FRAZA NR 91-92 / 2016 – BIBLIOTEKA ŻYCIA

BIBLIOTEKA ŻYCIA:

Wdzięczność tekstu. Rozmowa z Janem Gondowiczem [1]


Katarzyna Wójcik: Jakie były pańskie redaktorskie początki?

– Myślałem, jak się to u mnie zaczęło i wie pani, nie potrafię powiedzieć. Tak jakoś wszedłem w te zawody „drugiego planu”, że nawet nie zauważyłem, jak i kiedy. Chociaż najpierw to mnie redagowano. Mianowicie w samym początku studiów na warszawskiej polonistyce wyłowił mnie pewien asystent, dziś od dawna profesor emeritus, który powiedział, że byłoby dobrze, gdybym zaczął pisać. Odpowiedziałem, że owszem, tylko nie bardzo wiem, gdzie i co. I on polecił mnie redaktorowi działu krytyki w „Kulturze” – warszawskiej oczywiście, którym był może jeszcze pamiętany Krzysztof Mętrak. Miał pod koniec lat sześćdziesiątych towarzyską wagę dzisiejszego Mariusza Szczygła. Tak więc zjawiłem się u Mętraka, dostałem do opisania powieść, trzy dni potem przyniosłem recenzję, a te były wtedy potężne. Tygodnik kulturalny to zjawisko, o którym nikt dziś już nie wie, jak wyglądało, jak trzęsło opinią. Standardowa recenzja miała tam koło czterech i pół strony maszynopisu – kawał tekstu do spłodzenia. Dostałem następną książkę i tak przez rok. Przynosiłem tekst, brałem kolejne dzieło, od Sasa do Lasa: to starożytna Grecja, to trudna młodzież, to wał pomorski. A wizyty w redakcji nakładały się akurat na ćwiczenia ze starocerkiewnego. Rzecz jasna zawaliłem egzamin i pewnie bym tu teraz nie siedział, gdyby nie zawziął się na mnie wykładowca, docent Kupiszewski. Uparł się, że ja mu jednak zdam, musiałem odwiedzać go w domu, upały były straszliwe, a teksty starocerkiewne. Nie wiedziałem, co to przegłos, co to wokalizacja jerów. A tymczasem pan docent oblał się wrzącym olejem z patelni. Obie ręce aż po łokcie w bandażach, na dworze czterdzieści stopni, skręca go z bólu, ja nic nie umiem… Słowem, święty człowiek.

Po wakacjach nadal chadzałem do „Kultury”, aż nadeszły wypadki grudniowe. I po świętach za biurkiem Mętraka widzę niedużego gościa z cerą przywiędłą; patrzy na mnie spode łba i mówi: „A pan kto żeś?”. No to się przedstawiam i mówię, że musi kojarzyć nazwisko, bo w szufladzie jest pełno moich tekstów. A on patrzy z politowaniem: „Panie szanowny, przecież Mętrak to wszystko od razu wywalał do kosza!”. Po czym ze wzrokiem urodzonego sadysty: „Jak już tak panu zależy, to proszę, tu jest książka”. Książka była gruba jak noga. „Dzisiaj jest poniedziałek, w czwartek ma być recenzja”. Spojrzałem na schodach na to, co trzymałem w ręku i zbladłem: to była nowa powieść Parnickiego, którego nic nie znałem. A w środku bohaterowie wszystkich jego powieści dyskutowali o swoim autorze. Jakie ma poglądy i charakter. Czysta chińszczyzna! Ale poloniści, jak wiadomo, obdarzeni są pewnym instynktem samozachowawczym. Wiedziony tymże, poszedłem jak po sznurku do biblioteki Związku Literatów, gdzie o każdym pisarzu była teczka wycinków, zwykle gruba. Bardzo to przyjemne miejsce było wówczas, ta czytelnia, z osobnym salonikiem, widokiem na Wisłę, można było przynieść sobie z dołu kawę, zapalić… Wszystko to uczyniłem i po przeczytaniu piętnastu recenzji napisałem szesnastą, nie zajrzawszy nawet do książki, co bardzo polecam. Recenzja się ukazała i tym sposobem w lutym roku 1971 zadebiutowałem tekstem o powieści Przeobrażenie.

Później poszło już łatwo: przychodziłem raz na tydzień, coś przynosiłem, a nowy pan redaktor, który nazywał się Leszek Budrecki i był amerykanistą – później wiele lat prowadził dział krytyki w „Literaturze na Świecie” – brał mój tekst, ołówek i coraz to podkreślał któreś zdanie. Właściwie – nie będę ukrywał – co drugie zdanie. I monologował: „Co się też w tej pana głowie dzieje, to ja nie potrafię przeniknąć. Co pan miał na myśli w tym miejscu? A jaki w ogóle jest pana generalny pogląd? Do czego pan tutaj pije? Czemu pan znów mi zbacza z tematu?” I tłumaczył jak dziecku, rysując na kartce maciupeńkie kwadraciki, kreślone na krzyż, z uszkami, z serduszkami. Im bardziej się denerwował, tym uszka i serduszka były mniejsze. Czasem to trwało godzinę, czasem półtorej, a potem następował czas korepetycji. Mianowicie odprowadzałem go z ulicy Wiejskiej do domu na ulicę wówczas Marchlewskiego, koło Hali Mirowskiej, piechotą. I przez ten czas on mi tłumaczył, kto jest kim i kim był przed wojną, i z kim żyje, i za czyje pieniądze, a zwłaszcza, co robił w Marcu. Rzeczy, których nie sposób się było dowiedzieć, jeśli się od paru przełomów wstecz nie tkwiło w środowisku. A wszystko głęboko prawdziwe, mówione z pełnym cynizmem, dla zagrzebanego w książkach polonisty rewelacje.

Zaś miesiąc czy dwa później nadeszła druga faza procesu, który zrobił ze mnie prawdziwego recenzenta i kogoś, kto mógł się nadawać do redagowania cudzych tekstów. Mianowicie trafiłem do „Nowych Książek”, gdzie pisuję po dziś dzień – już czterdzieści lat z hakiem! Tam zajął się mną przyjemny starszy pan z siwą grzywą, Mieczysław Otto, przedwojenny subiekt Gebethnera. Dawał mi do recenzji głównie książki poetyckie, nigdy nie patrząc, co napisałem. Raz sprawdził, że błędów ortograficznych nie robię, i wystarczyło. Pisałem o Jachimowiczu, o Hillar, Świrszczyńskiej, Hordyńskim – kto ich jeszcze pamięta? Aż któregoś dnia wziąłem wydrukowany numer i przeczytałem swój tekst. Rany boskie! Nikomu nie życzę. I cud prawdziwy – od następnego razu złapałem, jak się to robi. A więc, podsumowując tę edukację: jedne moje teksty przechodziły przez niesłychanie wąski lejek, nicowane na lewą stronę – nieraz Budrecki coś mi nawet od siebie dopisał – a inne nie podlegały żadnej redakcji, miałem w tych „Nowych Książkach” kompletną wolność. To była fantastyczna szkoła, która w pewnej chwili zbudziła we mnie sumienie i dar samokontroli. Nauczyłem się, jak pod światło patrzeć na własne zdania i jak dojść do własnego poglądu. Zacząłem sobie uświadamiać, co lubię i w jaki sposób zasugerować mój gust czytelnikowi, aby w połowie tekstu nie rzucił lektury.

Tak się z recenzenta staje krytykiem?

– Tak z recenzenta zostaje się – powiedzmy – krytykiem, i tak się z recenzenta staje redaktorem, o co nam tu chodzi. Jako recenzent „Nowych Książek” miałem publiczność, która od czasu do czasu mnie oceniała i to bynajmniej nie życzliwie. Przypominam sobie list, jaki przysłał redaktor naczelnej Zenonie Macużance, postaci dość malowniczej, zrecenzowany przeze mnie Jerzy Harasymowicz. To był jego pierwszy tom pod rozszerzonym nazwiskiem Harasymowicz-Broniuszyc, bo poczuł w sobie Sarmatę. A tom nazywał się Banderia Prutenorum, czyli chorągwie pruskie podniesione roku pańskiego 1410. Można sobie wyobrazić jak ktoś taki jak ja, utkwiony nosem, jak większość młodych, w poezji Nowej Fali, czytujący na przemian Krynickiego i Barańczaka, tę anachroniczną i koniunkturalną produkcję osądził. No więc napisałem, nie pomnę już co, po czym przyszedł list z niezapomnianą puentą: „Gdyby żył mój dziad, dziedzic na Mościbrodach, to by takiego recenzenta, jakiego pani zatrudnia, kazał swoim parobkom zawlec za stodołę i wysiec rózgami”. „I co teraz?” – spytał pan Otto. – „Co pan z tym zrobi, odpowiedź jest konieczna, mamy zasadę, że odpowiadamy na krytykę”. Usiadłem, wkręciłem kartkę w maszynę i napisałem trzy zdania, które kończyły się mniej więcej tak: „Po przeczytaniu pańskiego listu dochodzę do wniosku, że gdyby żył mój dziad, cadyk cudotwórca ze Stanisławowa, to by pana, szanowny poeto, tak przeklął, że rączka, która ten list pisała, by panu uschła, z grobu sterczała i ludzie się na niej potykali”. Takie były gry i zabawy recenzenta z lat siedemdziesiątych.

Zresztą wkrótce odkryłem miejsce, które miało własną cenzurę: pismo Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, które się nazywało „Tygodnik Kulturalny”. Chłopi byli traktowani jako nieszkodliwy dodatek do całokształtu, nikt się nimi nie przejmował, można tam było pisać, co kto chciał, więc redaktor Zygmunt Ziątek, bardzo dobry historyk literatury z IBL-u, dawał mi wolną rękę. Chlastałem ile wlezie. Raz Jalu Kurka, który wznawiając przedwojenne wiersze, na miejsce Piłsudskiego wstawiał Lenina. Innym razem Ernesta Brylla, nad którego twórczością Staszek Barańczak tak się znęcał w „Zapisie”: tu pokazałem, jak sobie dialoguje z Miłoszem – miałem jego tom londyński – i cenzura to, owszem, puściła. Przypominam sobie jeszcze taką scenę. O siódmej rano telefon. Mówią, że zaraz z redakcji przyjedzie kurier i będzie czekał, aż napiszę. „Ale co niby?” – „Umarł Iwaszkiewicz”. To była wiosna roku 1980.  „A pan dostaje całą kolumnę”. Czyli szesnaście stron maszynopisu. I w rzeczy samej przyjechał starszy pan, dość tęgi i ponury, jak zresztą i okazja; siedział na krześle i patrzył w podłogę, a ja cztery godziny tłukłem w maszynę. Ale tego tekstu wcale się nie wstydzę – bynajmniej nie okładałem tam nieboszczunia różami.

