FRAZA NR 85 / 2014 – WYPISY Z KSIĄG MIŁOŚCI, NOSTALGII I ŚMIERCI

WYPISY Z KSIĄG MIŁOŚCI, NOSTALGII I ŚMIERCI:

Jan Kozak

Nauka

Uczy mnie korbą kręcić miarowo, nie poprzestawaj

silną dłoń przykłada obok mojej na drążku

plewy wiatrak wydmuchuje, lecą na boisko

poślad z boku się zsypuje, w szafliku ziarno

Długo jeszcze tak kręcić, przekładać z ręki na rękę

szybciej, wolniej złapać takt miarowy w końcu

młynek chodzi równo, na szczudłach nóg nie skacze

Umiem, odwracam się radośnie, ale Józef w tym czasie odszedł

coś mówił niewyraźne słowa w szumie powietrza, grzechocie metalu

rozpierzchły się, osiadły prochem na workach z ziarnem

można pisać palcem – z braku papieru – wagę na białej cegle

słupa od stodoły

Gdzie jesteś? Czemu dorośli tak zawsze się chowają

kiedy potrzebni odchodzą

Pora musiała przyjść na niego, jej cień skrywał się za orzechem

przydach obity nadwęglonymi deskami

spalenizny ślady dawnego pożaru

pewnie ładna z długimi włosami w długiej sukni na uroczyste okazje

poszła z nim pod rękę na drugą drogę za wiązami

Od kogo się dowiem czy to już jedno umiem

tylko Józef wszystko umiał

gwizdać na dwóch palcach, naostrzyż żyletkę

króliki policzyć w brzuchu ciężarnej…

Wszystkiego ci nie pokażę mówił

głowę sobie tylko zepsujesz… a tej nikt nie naprawi

nie wymieni trybika jak w zegarku

To ci musi wystarczyć na jedno życie

czy nie za mało

a te wszystkie książki w bibliotece to po co

chciałem go dopytać –

tylko komentarz?

Ze stawu woda

A wodę przewieziemy beczką ze stawu Marynowego

między gary się zmieści

tam gdzie czysta, bez mułu – cofnij – tylne koło prawe brodzi w stawie

podawaj nie rozchlapuj, bierz z powrotem puste wiadro

zobacz ile w beczce – mało jeszcze?

Dopóki jeszcze widno musimy się uporać

popatrz tam słońce już zachodzi nad Dulnym

jutro z rana murarze mają przyjść

bez wody nie zaczną

popatrz tam coś się błyszczy wśród szuwarów

ciszej tu zaprzęg w bagno kiedyś wpadł po zmroku

zgubił drogę, wóz z parą koni

dwie koleiny kończą się przed lustrem…

bajasz i tak nie wierzę ci

tu nie ma takiej głębi

łozą z wierzby dosięgnę dna

to tutaj, przy samym brzegu, ale tam

w stronę wierzby, gdzie drugi brzeg

tam głębia, wciągnie wir

nawet nie próbuj nurkować tam

toń cię wciągnie

wracajmy, już nie widać prawie drogi

i konie już też mają dość po całym dniu

pora je wyprzęgnąć

i księżyc tak zaszedł wysoko

strasznie późno już

Nikt tam nie mieszka

Podobno przyjechał z krainy Nikt tam nie mieszka

mówili ludzie spotkani; oparł rower o słup;

przypiął ramę w łuskach, bez nazwy, łańcuchem

odjechał nim ktokolwiek nazwał go imieniem

Nikt w tym domu nie mieszka

drzwi zamknięte ryglem od środka

czeluście puste okien, deskami obite

przechylona tylko kłoda drzewa – wpół przecięta – ławka

na lewo od wejścia

można usiąść zszedłszy z siodełka

dróżki tak wąskiej kręta ścieżka

od zagumnia mówili

Tam w stronę zorzy; gdzie górka na Zalesie styka się z niebem

rower swój prowadzi poboczem

torbami objuczona kierownica

w długim spłowiałym palcie

biegnij chłopcze! Nim za zakrętem zniknie

gdzie go wtedy znajdziesz?

