pociąga mnie za język i zadaję drugie retoryczne pytanie.

Czy w Ameryce nie wiedzą, że Callas już dawno umarła?

Jeśli nie jesteś zainteresowana, to mogłaś mi od razu powiedzieć, obraża się. Uważam, że to dobra propozycja. I myślałem, że potrzebujesz pieniędzy.

Potrzebuję, i to jak.

Doskonale, mówi Carlos i zapala nowego papierosa. A masz się w co ubrać?

Tak, mówię i nie wiem, czy powinnam mu być wdzięczna, że jest taki praktyczny. Nie pyta mnie, czy będę mogła. Tylko, czy mam się w co ubrać.

Od tamtej pory ciągle czekam, aż się stanie coś strasznego. I w dzień, i w nocy. Dużo ćwiczę, czasem przez cały dzień. Bo normalnie całymi dniami nie otwieram ust. Chowam swój głos, przełykam go. Myślę, że nigdy więcej nie odważę się pokazać przed ludźmi, nawet gdyby to byli amerykańscy turyści. Głos, który stanowił moje bogactwo, teraz przekształcił się w moją nędzę. Nie muszę go słyszeć, żeby wiedzieć. Zresztą gdybym nawet chciała, to i tak nie mogę go usłyszeć. Chyba żebym się nagrała. Ale nie zrobię tego za nic w świecie, zwłaszcza teraz. Kiedy człowiek śpiewa, to nie słyszy swojego głosu. Słyszy tylko opustoszenie. Wszystko bezpowrotnie z niego uchodzi, jakby ktoś gniewnie mu wszystko wydzierał. Ktoś. Ten tam na górze, który obdarzył go głosem i wraz z nim całą tą poniżającą nędzą.

Śpiewam, potem milczę. Śpiewanie nie męczy mnie, wprost przeciwnie. Ale w milczeniu czuję się lepiej. Nie mam pojęcia, czy jestem gotowa na dzisiejszy wieczór. Może nie. Może nigdy nie będę. Ale dla tych turystów to chyba nie ma znaczenia. Nie muszę śpiewać pięknie, dość bym śpiewała czysto. Oni i tak się nie zorientują. A gdyby się któryś zorientował, to liczę na jego współczucie. Nie żeby jej ktoś kiedykolwiek współczuł, albo żeby potrzebowała czyjegoś współczucia. Ale ja potrzebuję. Popatrzcie na mnie, przekażę im swoim milczeniem. Jestem starą kobietą, wciąż jeszcze piękną, wysoką, pełną godności jak wieża, dlatego potrzebuję waszego współczucia. Żeby nie upaść. Starość ma kruche kości. Godność zanika, kurczy się jak tandetna bluzka po odwirowaniu. Nie da się jej włożyć nawet na po domu. Wstyd. Nie pasuje. Dlatego proszę o współczucie dla starej kobiety i bądźcie dla niej mili. A poza wszystkim innym jestem tutaj dla pieniędzy.

Płacą bardzo dobrze, powiedział Carlos.

Ale nie wymienił cyfry, a ja krępowałam się zapytać.

A potem jeszcze ten sen. Popołudniowy otumaniający koszmar. Położyłam się na krótką drzemkę. Od jakiegoś czasu muszę odpoczywać w ciągu dnia, choć moje życie nigdy nie było szczególnie męczące. Tylko bezsensowne, w odróżnieniu od jej życia. Pozbawione jej wielkich tragedii. Całe nafaszerowane jej obecnością. Dlatego koło południa muszę się położyć.

I wtedy śniła mi się nie ona, tylko jej matka. A widziałam ją tylko raz przez uchylone drzwi garderoby po spektaklu Normy w Metropolitan. Krzyczały na siebie. Albo raczej syczały w tej niezrozumiałej greczyźnie.

Ale w moim śnie matka Callas była sama. I miała na sobie suknię z ciemnozielonego aksamitu, którą chciałam włożyć na dzisiejszy koncert. Uszminkowana była, jak jej córka w Medei. Z bliska była przerażająca, a z daleka – piękna. Nie zauważyła mnie, wyminęła w korytarzu prowadzącym na scenę. Chciałam jej powiedzieć, że się zgubiła, że mogę jej pomóc znaleźć drogę do wyjścia. Miałam ochotę objąć ją, dotknąć policzkiem chłodnego, miękkiego aksamitu, przykrywającego jej piersi dokładnie na tyle, ile wymagają normy przyzwoitości. I dopiero wtedy zauważyłam, że nic na sobie nie mam. Matka Callas ukradła mi suknię.