Tak to wyglądało, zanim zacząłem redagować… Ależ nie, oczywiście, że redagowałem! W 1972 roku władza uszczęśliwiła młodych miesięcznikiem, który się zwał „Nowy Wyraz”. Miał się nazywać „Nasz Wyraz”, jak pismo z lat trzydziestych, ale ktoś na wysokim szczeblu odkrył, że tam byli trockiści. Wszyscy w tym „Nowym Wyrazie” tkwili w straszliwym klinczu, w jaki nas złapano, bo proces produkcyjny trwał pół roku. Co się oddało do druku w styczniu, ukazywało się w lipcu. Organ był na kredzie, miał barwne tytuły, wkładki ilustracyjne z kolorem, malarstwo i tak dalej. Tylko że był nie wiadomo czyj. No i oczywiście robienie pisma z półrocznym opóźnieniem jest bez sensu. Proszę sobie wyobrazić polemiki. Po pół roku nikt już nie pamiętał, o co szło. Czysta fikcja i manipulacja. Środowisko miało się nawzajem zaredagować na śmierć i skłócić. Ale to nie wyszło.

Wierzy Pan w książki? Czy literatura dzisiaj ma rację bytu?

– Wierzę w książki, ponieważ to jest jedyna dostępna nam nieśmiertelność. Jak to było u Prousta? „Pochowano Bergotte’a, ale przez całą noc żałobną jego książki, rozłożone w oświetlonych witrynach, czuwały jak aniołkowie z rozpostartymi skrzydłami i zdawały się być dla tego, który już odszedł, symbolem nieśmiertelności”. Wszystko, co istnieje w Internecie, trwa tak długo, aż ktoś gdzieś, na innym kontynencie, nie naciśnie kombinacji trzech klawiszy, po czym coś pstryknie w sieci i wszystko to zniknie, nie zostawiając po sobie nawet smrodu. A książka przetrwa, chociaż wydaje się tak nietrwała i choć w mojej generacji już co najmniej trzykrotnie całe stosy książek wywalano na śmietnik albo obok. Najpierw stało się tak z produkcją socrealistyczną. Później w altanach śmietnikowych piętrzyły się książki z gatunku literatury średniej, tak zwany socparnasizm – literatura ucieczkowa, o wszystkim, ale głównie o niczym. Nic z tego nie zostało – jeden z tysiąca przykładów: Smutna Wenecja Wacława Kubackiego. Taki przecudny romans w antykwarycznym sztafażu weneckim. Chianti, scampi, belle donne – surogat wyjazdu do Włoch. Tylko czytać już tego się nie da.

Można za to swobodnie jechać do Włoch…

– Można jechać do Włoch, i to osobiście. W związku z tym przed trzydziestu laty te rzeczy zaczęły wylatywać; poza tym było potrzeba na półkach miejsca na kasety wideo. Trzeci raz widziałem, jak lądują przy śmietniku książki wydane w podziemiu. Cała antykomunistyczna literatura, niezliczone czasopisma, z bardzo czasem wartościowymi tekstami, które nigdy nie zostaną wznowione, szyte przez poczciwych poligrafów podziemnych, drukowane w warunkach urągających BHP, narażające swych kolporterów na różne prywacje. Do dzisiaj pamiętam, jak Jarkowi Markiewiczowi, który był obok Wacka Holewińskiego jednym z dwóch wydawców „Przedświtu”, skonfiskowano narzędzie zbrodni, czyli mercedesa, którego odzyskał wprawdzie w 1989 roku, ale w stanie nienadającym się do dalszego użytkowania. A jednak w książkę wierzę, a wierzyłem w nią na zasadzie apofatycznej.

Przeżyłem moje drugie studia – znacznie zabawniejsze od pierwszych, chociaż wszystkie kobiety mojego życia nienawidziły tego śmiertelnie – w antykwariatach. Głównie warszawskich, ale też i łódzkich, po trosze krakowskich i wszędzie, gdzie mi się zdarzyło bywać. W antykwariatach warszawskich, zwłaszcza w naukowym na Świętokrzyskiej, koło Mazowieckiej (to mniej więcej ten sam antykwariat, który jest teraz, jako prywatny, w Alejach Ujazdowskich i nazywa się Logos) spędziłem masę godzin, chyba od drugiego roku studiów, bo tam przekonywałem się namacalnie, że literatura istnieje. Że mogę wziąć do ręki, a nawet sobie kupić przedwojenny tom Gałczyńskiego. Albo skompletować sobie nieocenzurowanego Boya. Albo wyszperać Witkacowskie Nowe formy w malarstwie na pociemniałym wojennym papierze. Antykwariusz Jan Zawirski, z wyglądu jak dwie krople wody podobny do Piłsudskiego, mawiał: „Panie Jasiu, panie Jasiu, niech pan kupuje! Nigdy nie będzie tak tanio!”. I miał rację. Ferdydurke za sześćdziesiąt ówczesnych złotych, Ocalenie Miłosza za czterdzieści… Co kto chce, trzeba było tylko mieć trochę pieniędzy, bywać, pogadać, dać się obwąchać. Obwąchanego sprowadzano do piwnicy, gdzie były prawdziwe prohibita. Kiedyś, stojąc po przeciwnych stronach regału, wyszarpywałem sobie (jak się później okazało, ze Stefanem Treuguttem), eseje Bolesława Micińskiego, jeden z pierwszych tomów „Kultury”, jeszcze rzymskiej. Ja miałem lepszy chwyt, ale potem ujrzałem, jak mój rywal wynosi po schodach taki stos książek głęboko w PRL-u zakazanych, że musiał podtrzymywać je brodą. Popatrywał na mnie tryumfalnie.

Słowem, pomału można się było w paru takich miejscach zaopatrzyć we wszystko, co ważne, i całą masę rzeczy, które okazały się przydatne później. I zarobków studenckich na to starczało i tych honorariów z zatrudnień recenzenta. Przez pierwszy rok studiów, kiedy bardzo było cienko z pieniędzmi, kupiłem sobie tylko jedną, jedyną książkę, bez której żyć nie mogłem: celofanowy wybór wierszy Apollinaire’a z przedmową Ważyka. To było coś, co w tym ówczesnym, wybitnie ponurym, piwnicznym klimacie, dawało oddech i uśmiech, poczucie, że istnieje inny wymiar, a ta Polska, która przypominała jeden wielki dworzec w Kutnie w listopadzie o dwunastej w nocy, nie jest jedynym światem. Jest jeszcze coś, jest Paryż, jest wiosna, młodość, przedmieścia, kobiety, alkohol… Krótko mówiąc, od drugiego roku studiów zbuntowałem się i zacząłem wyprzedawać bibliotekę historyczną mojego ojca. Ojciec był historykiem-amatorem i zbierał książki, czasami bardzo cenne. Miał także mnóstwo książek niemieckich, przywiezionych z różnych wojaży. Ja to wszystko pomalutku sprzedawałem, ucząc się na błędach, i w ten sposób stałem się osobą znaną antykwariuszom. Po jakimś czasie przestali mnie oszukiwać, zaczęli traktować serio.

Moja biblioteka powoli zamieniała się z biblioteki historyka w bibliotekę polonisty, nastawionego na rozmaite niestrawne rzeczy: teorię literatury, przedwojenne tomy wydawane przez tak zwane Koło PSUW, czyli Polonistów Studentów Uniwersytetu Warszawskiego, tomy Konstantego Troczyńskiego, Manfreda Kridla, kto takie rzeczy czyta… Ja to powoli zdobywałem i ładowałem się tą wiedzą. Zacząłem zdawać sobie sprawę, i tutaj dochodzę do sedna, że istnieją niesłychanie interesujący autorzy, którzy nie wydali prawdziwej książki – czasem jakąś broszurę. W związku z tym ich istnienie jest ledwie połowiczne. Do takich autorów zaliczał się na przykład Rafał Marceli Blüth – fantastyczny znawca romantyzmu polskiego i rosyjskiego, spraw współczesnych sowieckich, związany z warszawskim tak zwanym „Domkiem w Kołomnie”, o którym świeżo wydał dwie książki Piotr Mitzner; umysł rozdarty pomiędzy tradycją żydowską a neokatolicyzmem spod znaku Jacquesa Maritaina i księdza Władysława Korniłowicza z Lasek. No i wspaniały stylista, przenikliwy, nie wiedziałem wtedy że, podobnie jak Bolesław Miciński, kontynuował świetne tradycje emigracyjnego eseju rosyjskiego. Zacząłem grzebać po różnych czasopismach: „Przeglądzie Współczesnym”, „Ateneum”, po tygodnikach dla pań takich jak „Bluszcz”, gdzie Blüth bardzo lubił pisywać, na przykład o romansie Adama Mickiewicza z Karoliną Sobańską. Takie rewoltujące sprawy były i bywają przykrywane dywanem niewidzialności. Poprzez Blütha dotarłem do innych nazwisk. W ogóle docieranie do jednych autorów przez drugich jest jedną z największych frajd, jakie można przeżyć, zajmując się literaturą, kiedy trop podany na marginesie nie bez oporu przed zdradzeniem własnych tajemnic warsztatowych i intelektualnych, otwiera amfiladę objawień, skojarzeń, olśnień i tak dalej.

Dlatego trzeba czytać przypisy…

– Trzeba czytać przypisy, trzeba czytać między wierszami, bo czasami jakieś nazwisko bywa niewymieniane wprost, tylko przez tytuł albo aluzję. W każdym razie nie żałowałem nigdy że czytam uważnie, i to polecam: wtedy się robi naprawdę ciekawie. W taki sposób trafiłem na Jerzego Stempowskiego. Już nie pomnę, co najpierw wpadło mi w ręce. Zanim kanon przedwojennych tekstów Stempowskiego zdobyłem materialnie, bo czasy były przedkserograficzne i trzeba było po prostu kupować pierwodruki, to i owo przepisywałem. Przepisywałem, proszę sobie wyobrazić, ręcznie książki. Nikt tego już nigdy nie zrobi. Przepisałem choćby Rubajaty Omara Chajjama, wydane przed wojną w nakładzie bibliofilskim chyba stu pięćdziesięciu egzemplarzy, w wersji biednego suchotnika Andrzeja Gawrońskiego, który nad tym przekładem umarł. Przepisałem na maszynie pożyczoną na tydzień bez wiedzy właściciela Historię Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939 Stanisława Cata-Mackiewicza. To dosyć gruba książka, przepisałem ją całą bez myśli o jakimś wykorzystaniu, bo jeszcze nie było podziemnego ruchu wydawniczego. Po prostu dla siebie i przyjaciół, tak byłem zachwycony wysokim lotem syntezy, a zarazem wspaniałymi anegdotami w tej książce.