Tam już widzisz dal krainy Donikąd

od nas Nikt tylko tam chodzi

tylko on wraca z krainy Donikąd

Drzewo

Długo rosło na skraju ogrodu, na granicy było bezpieczne

nikt go nie posadził, nie doglądał samo dawało sobie radę

bez daty urodzenia tylko metrykę zgonu

wystawili mu bezpłatnie w miejskim urzędzie

do spraw drzew dojrzałych i starych

z pismem i pieczęcią przystąpiłem do rozprawy z nim

przyznam się niewiele miało na sumieniu

zrzucało za wiele liści na jesień bez adresu

roznosił je wiatr błędny

podrzucał byle gdzie zawstydzone po kątach

zajmowało za dużo miejsca – na niebie

wiem to śmieszne, ale owoców żadnych do zjedzenia

tylko rozsiewało nasiona i młode szczepki wybijały … wszędzie

na następne trzystuletnie pokolenia…

może gdyby dawało kwiaty przedziwnej urody, niespotykanym zapachu

ostatnio zwykle stało milcząc, tak jakby obrócone plecami w moją stronę

czy to z przedśmiertnej trwogi

mogłoby wiele powiedzieć sięgając w wyżyny i głębię bezkarnych lat

po jego słojach jasnych co spiralnie biegną po obwodzie

przejedź ręką nie odrywając palca

z rumieńcem wstydu na policzku

nim zbledną zamarłe

tak krótka chwila, gdy klęczysz nad zwalonym pniem

odchodzące życie

Pochodzenie

W strumieniu światła stoją tam prości jak snopy świeżo zżęte z pola

w chuście na głowie od gorąca

w stodoły stuletniej węgłach

schodzą się w zapadnięty mrok

na lędźwiach opasani pasem, jak snopy powrósłem

drabiną przystawioną, schodzą od szczytu

w srebrze pajęczyn tkanych przez lata

Nikt tędy nie schodził

na klepisko ubite z gliny i sieczki dębową stępą

a może z wąskiego kąta za piecem Starej Kuchni

przy stajni, przecisnęli się bokiem

nie zostały już fotografie, trudno ustać bez ruchu

do zdjęcia usta ubrać w uśmiech

tam w chłodnym cieniu – bezpieczni od oka

Kręć korbą równo, nie szarp chłopcze

patrz pod nogi

nie pod wiatr, z powrotem plewy w ziarno…

nie widać Końca

Tak mówią do siebie milcząc i mrą, nie słychać w łoskocie wialni…

sowa tylko słyszy, pilnuje zapuszczonej stodoły

tylko zamknąć nie zapomnij i od środka drągiem podeprzeć

opadłe skrzydła

Tam zostają w krainie Odnajdę, z zapisanej do ostatniej strony księgi

niepodpisani na papier – Dziadowie – poorane twarze

cicho gwarząc

jedz już!

Koniec świata

Trudno go odnaleźć, skrycie strzeże pola

dniem czuwa i nocą – ze strachem na wróble w słomkowym kapeluszu

jeszcze stała z nimi wierzba o rozłożystych ramionach

płaczka na zawołanie, ręce załamywała z byle powodu

siano zalane w kopach – nic mu nie będzie

krety ryją kopce i po posianym ktoś przejechał

same straty

Ona odeszła pierwsza, dumna z głową skrywaną w chmurach

z trzepotem wystraszonego ptactwa

strach tylko skinął posrebrzaną głową

na wietrze rozsypały się słowa

kamień graniczny zszedł w ziemię głębiej

Strach długo się opierał wiatrowi do lata do żniwa

przepadł gdzieś wśród zasiewów

graniczny tylko został chroniony zaklęciem, przestrogą

widząc co się dzieje w ziemi skrył się

gdzieś tu był na miedzy, której już nie ma

przepadł jak tylko on potrafi, jak kamień

nic nie mówiąc, dumniejszy od kuzynów odległych, polnych

co nawoływać będą

gdy Koniec Świata będzie wracał tędy

drogą idącą od Granic

Jan Kozak

Marek K.E. Baczewski

Poezja za kółkiem

Nie filozofowano jeszcze za kierownicą, taki wyczyn byłby może przekroczeniem zasad ruchu drogowego i równocześnie reguł konstruowania logicznego wywodu; co się zaś tyczy poezji, ta — jak się zdaje — nie stoi w sprzeczności ze sztuką prowadzenia pojazdów mechanicznych.

Wiem, czego mi nie wolno robić podczas jazdy. Nie wolno rozmawiać przez telefon. Chyba że z nudziarzem. Napawać się dziełami kinematografii innej aniżeli polska. Pisać wiersze? Kodeks drogowy nie wyraża opinii, zatem chyba można.