A teraz na domiar wszystkiego ten gołąb. Jego krew jeszcze nie wyschła na asfalcie, jak dostrzegłam kącikiem oka. I co z tego, że nie lubię gołębi. To brudne ptaki, roznoszą zarazki, całkiem jak szczury. Ale ten był martwy i już nic nie miał roznosić. Nie wiem, czy bardziej się go brzydziłam, czy żałowałam.

Później, kiedy próbowałam się rozśpiewać, ciągle miałam w głowie tego gołębia. Jakby usta wypełniała mi krew i kłęby piór. Omal nie zwymiotowałam.

Dwa dni po tej rozmowie telefonicznej spotkaliśmy się z Carlem w „Czerwonym koniu”.

To była mała restauracja, raczej gospoda, ale z przyjemnym ogródkiem. Zobaczywszy mnie Carlos ceremonialnie podniósł się od stolika i wyszedł mi na spotkanie. I chwała Bogu, bo inaczej na pewno bym go nie poznała. Bardzo się biedak postarzał. Chodzi zgarbiony. Głowa mu się trzęsie.

O, Carlos, już jesteś, powiadam.

Czarująca, odpowiada on i podnosi moją rękę do swoich bezkrwistych ust.

Zupełnie jakbym cię widział w twoich najlepszych latach. Jak ty to robisz, że ciągle jesteś taka sama.

Nie muszę precyzować, że nie jestem. Sam to widzi. I mimo to mam przewagę punktową, bo on mnie poznał, a ja jego nie.

Ostrożnie przeżuwamy polędwiczki wieprzowe. W ogrodzie pachnie bez, jakbyśmy byli w raju. Kiedyś Carlos był pięknym mężczyzną, nie to, co teraz. Wydaje mi się dziwne, że nigdy nie byliśmy kochankami.

Dawno nie piłam wina. Głowa robi mi się ciężka.

Podczas gdy czekamy na deser, słońce podnosi się coraz wyżej. Jest jeszcze maj, a pogoda jak w lecie.

Gorąco ci, pytam.

Tak, za gorąco, odpowiada Carlos i nie jestem pewna, co dokładnie ma na myśli.

Chcę, żeby zrobić afisz. To jest mój warunek. I żeby na nim było napisane coś w rodzaju: Wiktoria Głos, wielkimi literami, nieco powyżej środka, a niżej, trochę mniejszymi: wykonuje arie z repertuaru Marii Callas. Nie musi być wymyślny. Coś prostego. Białe tło, czerwone litery.

Nie da się, ucina. Przecież ci mówiłem, że to zamknięty koncert. Nie potrzebują afisza. Ale za to będzie program. Luksusowo wydany, po angielsku. Jeśli chcesz, to ich poproszę, żeby ci wysłali wzór.

Na moment zasłaniam twarz rękami. Carlos zapala cygaro i jego zapach dociera do mnie przez splecione palce.

Chciałabym móc się rozpłakać. Być młodą, rozpłakać się, a potem żebyśmy gdzieś razem poszli. Nie do mojego mieszkania. Do niego. Wtedy by było bez znaczenia, czy będzie afisz, czy nie.

A czy w tym programie będzie moje zdjęcie, pytam cicho.

Oczywiście, odpowiada Carlos.

A jej?

Kiwa głową i z cygara, które trzyma w zębach, na stojące przed nim nietknięte cytrynowe lody sypią się drobinki popiołu.

Nie, mówię. Moje ręce są jak dwa martwe białe ptaki, leżące z dwóch stron talerza z niedojedzonymi polędwiczkami. Wtedy jeszcze nie wiem, że akurat w dzień koncertu zobaczę tego gołębia. Moje ręce są jednak bardziej podobne do łabędzi, opromienionych popołudniowym słońcem. Jest ono dla nich życzliwe. Za to twarz z pewnością zrobiła mi się czerwona od wina. Czuję, że płonie. A mimo to spoglądam na Carlosa zuchwale, jak młoda dziewczyna.

Kochanie, to tylko reklama, tłumaczy się.

Nie, mówię.

Najlepsza reklama, nie ustępuje.

Nie, nie i jeszcze raz nie.

Na Boga, Wiki, bądź rozsądna.