Skończyło się tak, że zacząłem rozpoznawać, czego wszystkim życzę, teksty podpisane pseudonimem albo nic nie mówiącym nazwiskiem. Zacząłem identyfikować styl. W ten sposób na przykład znalazłem esej Stempowskiego Z nieznanej puszczy, o dziewiczych lasach Karpat Wschodnich. Drukowany w „Przeglądzie Współczesnym” w 1928 roku, podpisany pseudonimem. Niestety, nie znalazł się w niedawno wydanym tomie „Bez tytułu” oraz inne publikacje nieznane i zapomniane 19251939. Ale może przy okazji wznowienia przekonam wydawcę, że to naprawdę Stempowski. Bo, między innymi, tekst ze szczególną czułością wymienia potoki Furatyk i Hostowiec, czyli pseudonimy Stempowskiego w „Kulturze” po wojnie. Ironiczny styl Stempowskiego daje się rozpoznać nawet w tej wczesnej próbie pisarskiej. Na przykład wprowadza porównanie tego leśnego kontynentu w sercu środkowej Europy z podkrakowską tak zwaną Puszczą Niepołomicką, gdzie urządzano cesarsko-królewskie manewry: „Ej, ty, na c. k. koniu, gdzie pędzisz, ułanie? / Uważaj, byś nie zrobił szkody w drzewostanie”. Takie to były galicyjskie knieje.

W czerwcu 2012 roku opublikował Pan w internetowym magazynie „Dwutygodnik” artykuł Kapo od słów, w którym poddaje Pan w wątpliwość sens redagowania książek. Istotnie skłania się Pan ku temu twierdzeniu, że to „redaktorzy zasilają przeceny, doprowadzając do stanu czytelności każdy gniot”?

– Wkrótce potem opublikowałem w „Dwutygodniku” drugi tekst, wychodzący od zdania, że Nienasycenie Witkacego nie zaznało żadnej redakcji. Że przedwojenne książki Gombrowicza nie przechodziły przez żadną redakcję w wydawnictwie, a i książek Brunona Schulza też nie tknął ołówek redaktora. I jakoś im to nie zaszkodziło. Co okazało się nie w pełni prawdziwe. Książki istotnie przez redakcję nie przeszły, lecz publikacje czasopiśmienne i owszem. A przynajmniej to, co było drukowane w „Wiadomościach Literackich” i w „Skamandrze”. A że to szczęśliwie wisi zdigitalizowane w Internecie, każdy może sprawdzić kształt prozy Schulza po jej przejściu przez ręce redaktora Grydzewskiego. Który, nawiasem mówiąc, nie zasnąłby, gdyby nie usunął wszystkich przecinków przed „że” i „żeby”, co było jego manią. Na łożu śmierci w Londynie, w domu starców, kazał sobie przynosić szpalty i słabnącą ręką skreślał te przecinki. W książkach Schulz – i nie on jeden – własną wersję w pocie czoła przywracał.

Więc czy warto w ogóle wtrącać się do wybitnych książek? Bo niewybitnym spojrzenie drugiej pary oczu zawsze się, naturalnie, przyda. Czasami nawet dochodzi do nieformalnej współpracy i muszę przyznać, że z początku ta współpraca była dla mnie ekscytująca. Kryję w sobie niewyczerpany rezerwuar entuzjazmu, którego nie mam za bardzo na czym skupić, wobec czego, gdy się szczęśliwie zdarzy, że w książce, którą dostaję czy dostawałem do opracowania, jest coś godnego uwagi, to mam ambicję dociągnąć resztę do miejsc najlepszych. I jeśli autor jest chętny, zaczyna się przygoda. Choć jedna z takich przygód była feralna. Miałem na warsztacie powieść znanej aktorki. Akcja rozgrywała się na warszawskiej Ochocie w połowie lat sześćdziesiątych. Znakomicie osadzona w topografii i w klimacie epoki, autorka wszystko to świetnie pamiętała. Rozpoczynało się bardzo efektownie, szło dziarsko do przodu, jednak niestety pod koniec wszystkie kunsztownie przeplecione wątki nie bardzo chciały związać się w supeł. Rzecz miała się ukazać w nieistniejącym już wydawnictwie Świat Książki, akurat na Targi Książki w Warszawie. I, jak się okazało, to było decydujące. Autorka znana, poniekąd celebrytka, książka skazana na sukces – byle ją zręcznie zakończyć.

Nad podziobanym uwagami manuskryptem biedziliśmy się oboje strona za stroną dwa lub trzy razy w tygodniu, w kawiarence na Saskiej Kępie, której w latach sześćdziesiątych poświęcono piosenkę, a która nazywa się Sułtan. Szeherezadą w tym Sułtanie byliśmy marną, bo każda zmiana w zakończeniu wymagała, ma się rozumieć, przebudowy intrygi i nowych jej uzasadnień, więc wszystko się waliło. A robiło się coraz później i później. W końcu zostałem wezwany do wydawnictwa i osoba decydująca ryknęła: „Za to panu płacimy, żeby pan był po stronie wydawcy, a nie autora!”. Czyli treść i jakość książki mieli w nosie, szło po prostu o zadrukowanie pewnej ilości arkuszy, wyprodukowanie towaru. Nie dla czytelników – dla nabywców.

Z nadzieją, że nazwisko zrobi swoje…

– Tak, że kupią po prostu dla nazwiska. Jak i firma kupiła dla nazwiska. To było już nowe wydawnictwo, działające nie w stylu starej, solidnej, omszałej oficyny, która trzyma się zasad moralnych i estetycznych. I nie na zasadzie małego wydawnictwa kierowanego przez entuzjastów, którzy gotowi są portki sprzedać, by tylko książkę wydać… To było wydawnictwo komercyjne i wydawało książki komercyjne. Rzeczywistość, którą z trudem akceptowałem jako redaktor. Na przykład któregoś pięknego dnia dostałem tam do zredagowania polski przekład Oksfordzkiego Słownika Biograficznego. Pokaźny tom zawierający ze dwa tysiące biografii: od starożytności do czasów najnowszych, od Japonii do Patagonii. Zapytałem, czemu w Słowniku są tylko dwaj Polacy: Kopernik i Skłodowska. „To niech pan napisze do wydawcy i zaproponuje, może coś ustąpi” – usłyszałem. Napisałem więc, że skoro mają z tego korzystać czytelnicy polscy, to może kosztem graczy w rugby, w baseball, krykiecistów, obserwatorów ptaków i generałów armii indyjskiej dałoby się zamieścić z pół setki biogramów polskich. Niebawem nadszedł list na papierze, z pięknym znakiem wodnym, herbem i tak dalej, w tonie imperialnej pychy: „Wciąż się w tych różnych buforowych kraikach, o których my nic nie wiemy i wiedzieć nie chcemy, pojawia taka dążność, że miejscowi (dobrze, iż nie „tubylcy”) pchają między przedstawicieli świata cywilizowanego swoje lokalne wielkości”. Wśród zaproponowanych przeze mnie postaci byli Karol Szymanowski, Stefan Banach, Artur Rubinstein, Adam Ulam, Józef Hofman, August Zamoyski, Wanda Landowska, Magdalena Abakanowicz – w sumie z pięćdziesięciorga zostało ich z wielkiej łaski piętnaścioro. Toczyłem ten bój sam, bez śladu zainteresowania polskiego wydawcy. A wcześniej w tejże firmie, co opowiem dla obrazu naszych czasów, kolega ustąpił mi rolę fabrykanta blurbów, czyli notek reklamowych na czwartą stronę okładki. Jęknął: „Już nie mogę”, co było ostrzeżeniem. Ale miało to być intratne zajęcie.

Nabrałem więc na ulicy Rosoła plecak książek i sumiennie zaopatrzyłem je w notki. Były to bez wyjątku współczesne romanse kostiumowe z przewagą dziewiętnastowiecznych – dla pań. Dobre dwie trzecie produkcji Świata Książki to była taka właśnie makulatura. I po oddaniu pracy słyszę: „Pan nie ma zielonego pojęcia, jak się to robi, i myślę, że nie będzie z pana niestety pożytku. Weźmy na przykład to”. Tu pani, która ze mną rozmawia, wskazuje moją reklamę książki, mającej za temat romans na dworze Ludwika XIV. Powieść pióra córki byłego kanclerza Niemiec, cenionej pisarki popularnej. Nawet mi się to podobało i napisałem, kto to był kardynał Richelieu, że mistrz intrygi, że Dumas, że to i tamto… Ale pani z wydawnictwa, nie będąc mistrzem intrygi, wali mi prosto w nos: „Tak pisać nie wolno. Nasz czytelnik nie znosi być pouczany. Gdy pojmie, że czegoś nie wie, to się obraża”. Ja na to: „Więc jak to opisać?”. Ona: „Pasjonująca, krwawa eksplozja namiętności z epoki płaszcza i szpady, pomiędzy konfesjonałem, łożem a szafotem”. Przy innych tytułach krwawe namiętności wybuchały w epoce rumaka i zbroi albo laski i cylindra, albo hispano-suizy i srebrnego ekranu. Ech, to jeden biegun losu redaktora, a teraz będzie o przeciwnym. Najgorsze w tym fachu – to dostać do rewizji przekład opublikowany. W tym przypadku była to książka, na którą niewielkie, lecz ustosunkowane wydawnictwo zyskało dotację jako na podręcznik akademicki. Pierwsze wydanie wyszło nakładem PAX-u w połowie lat osiemdziesiątych. To Strach w kulturze Zachodu Jeana Delumeau, oczywiście go znałem, miałem i korzystałem. Przydał mi się przy mojej Zoologii fantastycznej, bo przewijają się tam rozmaite potwory.

Przełożył ten Strach… późniejszy tłumacz Umberta Eco, cieszący się znaczną renomą. Wziąłem to stare wydanie, w drugą rękę oryginał i zdębiałem. Nawet nie od pierwszego zdania. Bo tłumacz z niewiadomych racji pominął już podtytuł Oblężony gród, potem motto, a później już poszło. Pewnie redaktorzy PAX-u każdą zapisaną kartkę wyrywali mu spod ręki i z miejsca odsyłali do druku. Efekt katastrofalny, bo składnia francuska znacząco się różni od polskiej. Stąd zwykle nie można tłumaczyć od pierwszych wyrazów zdania, tylko złapać sens, obrócić całość w głowie i ułożyć w polskim porządku. Kto tego nie robi, mniej więcej od połowy zdania zaczyna mieć problemy typu „co jest czym czego”. Musi doklejać okoliczniki, przydawki, i nim dojdzie do kropki, spłodzi istnego potworka. Ja wszystko to odkręcałem. Oprócz tego uznałem, że jeśli w książce tej rangi przytacza się gęsto poetów, to nie ma przebacz, te fragmenty muszą sprawiać wrażenie poezji. Wobec czego porymowałem sobie zdrowo, od Ronsarda po Chéniera. No i trzeba było zweryfikować przypisy, zaktualizować bibliografię, dodać dwa indeksy. Wszystko to zajęło pół roku.