W tym skromnym szkicu chciałbym się zająć kilkoma przypadkami, w których twórczość poetycka nie tylko nie stwarza większych przeszkód w prowadzeniu auta, lecz trudno byłoby po prostu znaleźć różnicę między jedną a drugą czynnością.

Samochodowa samotność, zamknięcie w izolowanym mikroświecie kabiny — oto jedno z najważniejszych zjawisk naszej epoki. Nie chodzi tu o sam wynalazek motoryzacji, lecz o jej rozpowszechnienie. Spędzamy za kierownicą coraz więcej czasu. Interesuje mnie spożytkowanie tego rodzaju bezowocnych chwil dla płodzenia dzieł literackich. Jakich możemy się spodziewać rezultatów? Czy wiersze tracą na urodzie, jeśli między średniówką a końcem wersu zachodzi konieczność zredukowania biegu? Istnieje takie ryzyko. Nawet się nie spostrzeżemy, żeśmy zredukowali razem tempo wiersza, żeśmy z cholijambu przeszli na amfibrach. A może poezja — jak chciał tego Martin Heidegger — wydobywa się szczelinami egzystencji i między średniówkę a koniec wersu należy właśnie wtłoczyć jakąś praktyczną czynność: na przykład wrzucić kierunkowskaz? Czy nasze jechanie cierpi na tym, że jego protagonista zabawia się słowami? Czy zatem można jechać/pisać bezkarnie, nie ponosząc kosztów retorycznych i nie sprowadzając ryzyka katastrofy w ruchu lądowym? Przyjrzyjmy się.

Fernando Pessoa wiedzie liryczny dyskurs za kółkiem chevroleta. Droga prowadzi do Sintry, chevrolet jest pożyczony. Poeta medytuje: „W ilu pożyczonych rzeczach podążam przez świat! […] Z pożyczonego — ratunku! — ja sam jestem!”. Liryczny włóczęga naciska wesoło na klakson i oto drzwi do wiersza stoją otworem.

Za szybą auta migają efemeryczne pejzaże przedwojennej Portugalii: łąki, pola, winnice. W ciżbie przemykających krajobrazów — spostrzega kierowca — gubi się twarde jądro postrzegającego podmiotu.

Przejeżdżający automobilista pozostawia cząstki jaźni w progach mijanych domów, na posrebrzonych światłem księżyca plantacjach, za zakrętami szosy. W końcu portugalski poeta westchnie: „moje serce zostało na kamiennej górze, którą zostawiłem z tyłu”. Myśli kierowcy powstają i gubią się na drodze.

Z tego gubienia rodzi się wiersz: cmentarzysko fragmentów, strzępków myśli, oderwanych wątków. Czynność poety sprowadza się do rejestrowania tej powikłanej, niezbornej materii. Ów osobliwy proces zachodzi niejako na trzecim planie: skoro jedna część świadomości skoncentrowana jest na obsłudze pojazdu, druga natomiast część wyodrębnia pojedyncze fenomeny z rozpędzonego strumienia wydarzeń. Czy z wartkiej strugi życia wyławiamy to, co ważne? Ależ nie! Istnienie to seria blików, gra cieni i pozorów. Poeta wie, że jego notatki — jakkolwiek byłyby chaotyczne — tak czy owak ukażą całą przygodność ludzkiej egzystencji.

A zatem ekspedycja uwieńczona lirycznym sukcesem? Tylko poniekąd, tylko w ściśle określonym kontekście. Było to możliwe przy ruchu szosowym z lat 30. ubiegłego wieku, nadto zaś — co wydaje się sugerować wiersz Pessoi — we śnie. Dziś rozpędzone auto pochłania ludzki umysł bez reszty. Oddawać się życiu wewnętrznemu można w poczekalni dworcowej, w kolejce przed gabinetem urologa, w terminalu lotniska. Komunikacyjna suwerenność kosztuje znacznie drożej: płaci się za nią wolną myślą. Nie będziemy dalecy od prawdy, jeśli uznamy całe owo prowadzenie samochodu za rzecz czyniącą człowieka duchowym nieużytkiem. Przestrzeń żąda za swe usługi wygórowanej ceny. Nie zadowoli jej żaden nominał oprócz ludzkiej duszy.