Jeden z białych łabędzi podrywa się, przelatuje obok jego pomarszczonej twarzy, mój palec niemal dotyka jego ust, ale to tylko miraż. Carlos nie rusza się. Przecież ja jestem stara, stara co najmniej tak jak on. W takim razie czyje są te ręce. Czemu ich nie dostrzega. Czemu mi opowiada brednie.

To nie zależy ode mnie, przyznaje w końcu. Ci turyści tak chcą. Oni chcą jej.

Już nic nie zależy od nas, uśmiecham się do niego. Obydwoje odczuwamy ogromną ulgę. Ulgę i strach.

O, Wiki.

O, Carlos.

Pogrążamy się w cieniu lśniącego popołudnia. Tam, gdzie jest najciemniej. Ręka w rękę. Nasze głosy szybują coraz wyżej. Brzmi to jak duet miłosny, choć nieco zapóźniony. To najlepsza rzecz, do jakiej jesteśmy zdolni. Strach zbliża nas bardziej niż muzyka.

Będzie koncert i będziesz boska, zapewnia mnie Carlos.

Wierzę mu. Nie mam wyboru.

Już się wyraźnie widzę w pierwszym numerze programu: scena z listem z Macbetha. Zielony aksamit miękko ściele mi się u stóp. Mocno upudrowane nagie ramiona łagodnie promieniują grzesznym światłem. Nie muszę śpiewać, żeby kazać im uwierzyć. Wystarczy mi przed nimi stanąć. Ciemne włosy są odrzucone do tyłu, szaleństwo w oczach jest jak prawdziwe.

Czegoś takiego się nie zapomina.

Wiktoria Głos będzie lepsza od oryginału z tego prostego powodu, że go przeżyła.

Carlos siedzi z przymkniętymi oczami w ostatnim rzędzie. Nigdy się szczególnie nie znał na muzyce, a ostatnio na dodatek zaczął głuchnąć. Niewiele mi wystarczy, by go uczynić szczęśliwym. Potem zaprowadzi mnie gdzieś na kolację. Nie do „Czerwonego konia”. Do prawdziwej restauracji.

Ci turyści pewnie będą w naszym wieku. Młodzież nie interesuje się operą. To znacznie ułatwi sprawę.

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to następnego dnia dobrze by było wydrukować zdjęcia. Mogą być te z programu, ale w większym formacie. Ktoś może prosić o autograf.

Żebym nie zapomniała powiedzieć Carlosowi, że od września muszę mieć w garderobie piecyk. I dzbanek z ciepłym mlekiem.

Poza tym żadnych żółtych róż. Przynoszą mi pecha.

Będzie mi też potrzebny profesjonalny makijażysta.

A już myślałam, że wszystko jest za mną. I tak to przeżywałam.

Oczywiście nie chodzi o wiek. Po prostu tak się złożyło.

I teraz nagle wychodzi, że Carlos może jeszcze coś dla mnie zrobić.

Czy powinnam jej podziękować. Za to, że pierwszy raz zechciała zejść ze sceny i pozwolić swojej pogardzanej dublerce na pokazanie, co umie. A była taka pewna, że nigdy nikt jej nie zaćmi. Nawet kiedy już dawno straciła głos. Nadzieja. Godność. Wszystko jedno, co. Po prostu dlatego, że umarła. Bo nie ma większego triumfu niż śmierć.

Śmierć to korona, której nigdy nie można zdjąć. Wyrasta ci na głowie jak korona drzewa. Z wieczności i na wieczność.

Amen.

Ale nie na głowie Wiktorii Głos, waszej pokornej sługi. A raczej jej sługi.

Ofiary cudzej sławy idą prosto do raju. Powiedział mi to przed wieloma laty jeden z moich kochanków, a ja nawet mu się nie skarżyłam. To musiało być wypisane na mojej twarzy. Dlatego mnie wykorzystał. Wszyscy tak robili. To się nazywa mieć szczęście w miłości.

Przynajmniej udało mi się ustrzec przed ciążą.

A także przed takimi tragediami jak u niej, o których pisano w gazetach.

Okropne. Wszyscy czytają i cieszą się.

To nie znaczy, że nie cierpiałam.

Ja mam nie wiedzieć, co to jest cierpienie. Takie, które to spala cię od wewnątrz, to ciąży jak worek pełen lodu. Ale takim jak ja nie było pisane wyrazić go na scenie czy jako Łucja z Lamermooru, czy jako Abigail lub Medea. Dramaty takich jak ja nigdy nie rodzą tragedii.

Adam Bienias, Magdalena Rabizo-Birek