A jeszcze wypadło rozbroić cenzurę. Bo oprócz cenzury państwowej na tej książce odcisnęła się także wewnętrzna cenzura PAX-owska. Na przykład profesor Delumeau przytacza obszerny fragment kazania Lutra: „Szatan wynalazł obrót pieniężny, spłodził przewrotne mnichostwo, podżega zbójectwo, zabójstwa i rozlew krwi”. A pośród innych sprośności „łże głosem i piórem papieża”. I to ostatnie zdanie, choć dotyczyło Leona X, znikło. Bo może ktoś pomyślałby o Janie Pawle II. Innym razem, gdy mowa o lęku przed księżycem, Delumeau przytacza elżbietańskiego poetę Thomasa Dekkera, który powiada tak: „Gdy mrok dość zgęstnieje, poważny purytanin odważa się zbliżyć do lunaparku”. Słowo lupanar nie mogło się pojawić w pobożnym wydawnictwie PAX. Wyszły też na jaw interwencje cenzury prawdziwej: na przykład z okazji roli, przepraszam za słowo, rozszalałych bab w rozruchach miejskich pojawia się relacja zapomnianego już dziś sowieckiego dysydenta Leonida Pliuszcza, który w roku 1967, w ukraińskich Priłukach, był świadkiem tumultu w stylu kompletnie średniowiecznym. Jakby to średniowiecze eksplodowało naraz spomiędzy lodziarni, budek telefonicznych i trolejbusów. No, taki obraz, pomijając trefne nazwisko, był niedopuszczalny. Nie bez satysfakcji dotłumaczyłem ten fragment. Ale zwykle wyłapywałem wpadki. Dajmy na to, Delumeau opowiada o greckim święcie zwanym Tesmoforie. W czasie trzydniowych obrzędów zapraszano na uczty umarłych. Pod koniec trzeciego dnia pojawiała się ostatnia potrawa, a było to coś, co się nazywa po francusku bouillie, po czym otwierano szeroko drzwi i mówiono: „No, duchy, koniec tego dobrego, najadłyście się, więc wynocha i nie zakłócajcie nam spokoju aż do przyszłego roku”. Tłumacz, nie mając czasu zajrzeć do słownika, skojarzył sobie słowo bouillie z bulionem i napisał, że było to gotowane mięso. Tymczasem bouillie to kleik jęczmienny – przezroczysta potrawa dla przezroczystych istot! I z tego mieli się uczyć studenci.

Gdzie indziej mowa o ludziach, co sprzedają duszę diabłu, żeby „odszukał zagubione rzeczy”. Zaglądam do oryginału, a tam – podpisują cyrograf, by diabeł pomógł restytuować skonfiskowane dobra. To jest to samo słowo, les biens; o znaczeniu decyduje kontekst. Takich rzeczy poprawiłem masę, nie mówiąc o innej robocie. Po czym pozwoliłem sobie napisać na karcie tytułowej: „Przełożył Adam Szymanowski, uzupełnił i poprawił Jan Gondowicz”. I dostałem książkę z uwagą: „To egzemplarz unikalny, wydrukowano ich tylko parę, bo się pana formule sprzeciwiła rodzina tłumacza”. Gdzieś z tyłu, w kolofonie, figuruję oczywiście jako redaktor, ale co to jest, redaktor drugiego wydania? A ja to w trzech czwartych przełożyłem na nowo.

Narzędzia pracy redaktora na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat zmieniły się ogromnie. Zmienił się także sposób kształcenia – czy te zmiany faktycznie prowadzą do udoskonalenia sztuki redaktorskiej?

– Jakiś rok temu zostałem zaproszony na seminarium doktoranckie w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, prowadzone przez Zbigniewa Mikołejkę, z którym na początku lat 90. wspólnie wydawaliśmy pismo „Społeczeństwo Otwarte”. Miałem opowiedzieć o postsurrealistycznym piśmie „Acéphale” i grupie zwącej się Collège de Sociologie, działającej we Francji tuż przed wybuchem wojny. Należeli do niej między innymi Roger Caillois, Georges Bataille, Jules Monnerot i Pierre Klossowski. Bardzo to było niesamowite środowisko. Rodzaj konspiracji, a nawet sekty, która jednakowoż urządzała publiczne wykłady na zapleczach paryskich księgarń – w jednym uczestniczył Jan Kott, który mi o tym opowiedział. Skończyłem mówić i Mikołejko powiada: „Teraz, proszę państwa, kilka spraw porządkowych. Sekretariat kazał mi rozdać ankiety, proszę wypełnić i napisać w prawym górnym rogu nazwisko wersalikami”. Tu zapadła głucha cisza, więc Mikołejko, łapiąc się za głowę, wyjaśnia: „No, dużymi literami”. Na co wyrywa się studentka z tyłu: „Panie profesorze, to się nazywa kapsloki”. Oto znak czasu. A w tej chwili do ignorancji dochodzi jeszcze automatyczny redaktor. U siebie wyłączyłem go raz na zawsze, ale czasem widzę go w akcji. Mojemu przyjacielowi, wydawcy korespondencji Witkacego, w sposób nieodparty i nieusuwalny aż do ostatniej ręcznej korekty zamienia zawsze nazwę Skamander na skafander.

A przed dwoma miesiącami mniej więcej byłem u innego przyjaciela, który podjął się nowego przekładu Szkoły uczuć Flauberta. Czytamy w oryginale z wersją polską, aż tu na ekranie korekta elektroniczna coś podkreśla – i to nie nazwisko. Dwa razy na czerwono i z falką. Aż wstałem z krzesła. I, jak się okazało, obecnie programy komputerowe też zrobiły się pruderyjne: ten w każdym razie zakwestionował zdanie: „Wiatr wydymał firankę”. Stanisław Jerzy Lec stwierdził, że na jednym biegunie mowy jest precyzja, a na drugim bełkot, i że wkrótce doczekamy syntezy: precyzyjnego bełkotu. Ten czas już nadszedł.

Na koniec pytanie z zakresu tych osobistych: jak się czuje redaktor, którego tekst jest redagowany?

– Jak u każdego wzbudza to wybuch emocji dalekich od entuzjazmu, zwłaszcza że w Warszawie istnieją co najmniej cztery szkoły interpunkcji. Nie chcę wchodzić w szczegóły; bynajmniej nie panuje w tym względzie jednomyślność. Kiedy trafi sie na korektę nie z tej parafii, awantury są straszne. W „Nowych Książkach”, gdzie stale piszę, jest na przykład hańbą i zgrozą, żeby ten sam wyraz powtarzał się w sąsiadujących zdaniach, a nawet w tym samym akapicie. Niestety, muszę się podporządkować. W dodatku po zmianie tak zwanego layoutu obcięli mi sześćset znaków, w związku z tym nie mieszczę się z felietonami, a piszę je już siedemnaście lat i zasługiwałbym na względy. Z tej racji te felietony powstają w dwóch wersjach: skróconej i przez to, obawiam się, bełkotliwej, i rozszerzonej, z porządną puentą, coup de canon, jak zwą to Francuzi – do późniejszego wydania książkowego. Bo się nie zmieściło. Jak chcę dopisać coś z tyłu, muszę skreślić z przodu. To im nie przeszkadza. Za to przeszkadza im strasznie, że w dwóch zdaniach kolejno jest na przykład „może” albo „lecz”, które trzeba zamieniać alternatywnie na „ale”.

Jednak zetknąłem się z kilkoma osobami, które bardzo sprawnie robią redakcję, myśląc przy tym zgodnie z intencjami tekstu tłumaczonego. Na przykład Anna Wasilewska, wychowanica Leszka Budreckiego, potrafi poświęcić masę własnego czasu, dobrej woli i bezinteresowności w poprawianiu cudzej pracy, daleko wykraczając poza swe obowiązki. To wzór, który w chwilach zwątpienia stawia mnie do pionu. Ale opowiem o czym innym: jak mi utarto nosa. Jestem początkującym redaktorem „Gazety Wyborczej”, koledzy proszą, żebym zrecenzował książkę Kostka Geberta o polityce francuskiej wobec rządu polskiego w stanie wojennym. Gebert, który stan wojenny spędził z pożytkiem we Francji, przedstawił te dyplomatyczne meandry w dość złośliwym kształcie. Mówię: „To bardzo wartościowe, świetnie, że wyszło, ale ja przecież się nie znam”. – „No tak, my też się nie znamy, ale chcielibyśmy tę recenzję na pojutrze”. Napisałem, a w redakcji – mieściła się jeszcze w sławnym żłobku na ulicy Iwickiej, krzesełka dla maluchów, pisuary na wysokości kolan – pytam redaktora prowadzącego: „Co z tym dalej?” – „A weź połóż na parapecie, to zabiorą do drukarni”. To mnie, do licha ciężkiego, trochę ubodło. Każdy tekst powinien przejrzeć ktoś inny, chyba że jest się Montaigne’em.

Wśród schylonych nad maszynami, bo i komputerów jeszcze nie było, grzbietów widzę jeden znajomy. Wiem, że jego posiadacz też spędził stan wojenny w Paryżu. Podchodzę: „Odklej się no od roboty, bo mam tu moją własną”. On czyta tę recenzję, aż w pewnej chwili zatrzymuje go któryś akapit. Mianowicie, nie znając kulisów dyplomatycznych, skupiłem się na anegdotach. Francuzi nie bardzo wiedzieli, co z Jaruzelskim począć i popadli w konsternację, kiedy władze polskie zaczęły powielać wzory pamiętane we Francji z ich własnej praktyki kolaboracji. Po ukonstytuowaniu rządu Vichy po klęsce Francji w 1940 roku Niemcy okazywali Francuzom wiele względów. Zaproponowali między innymi, dla legitymizacji reżimu w narodzie, że przekażą Francuzom trumnę Orlątka. I rzeczywiście z Schönbrunnu do Paryża bodaj przez tydzień jechał umajony pociąg, przystając na każdej francuskiej stacji, gdzie odchodziły Marsylianka, fanfary, recytacje Victora Hugo, a w końcu odprawiono huczny pochówek u Inwalidów. A u nas po stanie wojennym zaczęto serię propagandowych pogrzebów: generałowej Sikorskiej, Stanisława Augusta, wreszcie Witkacego, co się skończyło sławetną katastrofą. Opisałem tę paralelę, i ona właśnie ubodła redakcyjnego kolegę. „Zaraz, ejże, co to za »Orlątko«”? – „No – odpowiadam – książę Reichstadtu”. – „Że co?” Zdenerwowałem się: „Napoleon II”. „Drugiego nie było!” I skreślił cały akapit. Z troski o czytelnika.

Dziękuję za rozmowę.


[1] Z powodu redakcyjnego niedopatrzenia w rozmowie drukowanej w papierowej „Frazie” zniknęło nazwisko autorki rozmowy – Katarzyny Wójcik, za co Autorkę i bohatera rozmowy najserdeczniej przepraszamy – redaktor naczelna Magdalena Rabizo-Birek oraz zespół. 