Automatyzacja skomplikowanych czynności, zmienność warunków drogowych, która wymaga zaangażowania najwyższej uwagi — to nie są dobre warunki dla wysnuwania zorganizowanego dyskursu. To nie są żadne warunki dla wysnuwania zorganizowanego dyskursu.

Co czyni praworządny poeta naszych czasów, jeśli podczas podróży automobilowej nachodzi go nieodparta potrzeba napisania wiersza? Zatrzymuje pojazd.

Łukasz Jarosz

JADĄC SAMOCHODEM DO SZPITALA POWIATOWEGO

w Chrzanowie, gdzie leży moja żona,
nagle musiałem się zatrzymać i, mimo że padał deszcz,
następowały po sobie twarde ściany wody,
wyjść na zewnątrz, ochłonąć, ponieważ dotarła do mnie,
dopadła mnie myśl przepleciona przez słowa w zdaniu:
To wszystko dzieje się naprawdę.

Przytoczony utwór odsłania jeden z laboratoryjnych sekretów olkuskiego poety. Jarosz, autor wierszy programowo wręcz konfesyjnych, przesączonych intymną faktografią, zatrzymuje się na progu prywatności, broni dostępu do danych wrażliwych. Jakie zdarzenie legło u podstaw peregrynacji podmiotu lirycznego? Wiersz — powtórzmy za Gadamerem — nic o tym nie wie.

Załóżmy, że wcielam się w rolę domorosłego detektywa. Tak, bo dlaczegóż by nie powierzyć tajemnicy poematu osobie o kompetencjach śledczych? Cóż wiem, cóż mogę wiedzieć o sytuacji mówiącego? Mogę zadzwonić do autora. Jasne. Niezły pomysł. Aż dziw, że Wysokie Katedry nie biorą poważnie tej metody interpretacyjnej. Byłaby to interpretacja z pozycji silniejszego — lepiej poinformowanego. O ile mnie pamięć nie zawodzi, numer zaczyna się od cyfr: 500. Cóż jednak z tymi, co nie znają numeru telefonu do autora wiersza Jadąc samochodem do szpitala powiatowego? Czy szpital nie będzie dla nich znakiem osobistej tragedii podmiotu? A jeśli tak, to jaki sens miałoby komunikowanie prywatnej traumy w formie tak niedookreślonej? Czy nie próbuje się od nas wyłudzić empatii?

Obawiam się, że gdyby wypowiedziano jedno słowo więcej, nie mielibyśmy już do czynienia z poezją. Czy czytelnik ma prawo dopytywać o szczegóły? Skoro świat przedstawiony został domknięty (jak mniemam, precyzyjnie)? A wiersz w swej warstwie literalnej wydaje się mówić coś istotnego o naturze motoryzacji? Wsłuchajmy się w ten komunikat:

Rzeczywistość postrzegana z kabiny auta pozostaje dla kierowcy przedstawieniem (w znaczeniu Schopenhauerowskiego Vorstellung). Pokonywanie przestrzeni okazuje się w pewnym sensie spektaklem, gonitwą czczych widm, a prawda rzeczywistego świata wyraża się nie tylko poprzez utarty idiom „twardego” stania na powierzchni ziemi, lecz także przez fatalistyczne poddanie się uwarunkowaniom zjawisk atmosferycznych.

Nie każde niebo weźmie szturmem trzeźwy osąd. Tego najbliższego na przykład — już nie. Nie wystarczy mocno stać na ziemi, trzeba być nadto koneserem wszelkich przejawów jej planetarnej działalności. Niewątpliwie należy także opuścić samochód.

Jechać mogę dopóty, dopóki nie uświadamiam sobie do końca, że jadę. Jeśli uzmysłowię sobie tę rzecz do dna, do suchej neuronowej nitki, jeśli jazda wypełni moją jaźń bez reszty, jeśli nie pozostanie w moim duchu nic, co by nie było świadomością jazdy, wówczas nie będę mógł już dłużej jechać.

Śmierć — idąc dalej tym samym tropem — byłaby odsłonięciem całkowitej prawdy istnienia. Będzie to chwila olśnienia. Życie odkryje przed nami swój najgłębszy sekret. Wtenczas człowiek musi umrzeć, musi opuścić kabinę życia, mimo że pada deszcz, że następują po sobie twarde ściany wody.