Karina Stempel

Noica patrzy na poetę, czyli tam, gdzie kończy się teoria literatury

Dzień prawdopodobnie jest piękny, bo refleksy światła padają na ścieżkę, którą w kierunku domu zmierza Constantin Noica. Po obu stronach w tym górskim krajobrazie otaczają go drzewa. Sam jest ciemnym zarysem na tle jasnej dróżki w ciemnej ramie wyznaczanej przez pnie na tej czarno-białej fotografii, jednej z wielu, jakie znaleźć można, wpisując w wyszukiwarkę jego nazwisko i hasło „Păltiniş”. Bardzo lubię to zdjęcie – Noica jest na nim integralną częścią monochromatycznego świata, co ilustruje towarzyszące mu przekonanie, że los jednostki jest częścią większej całości, nieustannym poszukiwaniem sensów ogólnych. Być może podczas takiej wędrówki w górę, powrotu ze „zwykłego” świata do swojego odosobnienia „cztery tysiące stóp nad resztą ludzkości” [1], Noica opracował ideę sześciu chorób ducha współczesnego [2]. Nazwał je chorobami ontycznymi, które razem z chroniczną chorobą bytu ludzkiego, polegającą na zanurzeniu człowieka w czasie, stały się dla niego podstawą opisu kultury, cywilizacji, twórczości czy religii. Ale przede wszystkim opisu kondycji jednostki.

Noica wraca do Păltinişu, w którym urządził prawdziwą akademię platońską. Jego założenie, że w dwudziestodwumilionowym narodzie rumuńskim musi znaleźć się co najmniej dwudziestu dwóch geniuszy, których on sam poprowadzi w nieskończoność świata filozofii i kultury, zaowocowało powstaniem grupy kilkudziesięciu osób, które systematycznie odwiedzały jego pajdeiczny, niewielki pokoik w ciemnym domu z białymi oknami, gdzie pod jego okiem kształtowała się późniejsza elita intelektualna Rumunii [3].

Ten wielki filozof z kraju, którego kultura znana jest wyrywkowo i głównie za pośrednictwem słynnych emigrantów: Ciorana, Eliadego czy Ionesco, w jedynym przetłumaczonym na język polski dziele, Sześciu chorobach ducha współczesnego, zdiagnozował aspiracje, lęki i niepowodzenia świata XX wieku. Pokazał przy tym, w jaki sposób można interpretować twórczość. Pisząc o chorobach ontycznych, zachował ironiczny i autoironiczny dystans do formułowanych przez siebie pojęć, przez co ich analiza stała się nie tylko konceptem filozoficznym, ale także wielką intelektualną podróżą literacką.

To właśnie o Noice myślę, zastanawiając się nad niekończącymi się dyskusjami dotyczącymi natury poezji. Noica uważał między innymi, że „poezja mówi o przed-słowach i […] zmienia rzeczy we własne ich nieskończoności” [4]. I jeszcze: „Nie możesz być poetą, nie pragnąc być samą poezją. […] W każdej wielkiej formie kultury (lecz nie w zwykłym pragnieniu uczestnictwa w kulturze, bycia w niej) jest droga do uzyskania pełni, kompletności […]” [5]. Idea łączenia sensów jednostkowych poprzez określniki z sensami ogólnymi, uznawana przez Noicę za tyleż piękną, co utopijną i niemożliwą do zrealizowania (człowiek nie może być wolny od wszystkich chorób ontycznych jednocześnie, ba, rzadko zdarza się, że cierpi tylko na jedną z nich!), stanowiła według niego impuls, który zmusza człowieka do ciągłego wysiłku twórczego [6].

Myślę o Noice, czytając poezję. Zachwycając się frazą Justyny Bargielskiej, zanurzając się w pociągający, choć pełen śmierci świat Jakobe Mansztajna, rozgryzając tajemnice oszczędnego języka Grzegorza Kwiatkowskiego czy odnajdując „Miłoszowy” obraz świata w twórczości Łukasza Jarosza. W czym tkwi tajemnica zachwytu? Dlaczego czytelnik poezji ma wrażenie, że obcuje z czymś nieuchwytnym, a jednak znajomym? Co sprawia, że poezja zatrzymuje myśli, zmienia ich bieg, wytrąca z równowagi? Dlaczego wreszcie uwodzi w niej tak wiele zupełnie różnych czynników?

W czytaniu poezji dzieje się coś nieuchwytnego. Mówiąc słowami Umberto Eco, dzieło skończone, zamknięte, wysłane jak komunikat do świata przez autora, okazuje się zawsze dziełem otwartym – gotowym na przyjęcie czytelnika i zbioru jego doświadczeń, plastycznym i poddającym się interpretacji [7]. Wiersz zdradza sam siebie, będąc otwartym na Innego, z jego percepcją i brakiem pokory. Odbiorca nie zgadza się na proste przyjęcie ewokowanych sensów. Rozumie, jak chce, odczytuje, co chce.

Postmodernistyczna „śmierć autora”, zdawałoby się – wyzwalająca dzieło sztuki z więzów „właściwej” interpretacji, nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Pośrednim efektem bujnego rozkwitu mowy wiązanej, tak jak we wszystkich innych dziedzinach twórczości ludzkiej, stała się konieczność usystematyzowania jej zjawisk. W XX wieku, jak pisał niegdyś Janusz Sławiński, miejsce dawnej teorii, czy też filozofii poezji zajęła teoria języka poetyckiego [8]. Ta „specjalizacja” stała się cezurą, która kształtuje myślenie o poezji czytelnika w wieku XXI. Rozdział pomiędzy nowożytnym sposobem formułowania „ambicji poznawczych” a spekulacjami metafizycznymi nie zniknął, a nawet zaczął się pogłębiać [9].

Od momentu, gdy nauka zaczęła multiplikować narzędzia do eksplorowania natury słów i ich związków w języku poetyckim, nie wypada już pytać o „istotę” poezji. To pytanie jest nie na miejscu, okazuje się bezwzględnie anachroniczne, nie wpisuje się w nurt krytyki literackiej, która jest w stanie zdefiniować każde zjawisko językowe w utworze poetyckim, zanalizować je diachronicznie i synchronicznie, zmieścić we wszelkich możliwych ramach. Ona sama nie pokusi się jednak o odpowiedź na pytanie (ba, z prawdziwym zażenowaniem wysłucha ignoranta, który je zada) o to, czym jest poezja. Jaki jest jej rdzeń. Dlaczego „działa”. Dlaczego wzrusza i wreszcie – czemu i po co powstaje.

Czy nie warto wrócić jednak do metafizyki, kiedy wszystkie narzędzia opisu okazują się niewystarczające i człowiek staje z pustymi rękami wobec tak niedefiniowalnego uczucia jak zachwyt? Czy, jak chciałby Josif Brodski, to właśnie nie dzięki poezji rodzi się właściwa nam wszystkim „świadomość tragiczna” – poezja odrzuca wszak to, co zbędne, a więc pozwala na panowanie istoty nad istnieniem (w domyśle – wyzwalające człowieka z niego samego, ale i prowadzące do rozpaczy, ponieważ nie potrafi on trwale stać się nikim więcej, niż jest?)? [10] A może chodzi o różnicę między sztuką a rzeczywistością – w sztuce, jak mówi Brodski, osiągalny jest taki stopień liryzmu, jaki „nie ma żadnego fizycznego ekwiwalentu w realnym świecie” [11]. I czyż nie jest to właśnie owa sygnalizowana przez Noicę zamiana rzeczy w ich własne nieskończoności?

Spory o funkcję poezji zdewaluowały się już dawno; przynajmniej w zakresie jej utylitaryzmu. Poezja nie porusza tłumów. Prędzej piosenka, ale najprędzej chwytliwy mem czy udane hasło reklamowe. Chciałoby się powiedzieć: to nie Ameryka Południowa i nie trzeba nam Pabla Nerudy, którego wierszy w Brazylii i na lotnisku w Santiago słuchały dziesiątki tysięcy osób. A przecież od tamtych wydarzeń upłynęło niecałe pół wieku – czyli Neruda odgrywał swój one man show już w czasach, gdy każdy jego wiersz został rozebrany na cząstki i opisany przez krytyków dokładnie i na setki możliwych sposobów. To nie odległe czasy antyczne, o których dzieci uczą się w szkołach.

Kilka lat po przyznaniu Nerudzie nagrody Nobla w komunistycznej Rumunii odrodziła się idea wielkich antycznych filozofów. Ani daleko, ani dawno. Idea Noiki cechowała się specyficznymi, używając jego własnego pojęcia, określnikami: była próbą wykroczenia poza jednostkowe doświadczenie mieszkańca jednego z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Czy poezja nie jest podobną próbą wykroczenia poza i ponad własne doświadczenia?

Akademicki podręcznik do nauki poetyki definiuje poezję między innymi jako teksty skupione na obrazie, doznaniach, refleksji, grze słownej lub wrażeniach. Wszystkie one posiadają zintensyfikowaną funkcję estetyczną [12]. To bardzo szeroka definicja; mówi wiele o tym, czym poezja jest; nic na temat tego, jak „działa”. We współczesnych opracowaniach teoretycznoliterackich nie brak jednak głosów, które wyrażają bezradność podejścia systematycznego, akademickiego wobec zachwycającej siły słowa. Derek Attridge pisze nawet o wskrzeszeniu na nowo starej debaty na temat literatury, tym razem z poważnym potraktowaniem kwestii jej estetycznego efektu, a nawet estetycznego afektu[13]. „Dzieło otwarte” otrzymuje w tym ujęciu wymiar zdarzenia, które może powtarzać się w nieskończoność, a jednocześnie nigdy nie być dokładnie takie samo (s. 15).

Według Attridge’a twórca pracuje na materiale, który jest mu dostępny. Nie ma więc pełnej wiedzy; inność, którą chce wyrazić, musi traktować jak możliwość formalną. Ma do swojej dyspozycji wyłącznie własną „idiokulturę” – ucieleśnienie kulturowych norm i sposobów zachowania, jakie dokonuje się w nim samym (s.15, 39). Implicite w proces twórczy wpisane jest zaproszenie do niego Innego (odbiorcy) – jednocześnie należącego do obszaru kultury, ale i wykraczającego poza doświadczenie samego twórcy (s. 54-57). Wyjątkowa dziedzina twórczości literackiej – poezja – posiada przy tym cechę niepowtarzalną – język wiersza poprzez rym i rytm pozwala kontrolować i porządkować czas (s. 106). Dotyczy to oczywiście samego (najlepiej głośnego) aktu odczytania utworu poetyckiego, jednakże ta konstatacja prowadzi znów wprost do Noiki – wszak chroniczną chorobą ontyczną (czy na pewno jest to choroba? – pyta Noica), na jaką cierpimy wszyscy bez wyjątku, jest według niego nasze zanurzenie w czasie (s. 106). Poezja staje się więc nie tylko remedium w zakresie ustalenia swojej pozycji w świecie pomiędzy jednostkowością i ogólnością, ale oddechem od bezwzględnego podporządkowana nieustannie drążącej nasze ciała czasowości.

Sam czas to co prawda najważniejszy, ale tylko jeden z naszych problemów. Oprócz niego toczą nas choroby: brak indywidualnej rzeczywistości (todetis), brak sensów ogólnych (katholitis), brak odpowiednich określników, czyli przejawów rzeczywistości „godzących się harmonijnie zarówno z […] bytem indywidualnym [człowieka], jak i z sensem ogólnym, jaki próbuje osiągnąć (horetitis)” (s. 20); oraz trzy schorzenia duchowe wynikające z odmowy przyjęcia lub niezdolności przyjęcia któregoś z wymienionych wcześniej warunków bytu: atodecja, akatholia i ahorecja.

Twórczość nie oznacza tryumfu człowieka nad materią, ale także jest objawem choroby: „Wszelka twórczość jest zrazu próbą wyniesienia stanów duchowych oraz określników zewnętrznych do poziomu jakiegoś sensu, następnie zaś skojarzenia go z sensem ogólnym w taki sposób, by owe stany i określniki, już uładzone, mogły skupić się w jakimś wcieleniu” (s. 76). Podstawowym problemem artystów jest to, że są „niestali”, zmienni i niepewni (s. 77) – jednostkowe ucieleśnienie staje się więc rozwiązaniem chwilowym, ulotnym, dezawuującym się w momencie, w którym powstaje. Z todetitis nie można się wyleczyć, a sama twórczość jest nieskończona, bo nigdy nie znajdzie ostatecznego spełnienia.

Czytam Noicę w kontekście dyskusji na temat funkcji poezji, która nabrała nowych rumieńców wiosną ubiegłego roku w polskiej przestrzeni kulturowej. Rumieńce te wywołał wywiad, którego dla „Gazety Wyborczej” udzielił poeta Tadeusz Dąbrowski, a następnie – w reakcji na formułowane przez niego tezy – wypowiedź Krzysztofa Siwczyka, także na łamach „GW”. Módl się. Albo przeczytaj wiersz – oznajmia nagłówek rozmowy z Dąbrowskim [14]. Poeta uważa, że najnowsza twórczość poetycka nie mówi o tym, co dzieje się z człowiekiem w XXI wieku; buntuje się wobec hermetyczności, a jednocześnie apeluje o odrzucenie patosu, jak i o to, by poezja mówiła o rzeczach najważniejszych (takich jak dobro, zło czy sumienie) – przy czym wiersz według niego sam powinien obnażać swoją sztuczność i umowność. Wszak „wiersz jest mądrym rozkładaniem rąk”. Krzysztof Siwczyk, sytuujący się w pozycji adwersarza, w artykule Nie módl się, nie czytaj wiersza. Gryź [15] wybiera zupełnie inną optykę: odrzuca patos i pytania „ontologiczne”, mówiąc, że tak naprawdę „[F]ascynujący jest […] język pojedynczy, pierwsza osoba, lokalne narzecze – by stare słowa przysłużyły się nowym znaczeniom pod piórem kogoś nieoczekiwanego”. Chciałby, aby o „człowieku” poezja nie mówiła nic, skoro tak naprawdę „u człowieka nic nowego. Od jaskini w Lascaux zrobiliśmy raptem parę kroków”.

Czytam słowa obu poetów, i czytam ich wiersze. Nie wierzę Dąbrowskiemu, kiedy mówi, że filozofowanie w poezji przynosi marne efekty, i nie wierzę Siwczykowi, że nie obchodzi go „człowiek w ogóle” i jego smutne losy. Ale też: wierzę im obu, ponieważ sądzę, że obaj mówią o tym samym, obracając się w orbicie własnych idiokultur. Że każdy z nich, dysponując własnym zestawem określników, szuka sensów ogólnych i wciela je we własną, niepowtarzalną jednostkowość. I że tak naprawdę zderzenie tych trzech składników bytu, jak je nazywa Noica, tworzy poezję – nieodpowiadającą na pytania, ale szukającą odpowiedzi, niedysponującą uniwersalnym językiem, ale operującą tysiącami idiolektów, które jak antyczny chór próbują nazwać fatum i wykroczyć poza nie.

Powyższe rozważania mogłyby stanowić dobry pretekst do sformułowania postulatu ponownego zaproszenia filozofii do procesu odczytywania poezji – ale wydaje mi się to zbędne. Poezja zawsze będzie dziełem otwartym, w którym to, co jednostkowe, za pośrednictwem indywidualnych określników próbuje dotrzeć do sensów ogólnych. Dążenie to, miejmy nadzieję, nigdy nie zostanie uznane za skończone. Poezja jest drogą i jak każda droga zmienia się z każdym krokiem. Jest w niej miejsce na każde indywidualne poszukiwanie – czego dowodem są nagrody, jakie za swoją twórczość otrzymują i Dąbrowski, i Siwczyk. Odkrycie, że utwór poetycki koresponduje z tym, czego sami poszukujemy, staje się na płaszczyźnie kultury jedyną „prawdziwą” iluminacją. Tym, co wzbudza i będzie wzbudzać zachwyt, zatrzymywać myśli, sprawiać, że nasze choroby ontyczne, jak chce Noica, pozostaną w zmiennym i nienazywalnym świecie wciąż odradzającym się impulsem do nieposkromionego, nieskończonego poszukiwania – źródła aktu tworzenia.

Karina Stempel


[1] G. Liiceanu, Zamiast przedmowy. Co znaczy być dzisiaj Europejczykiem w powojennej Europie wschodniej? [w:] tegoż, Dziennik z Păltinişu. Pajdeja jako model w kulturze humanistycznej, przeł.  I. Kania, Sejny 2001, s. 34.

[2] C. Noica, Sześć chorób ducha współczesnego, przeł. I. Kania, Kraków 1997.

[3] Por. tamże, s. 35-36 i 39 oraz I. Kania, Constantin Noica: kultura jako model soteriologiczny [w:] C. Noica, dz. cyt., s. 6-8.

[4] G. Liiceanu, Dziennik z Păltinişu…, s. 74.

[5] Tamże, s. 154.

[6] Jak pisze Constantin Noica: „u człowieka i tylko u niego choroby bytu są bodźcami ontologicznymi. […] Nieład człowieka jest źródłem jego sił twórczych. […] Sześć konstytucjonalnych chorób człowieka może prowadzić do sześciu wielkich form człowieczej afirmacji”; C. Noica, dz. cyt., s. 43.

[7] Por. U. Eco, Poetyka dzieła otwartego [w:] tegoż, Dzieło otwarte: forma i nieokreśloność w poetykach współczesnych, przeł. ł. J. Gałuszka [i in.], Warszawa 1994.

[8] J. Sławiński, Wokół teorii języka poetyckiego [w:] tegoż, Dzieło, język, tradycja, Warszawa 1974, s. 91.

[9] Por. tamże.

[10] Por. J. Brodski, Poeta i proza, tł. A. Pomorski [w:] tegoż, Mniej niż ktoś. Eseje, Kraków 2006, s. 152-153.

[11] Tamże, s. 151.

[12] D. Korwin-Piotrowska, Poetyka – przewodnik po świecie tekstów, Kraków 2011, s. 175.

[13] D. Attridge, Jednostkowość literatury, przeł. P. Mościcki, Kraków 2007, s. 13. Kolejne przywołania z tej książki zaznaczam w nawiasie przywołaniem numeru strony. 

[14] https://goo.gl/SSfH7o (dostęp: 1.02.2016).

[15] https://goo.gl/lPZOB7 (dostęp: 1.02.2016).

 

Grzegorz Strumyk

Biblioteka życia

Co tydzień, może nawet co kilka dni ogłaszany jest gdzieś przez kogoś jakiś konkurs literacki. Świat konkursów literackich chyba należy już bardziej do zapchanego rynku niż sztuki. Jest tylu dobrze piszących autorów, a oczekiwanie na teksty zmieniające coś w naszym widzeniu, rozumieniu świata i siebie, jak było, tak nadal jest niezaspokojone. Im więcej, jako czytelnicy dostajemy do czytania tekstów, tym bardziej niepostrzeżenie opanowuje nas rodzaj czytelniczej obojętności. Lektura pozostaje formą spędzenia czasu, miłego, mądrego, zaskakującego. Wszystkie doznania możliwe i przenoszące w inny czas i miejsce, w inne zdarzenia, osoby, odczucia.

Jako odbiorca literatury nie jestem na siłach odróżnić swoich emocji od zamierzeń autora.

Jest jednak wyjątkowy czytelniczy moment, który decyduje o pozostaniu później wiernym jakiejś książce, autorowi, rodzajowi literatury. To książki ratujące życie. Czytanie tekstu w poszukiwaniu jedynego wyjścia w chwili krańcowego zamknięcia we własnych przeżyciach. Własna biblioteka takich książek nie może być wielotomowa i wielka.

Takich książek uzbieramy kilka, mogą być skromne objętościowo, mogą wśród nich być książki znane nielicznym albo prawie nieznane. Teksty wyjątkowe, napisane tak jak nikt inny by nie napisał, dla nas od tej chwili. Na granicy uzgodnionego języka, na krawędzi akceptowanych przez ogół wartości, z pragnienia akceptacji. Pisane z największą otwartością na świat przeżyć i odczuć. To tak napisane teksty przywracają czytającego do jednego ogromnego świata niepowtarzalnych ludzkich pojawień.

Istnieje literatura najbliższa jej fundamentom, którymi musiały być zwierzenia, listy, opowiadanie o sobie komuś znajdującemu się blisko. Jest nie do wyobrażenia, żeby literatura mogła wypłynąć z rachowania jakichkolwiek korzyści, jakie może przynieść opowiedzenie o czymś, poza podzieleniem się swoją opowieścią i zbudowaniem poprzez nią więzi. Owszem, później musiały pojawić się inne cele, ale początkiem literatury jest otwarte, nieobarczone żadną kalkulacją pragnienie porozumieniem się z innymi, z samym sobą – wyznanie.

Gdzie dziś znaleźć literaturę pozwalająca odnaleźć jej fundamenty, dającą szansę odczucia swojej wyjątkowości jako czytelnika, tekstu nieobliczonego na pociągnięcia, jak za sznurki, emocjami czytelnika, tylko tekstu pisanego z samotności w drugą samotność. Taką próbą odnalezienia literatury otwartej na formę wyznania, opowiadanie o wydostawaniu się z samotności w sytuacji przeżywanej jako uzależnienie od emocji, zamknięcie na świat doznań innych, był konkurs literacki na tekst o wychodzeniu z szeroko pojętych uzależnień „Dzień ostatni, dzień pierwszy”. Zorganizowany przez Miejską Bibliotekę Publiczną Łódź-Polesie pod patronatem artystycznym pisma literacko-artystycznego „Fraza” w Rzeszowie.

W pierwszej kolejności chodziło o uzależnienia od stosowania substancji chemicznych, alkoholu, narkotyków, ale autorów regulamin konkursu nie ograniczał w wyborze opisywanych zdarzeń, zaś świat uzależnień jest wielki i żyjący osobno razem z każdym.