Pisanie wierszy, prowadzenie auta — dwie czynności, których nie sposób wykonywać równocześnie. Także życie oraz wiedza, jak widać, wykluczają się nawzajem.

Jakie to jednak może mieć znaczenie, czy proces obsługi pojazdu samochodowego przedstawia sobą wartość poetycką, czy nie?

Sztuka prowadzenia wozu polega z grubsza biorąc na większej lub mniejszej zdolności do koncentracji na chwili obecnej. Zdolność ta wyraża się poprzez kryteria reaktywności: refleks, czas reakcji. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, jeśli wymaga się od autora, dajmy na to, głębszej refleksji.

Taka telluryczna ekspedycja wchłonęłaby znaczną część uwagi i wystawiła na niebezpieczeństwo szosowego kontemplatyka.

Pojazd narzuca swoją wolę z całą bezwzględnością. Jest pierwszą daną lirycznej wędrówki. Jest panem krajobrazu i zarządcą wiersza.

Dalibóg, chciałoby się sparafrazować słowa Leśmiana: w prowadzeniu auta nie ma nic prócz prowadzenia auta. Podobną uwagę znajdziemy skądinąd w tekście Pessoi: „cóż jest więcej w jechaniu, niż nie przystawać i jechać?”. Widzimy tedy jak bezrozumny mechanizm, rzecz z natury swojej powołana do bezwarunkowego posłuszeństwa, bierze odwet na ludzkim duchu: zniewolony instrument potrafi zdominować percepcję operatora.

Nie będziesz jechał — powiada mądry kodeks — dopóki cały nie staniesz się jechaniem. Czym takim jest prowadzenie auta? Czy nie jest to wzorcowy model czynności, jakiej należy oddać się bez reszty? Principium agendi znajduje się jakby na zewnątrz ego. Kodeks drogowy chciałby, żebyśmy zostawili w domu osobowość.

Czy jednak ów idealny roztwór podróży automobilowej, owo jechanie bez żadnej przymieszki, bez żadnego zanieczyszczenia, czyste hic et nunc warunków drogowych, doskonałe zrośnięcie mięśni kierującego z mechaniką pojazdu silnikowego — aż do zmieszania się odrębnych indywiduów szofera i jego maszyny, do wytworzenia całkiem nowego organizmu: amalgamatu samochodu i człowieka — czy taki substrat nie byłby w rzeczy samej naiwną utopią?

Oto portret kierowcy: ptak niebieski, zamknięty w żelaznej, przemieszczającej się klatce, przykuty do chwili teraźniejszej, poza historią. W kierowaniu pojazdem odkrywamy moment zjednoczenia podmiotu i przedmiotu poznania, stan tak pożądany przez mistyków: mój umysł jest światem, moje kończyny przemieniły się w dźwignie.

Jest jednak pewien szkopuł. Nawet w stanie zupełnej koncentracji pozostaje pewien margines percepcji peryferyjnej: w tej szczelinie świadomości może się pojawić całkiem pokaźny liryczny przemyt.

Sięgnijmy po inny tekst Łukasza Jarosza:

KRES

dłoń na kierownicy
poszczerbiona gałąź
księżyc nad chwastami
sarna w reflektorze

bóg ci dał na chwilę
kruche usta oko
już to zobaczyłeś
i powrócisz inny

I znów, niczym ten przysłowiowy absolwent amerykańskiego liceum, tracę podstawową zdolność rozumienia tekstu. Czy mamy do czynienia z opisem tak zwanego „zdarzenia drogowego”? A może doszło jedynie do wypróbowania czasu reakcji kierującego podmiotu? I obyło się bez poszkodowanych? Tytuł wiersza (Kres) zdaje się jednak sugerować, że w przestrzeni przedstawionego świata zdarzyła się tragedia. Jakkolwiek jesteśmy zwolennikami rozwiązań polubownych, to nie dochodzi do nich w chwili kontaktu rozpędzonej bryły twardej materii z tkanką żywego organizmu. Czyżby więc owo „powrócisz” z ostatniego wersu okazywało się deklaracją wiary w to, co Lukrecjusz nazwał przekazywaniem sobie jasnej pochodni życia?

Wiem. Trywializuję. Przedmiotem wiersza musi być jakieś cholernie transcendentalne doświadczenie. Tak, ale co to za doświadczenie? Mój Boże, sądzę, że inaczej bym przeżył własny zgon, inaczej zaś spowodowanie zejścia drugiej istoty. Tego ostatniego chyba bym nie przeżył.