Nagrodzone i wyróżnione prozy w większości opisywały świat w trakcie zażywania i w czasie wychodzenia z uzależnienia od alkoholu. To tylko przewaga w popularności stosowania tego regulatora emocji w zetknięciu ze światem. Zestaw sposobów radzenia sobie z nieprzekładalnością własnych uczuć i emocji na wyjściu z nimi do świata był w nadesłanych pracach szerszy i rozciągał się od uzależnienia od jedzenia po uzależnienie od uprawiania seksu.

W ocenie prac nie mogło mieć miejsca porównywanie i relatywizowanie rodzaju uzależnienia. W świecie emocji i uczuć nie może być relatywizmu. Siła wewnętrznych więzień i kolejnych przejść z celi do celi bywa nie do wyobrażenia przez innych. Musi być najpierw wysłuchana i odebrana, jeśli chce się zrozumieć drugiego i cokolwiek poprawić we wspólnej codzienności.

W całej puli zauważonych prac znalazły się wyjątkowe, których lektura przez ryzyko skrojonego materiału pisarskiego, odwrócenie zdań od poprawności czy drażniące brzmienie, wdzierała się innym kanałem, tym bliższym otwartemu tekstowi wypowiedzenia w swoim języku, zwierzenia, wobec którego chęć czy niechęć do dalszego wkraczania na ten teren przez specjalistów od literatury nie ma najmniejszego znaczenia, bo zawsze wobec takich zapisów literatura powinna być brana w cudzysłów.

Oznacza to, że biblioteka zapisanego życia jest fundamentem literatury. Wszystkie z nagrodzonych, wyróżnionych i nominowanych do nagród prac w konkursie „Dzień ostatni, dzień pierwszy” dodają swój głos do obu nierozłącznych bibliotek: biblioteki życia i biblioteki literatury.

Grzegorz Strumyk

Konkurs literacki „Dzień, ostatni, dzień pierwszy”

Monika Rosiek

Kartka z zeszytu do fizyki

Anna z uczuciem rezygnacji wobec rzeczy nieodwracalnych wyjęła z metalowej szafki rzeczy ojca. Powoli, systematycznie wrzucała do plastikowej torby kolejne przedmioty. Kubek, sztućce, maszynka do golenia, mydło, pianka, portfel, sztuczna szczęka, piżama, brudna bielizna. Z poręczy łóżka zdjęła ręcznik, potem drugi.

̶ Może pani poczekać na korytarzu. Proszę pani, proszę na chwilę wyjść na korytarz.

Pielęgniarki wskazują drzwi i zaczynają sprawnie odłączać ojca od kroplówek, przewodów, rurek, kabli.

Poczekać? Na co czekać? Anna usiadła na białej ławce pod oknem, za którym widać cmentarz, zakład pogrzebowy „Styks”, zakład stolarski z żółtym szyldem „Wyrób trumien”. Po prawej stronie skrzydło szpitala ginekologiczno-położniczego, gdzie na świat przychodziły dzieci. „Konglomerat”, pomyślała. Człowiek się rodzi, żyje, choruje, umiera, pakują go do trumny i na cmentarz. Wszystko mieści się na dwóch hektarach.

Oparła głowę o parapet okna. Myśli spokojnie płyną. Nie czuje rozpaczy ani radości. Oddech. Jeszcze jeden. Reklamówka pod nogami się przewróciła, Anna chciała ją złapać, szarpnęła. Ucho się urwało. „Jak zwykle”, stwierdziła. Rzeczy ojca wypadły na zieloną podłogę. Pozbierała je, wzięła do ręki portfel. Stary, zniszczony. Podarowała go ojcu na imieniny chyba dziesięć lat temu. Otworzyła. W środku cztery banknoty stuzłotowe, dwie dziesiątki, kilka monet. Za plastikową szybką zdjęcie matki. Wielkie oczy patrzą lekko w prawo, wystraszone jak zawsze. Kiedyś, gdy powiedziała, że mama na zdjęciach ma takie przestraszone oczy, ciotka Beata zaprzeczyła, „Eee, jakie tam przestraszone, takie duże oczy ma po dziadku”. Anna wie swoje. Matka ma przestraszone oczy. Na zdjęciach ma i w życiu miała. Na odwrocie widnieje napis: Maria Kossowska. Stempel z datą: 12 lipca 1997. Miała wtedy trzydzieści siedem lat i białe pasma w ciemnych włosach. Za tym małym zdjęciem było drugie: Anna po ukończeniu studiów. W dyplomie inżynierskim jest takie samo. Na odwrocie niewyraźnym pismem ojca napisane: Ania. Magister inżynier Anna Kossowska. I uśmiechnięte słoneczko. Anna próbowała włożyć zdjęcia do przegródki, ale coś przeszkadzało. Wsunęła szczupłe palce głębiej i wyjęła kwadratowy, złożony kilkakrotnie papier. Właściwie była to kartka z zeszytu, w kratkę. Brzegi wytarte i brudne. Anna powoli, delikatnie ją rozłożyła. Zwyczajna kartka z zeszytu . Rozpoznała swoje pismo, zaczęła czytać.

Wigilia.

Przyszedł. Pocałował matkę w siną rękę. Usiadł przy białym stole. Spod pochylonej głowy nie widać rozbieganych oczu szukających flaszki. Drżącą ręką rozkruszył opłatek. Podał matce i mnie.

Czasem łamanie się opłatkiem jest cięższe

od łamania kołem.

Kraków, 24 grudnia 1999

Czyta jeszcze raz. Litery nie tańczą ani nie wirują. Stoją karnie w szeregu, w kolejnych linijkach. Tak jak je ustawiła piętnaście lat temu. Kartka z zeszytu do fizyki. Pamięta to.

Grudzień w 1999 roku był smutny, zimny, ale nie mroźny. Tak. Zamiast białego puchu brunatna maź na niestarannie odśnieżonych chodnikach. I wiatr, który rozwiewał jej długie włosy. Anna z ciężką reklamówką wlecze się do przystanku autobusowego. Jest zmęczona. Uczyła się w nocy do klasówki z matematyki, potem osiem godzin w szkole, jeszcze zakupy. Nie zdążyła wpaść do domu na obiad. Na przystanku grupa obcych ludzi drepcze w mazi, facet w czerwonej kurtce spogląda nerwowo na zegarek. Przy słupie ogłoszeniowym stoi chłopak z sąsiedniej ulicy. Anna się uśmiecha. Chłopak już dawno się jej podoba. „To dobra wróżba, dzisiaj będzie dobry dzień”. Prostuje się, poprawia przykrótkie rękawy szarego płaszczyka. Kupiła go dwa lata temu w sklepie z używaną odzieżą. Przydałby się nowy. Może matka rzuci jakimś groszem, jak sprzeda te swoje koronkowe aniołkowe cudeńka. Nagle Anna zesztywniała. Zza rogu wytoczył się mężczyzna. Bełkocze przekleństwa pod nosem, w ręce trzyma zwiniętą w rulon gazetę i puszkę z piwem. Na kurtce ślady wymiocin albo wylanej zupy. Na nogach trampki. Zerwała się do ucieczki. Reklamówka zaplątała się jej między nogami i urwało się ucho. Pomarańcze rozsypały się, torebka z cukrem wpadła w błoto, opłatki wylądowały w kałuży. Nie zdążyła. Chuda, koścista ręka z czarnymi pazurami trzyma ją za przykrótki rękaw.  ̶ A dokąd to, kurwa, wybiera się panienka?! Co się szarpiesz, kurwa!? Trzymaj, trzymaj, kurwa. Twoje te pomarańcze? Kurwa, pojebało cię. Gdzie idziesz, zdziro?! – Anna czerwona ze wstydu i wściekłości w końcu wyrwała się z łap pijaka. – Gdzie? Wracaj, kurwa, wracaj! Ojcu pomóż! – facet w obrzyganej kurtce kopnął ją w tyłek i upadła w pośniegową breję. Podjechał autobus, przystanek opustoszał. Anna podniosła dwie pomarańcze, cukier i schyliła się po opłatki. Nagle z furią zaczęła po nich deptać. – Pieprzone opłatki! – deptała je mściwie, jakby nowo narodzony Jezus ze swoją uśmiechniętą i świętą rodziną był winien jej upokorzeniu. Ochłonęła. Pijany ojciec zniknął w bramie odrapanej kamienicy. Pozbierała połamane szare opłatki i wyrzuciła je do kosza.

W domu matka dziergała koronkowe aniołki, Anna postawiła brudną reklamówkę na stole w kuchni i szybko poszła do łazienki. Zdjęła płaszcz, z tyłu był odbity ślad trampka. Umyła twarz, szmatką wyczyściła płaszcz. Potem spojrzała w lustro. Nagle splunęła prosto w środek szklanej tafli. – Gówno jesteś. Jak twój tatuś. Gówno, gówno, gówno. Nie jesteś w stanie obronić się przed tym skurwysynem. Jesteś jak matka. Skul się, schowaj głowę w ramiona – szeptała do swojego odbicia – jeszcze uśmiech. Nie zapomnij, kurwa, o tym cielęcym uśmiechu.

Starannie wytarła lustro ręcznikiem ojca, uczesała włosy i wyszła z łazienki. Matka włożyła dwie pomarańcze do koszyka z jabłkami, odgarnia z czoła siwe pasemko włosów. Ma trzydzieści dziewięć lat. Cukier już przesypany do blaszanej puszki.

– Co to, torba ci się, dziecko, urwała? Takie słabe te torby robią teraz, pewno w autobusie ktoś o nią zawadził.

– Tak, w autobusie.

– Aniu, a opłatków nie kupiłaś? Zapomniałaś?

– Tak, zapomniałam, przepraszam, jutro kupię.

̶ Tylko nie zapomnij. Wigilia już pojutrze.

̶ Nie zapomnę.

Dzwonek. Anna przyciska oko do judasza. Woli tę nazwę niż wizjer. W judaszu zniekształcona twarz Agnieszki. Miały się razem uczyć. Ale to przecież dopiero za dwie godziny. I nie tutaj. Nie tutaj!

Anna otwiera drzwi z zamiarem spławienia Agnieszki, lecz roześmiana dziewczyna wchodzi z impetem do mieszkania i ściąga buty. Anna wyciera o dżinsy spocone dłonie.

̶ Cześć, wpadłam wcześniej, bo u mnie matuli odwaliła przedświąteczna gorączka i zarządziła mycie okien. W mieszkaniu zimno jak w psiarni. Wybyłam. Możemy tutaj się rozłożyć?

̶ Tutaj? Tutaj nie. Zaraz… zaraz przyjdzie hydraulik, poza tym mama źle się czuje, muszę do apteki. Idź do tej kawiarenki na rogu, ja tam przyjdę. Tak, tam przyjdę  ̶ Anna niemal wypycha zdziwioną Agnieszkę za drzwi. – Czekaj, buty chociaż zawiążę…

Trzask! Dźwięk rozbitego szkła i pijackie wrzaski słychać z dołu.

̶ Co to jest, kurwa, co to, kurwa, jest? Szklana, pojebana pułapka, kurwa, zaskarżę sukinsynów, przejebane u mnie macie, kurwa wszyscy, wszyscy. Aaa… Maryśka, Anka! Jesteście tam, chodź tu, chodź, kurwa, krew się leje, no chodźcie tu cipy, jedna z drugą!

„Nie zdążyłam”, myśli Anna.

̶ Jezu, co to?! – Agnieszka ma strach w oczach.

̶ Sąsiad. To sąsiad! Jak się napije to masakra. Mówię ci, idź już, idź!  ̶ Anna krzyczy. Agnieszka widzi, że sąsiad wchodzi do mieszkania Anny. Zastyga na chwilę, a potem zbiega ze schodów. W kawiarni na rogu czeka na Annę. Po godzinie płaci za kawę, zbiera zeszyty i wychodzi.

̶ Bandaż mi dajcie! Kurwa mać.

̶ Wejdź, tato, do łazienki, dywan pobrudzisz.

̶ Ja ci, kurwa, dam dywan, ja ci dam dywan! Ojca na ulicy na pośmiewisko zostawić, to umiała, dziwka jedna!

̶ Zygmunt, zostaw ją, zostaw ją. Błagam, Zygmunt, nie szarp! Zostaw ją!

Matka w łazience myje zakrwawioną rękę ojca. Anna delikatnie wyplątuje długie pasmo wyrwanych blond włosów i wyrzuca je do kubła na śmieci.

Wigilia. Anna spogląda w okno, nasłuchuje. Ojca nie ma już od tygodnia, pojawił się tylko przedwczoraj, rozbił szybę na klatce i poranił się. Z białym bandażem i w brudnej kurtce zbiegł ze schodów. W zdrowej ręce trzymał portfelik matki.

Matka gniecie ciasto na uszka, podsypuje mąką. Szczupłe palce pracują sprawnie. Mąka oprószyła sine wybroczyny jak puder. Ojciec przytrząsnął jej palce szufladą, gdy sięgała po nożyczki, żeby uciąć bandaż. Darł się, żeby zostawiła ten nóż, bo on nie da się zarżnąć, bo nie jest pieprzonym barankiem wielkanocnym. Anna patrzy w okno. Matka dosypuje majeranku do barszczu. Nuci kolędę: „Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem…”

W Betlejem to może i wesoła nowina. W Krakowie na Kochanowskiego, a już zwłaszcza pod siedemnastym, nie ma żadnych nowin. Żadnych! Kurwa, żadnych, a już na pewno żadnych wesołych!

Anna nasłuchuje. Trzasnęły ciężkie drzwi na dole. Tup, tup, tup. Biegną drobne nóżki. To dzieciaki Nowakowskiej.

Stary radziecki budzik pokazuje siedemnastą. Matka bez makijażu, ale w pięknej, czarnej sukience, którą dostała od ciotki Beaty w zeszłe wakacje. Pod szyją srebrny wisiorek. Włosy ciasno związane w kok i już żadne pasmo nie opada na czoło. Uśmiecha się, rozstawiając talerze. Jeden, drugi, trzeci… To dla zbłąkanego wędrowca. Patrzy na Annę przestraszonymi oczyma.

Trzask drzwi na dole. Anna sztywnieje. Te kroki pozna o każdej porze dnia i nocy. Ktoś jeszcze chodzi w grudniu w trampkach?

Zbliża się północ, jutro Boże Narodzenie, już za chwilę. Anna wyrywa kartkę z zeszytu do fizyki i pisze wiersz. Literki równo ustawiają się w szeregu. Linijka za linijką.

Wigilia.

Przyszedł…

̶ Proszę pani, proszę pani – głos pielęgniarki przywołuję Annę do rzeczywistości na szpitalnym korytarzu.  ̶ Może się pani pożegnać z tatą.

Anna spogląda na wychudzoną, żółtą, nieogoloną twarz. Przez ostatnie piętnaście lat ojciec golił się codziennie. Wyjmuje z reklamówki piankę do golenia i maszynkę. Powoli, dokładnie goli jego policzki. Niewprawnie, ale chce to zrobić sama.

Myśli płyną spokojnie. Golił się codziennie. Nawet wtedy, gdy tłukł głową zawiniętą w koc o ścianę i błagał matkę żeby go zabiła. Jak tylko odpięli go z pasów i mógł wstać po detoksie – poszedł do łazienki i ogolił się. Kiedy rzygał, to potem golił się i płukał usta wodą z solą. Gdy wił się, majacząc, nerwowo pocierał sztywne włosy na brodzie. Zaraz potem się golił.

Gdy skończył wyć i rzucać sztuczną szczęką w zamknięte okno – oblewał się lodowatą wodą i golił się. Kiedy roztrzaskał szufladę z lekami, z której matka usunęła spirytus salicylowy, tę samą, którą kiedyś przytrzasnął jej palce, więc gdy ją roztrzaskał o drzwi łazienki, to potem się ogolił. Gdy robił setną pompkę i pięćdziesiąty przysiad, gdy śmierdzący pot zalewał go od czubka głowy do bosych stóp – był ogolony. Tak samo jak wtedy, gdy codziennie rano biegał w parku.

Gdy umierała matka, siedział przy jej łóżku ogolony u szpitalnego fryzjera. Spokojny i cichy. Ogolony przyszedł na uroczystość rozdania dyplomów, gdy skończyłam studia i ogolony chodził codziennie do pracy w instytucie. Gdy wylał do zlewu butelkę wódki, którą dostał od studentów, mówiąc do Anny, że to toast za długie życie pewnej poetki – był ogolony. Gładki jak niemowlęca pupa.

Pogrzeb zorganizowała szybko, jeszcze przed wigilią. W zakładzie pogrzebowym „Styks” miła pani pokazuje Annie świeżo wydrukowane klepsydry. – Proszę sprawdzić – prosi, delikatnie się uśmiechając. Anna czyta: Dr Zygmunt Kossowski, najukochańszy ojciec, żył lat 56, zmarł po długiej i ciężkiej chorobie… Pogrzeb odbędzie się… Pogrążona w żalu córka Anna.

̶ Tak, dziękuję. Dobrze. Mam jeszcze jedną prośbę.

̶ Tak, słucham? Czym mogę służyć?  ̶ uśmiech nie schodzi z jej ust.

̶ Proszę to włożyć do trumny ̶ Anna podała kobiecie opłatek zawinięty w kartkę kratkowanego, poszarzałego papieru.

Monika Rosiek


Opowiadanie uhonorowane I nagrodą w ogólnopolskim konkursie literackim „Dzień ostatni, dzień pierwszy” w łodzie i grudniu 2015 r. 

Wiersze laureatów XI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia

Marta Tomczyk-Maryon


Baczyński przybywa do Oslo

Wieczór poezji Baczyńskiego w Oslo

natt som dyr

(dźwięk szklany ale nie szklanny).

 

Muzyka jakby ta, ale nie ta

forbi

ale któż nas zrozumie?

– jeźdźcy na szczurach w środku Europy,

która pędzi w sportowych samochodach.

 

I gdyby teraz wkroczył tu Baczyński (dajmy na to cudem ocalały z Powstania), 

gdyby wszedł i powiedział perfekcyjną angielszczyzną (bo mógłby mieszkać od 43 w Anglii pod przybranym nazwiskiem),

gdyby wkroczył starszy, elegancki Baczyński i powiedział,

że od Powstania niczego nie napisał i nie zamierza napisać

i raczej nie widzi sensu tłumaczenia swoich starych wierszy na norweski,

gdyby tak stanął pośrodku nas,

to nasze miny zasługiwałyby na Pulitzera.

 

I musielibyśmy rozpuścić wszystkie szczury 

po całej Europie,

wtedy nie byłoby już sensu ich karmić. 

 

jadąc przez Polskę autobusem

 

jadąc przez Polskę autobusem

na trasie Kraków Olsztyn

mijając wiaty autobusowe

hurtownie

kobiety dźwigające siatki z zakupami

zastanawiam się co mnie tu trzymało tyle lat?

 

przecież nie ta wyschnięta trawa

nie ci mężczyźni z przedwcześnie rozdętymi brzuchami

ani te krajobrazy jak suche igły świerkowe

 

czym było moje przywiązanie?

 

może mchem wilgotnym

w który stopa się wgłębia

lecz nie tonie

zatrzymując się

na granicy czerwieni i bieli

 

Kraj/landet

 

urodziłam się w kraju

którego nikt nie lubi

(głównie jego mieszkańcy)

 

porzuciłam go

aby zamieszkać w kraju

który lubią wszyscy

(a nawet jeśli nie to udają miłość do niego)

 

dawny kraj jest jak stara panna

zdziwaczała

w wiecznych w pretensjach

lękach przed zmianami

(może za dużo ich przeżyła?)

w niemodnych ubraniach z lumpeksu

hodująca cebulę na parapecie

oszczędzająca wodę gaz światło

 

nowy kraj jest jak ciotka wiecznie młoda

która właśnie wyszła od kosmetyczkifryzjerkifizjoterapeutki

w najnowszej kolekcji butówsukienek od DolceGaliano i wszystkich świętych Lady Gaga

w drodze na wakacje all inclusiv na wyspy szczęśliwe

nowej ciotce wszyscy nadskakują

śliniąc się do jej wypchanego portfela

 

od dłuższego czasu dręczy mnie wątpliwość:

czy zamieszkałam u właściwej ciotki?

 

ale może nie miałam wyboru?

 

Dzień Zaduszny

 

Śnią mi się zmarli

że bardzo długo umierają

wszyscy w tym samym łóżku

w tej samej pogniecionej pościeli

najpierw babcia

potem ciocia

chronologicznie

same kobiety

(jak zauważam, przytomnie? we śnie!)

potem do łóżka (na jawie?) wskakuje kot

próbuję odepchnąć jego łaskoczące pieszczoty

bezskutecznie

 

a w ogóle kto powiedział, że są dwa lóżka?

a nie jedno

zawsze to samo

z pogniecioną pościelą

pierwszej

drugiej….

świeżości

(2013)

 

Tajemnica prostoty

 

Moja kuzynka żywi się kościanymi guzikami.

 

Ma przed sobą:

telewizor z sylwestrowym programem (dla szczęśliwych idiotów)

najmłodszego syna (który jest jeszcze za mały żeby uciec na imprezę).

 

Za sobą ma:

męża, który ubiera smoking i wiąże muszkę przed lustrem

człowiek z twoją pozycją musi się nosić światowo

jak ty, to robisz, że są coraz młodsze?

– tajemnica prostoty –

samochody i kobiety mają krótki przebieg.

 

Moja kuzyna ma przebieg długi

jak ten korytarz w za dużym mieszkaniu

– na końcu blade światło

i łazienka, która wzywa

chodź, dla mnie ty jesteś najważniejsza”.

Marta Tomczyk-Maryon