Sensem drugiej strofy Jaroszowego wiersza zajmę się, o ile Hades pozwoli, w następnym wcieleniu duszy. Pragnę natomiast zwrócić uwagę czytelnika na migotliwą urodę pierwszej strofy. Jarosz opisuje percepcję automobilisty w sposób dynamiczny. Wierzyć, że uda się utrzymać wzrok kierowcy skupiony bez przerwy na tym, co się dzieje na szosie — to miałka naiwność. W istocie rzeczy uwaga kierującego nieustannie zmienia swe natężenie, nieustannie miota się po skali, której ekstremalne punkty wyznaczają: iście „poetyczne” roztargnienie oraz maksymalna koncentracja. Widzimy dłoń ułożoną na kierownicy, w chwilę później przyrównujemy ją do rozszczepionej gałęzi, za moment włazi nam w oczy okazały księżyc, potem dopiero zauważamy to, co powinno było zostać postrzeżone zawczasu — druzgotliwy element wszechświata. Trochę w tym poezji, przyzna czytelnik, trochę zwyczajnego gapiostwa. Obydwie te rzeczy winny być zakazane w czasie jazdy. Widocznie jednak nie wykonywać ich najnormalniej nie sposób. Zdarza się, jak mawiał Kurt Vonnegut jr. Zdarza.

Itinerarium Jarosza — bądź co bądź — budzi niejakie skojarzenia z fotoplastykonem. Poetycki automobilista może się co najwyżej ślizgać po powierzchni przedstawionego świata. Ale czy wiersz uczyniony nie z głębokich przemyśleń, lecz z szybkich, powierzchownych postrzeżeń, wiersz niejako migawkowy, jest przez to mniej wart? Nie samymi głębokimi myślami człowiek żyje i kto wie, czy samochodów nie wynaleziono jedynie po to, aby uświadomić nam od czasu do czasu tę banalną prawdę.

W kabinie auta — jak to pokaże wiersz kolejnego poety — pozostają również w nienaruszonym stanie ludzkie uczucia, a ponieważ droga z natury swojej przybliża bądź oddala, podróż będzie naznaczona przemiennym pulsowaniem tęsknoty.

Janusz Radwański

TRUCKER COUNTRY PROJECT

To będzie piosenka o robieniu kawy zamiast śniadania
i o tym, że zanim wstaniesz, ja przejadę już tyle, że ho.
oczywiście, będzie o samotności w szoferce i o tym,
że silnik męczy się taszcząc mnie i serce, w które
nabrałem więcej niż pozwalają jakiekolwiek przepisy.
Ważnym rysem numeru będzie motyw braku,
bo naprawdę dobrze śpiewa się tylko o tym,
czego nie ma. Błogosławiona jest ciemna,
niema bezradność pamięci. Oczywiście, tekst
będzie się kręcił wokół wozu — wizgu hamulców,
pustoszejącego baku, paciorków słupków milowych
na coraz dłuższym szlaku. Nie wiem, co bym oddał,
żeby przez te cyfry podzielić siebie, żeby
ubywało mnie z każdym odblaskowym zdrowaś,
jak ciebie przybywa w tej bańce wiszącej tuż nad kierownicą.
Zaczyna się Mazowsze, słońce przesuwa mnie na wielkiej szachownicy.
Pat. Padły już wszystkie słowa i punkty oporu.
Zdani na siebie, zadani sobie. Trud, pytanie, rana,
z której ziarniny wyrasta bez wahania wybrana przyszłość.
To porządna piosenka, więc gdziekolwiek się skieruję,
mam na kursie ciebie i klatka trzepocze kamieniem,
plecak ciąży chlebem.

Jeśli poeta twierdzi, że jakaś dziedzina ludzkiej egzystencji nie nadaje się do poetyckiej eksploracji, to jest to po prostu zły poeta.

Czy na pewno żyjemy życiem dobrze przemyślanym? Szczerze wątpię.

Marek K.E. Baczewski

Nota
Teksty poszczególnych autorów cytuję według następujących publikacji:
Fernando Pessoa (wiersz bez tytułu), przeł. Michał Lipszyc, „Literatura na Świecie” 2002, nr 11–12, s. 10–12.
Łukasz Jarosz, Jadąc samochodem do szpitala powiatowego. Z tomu Spoza, wyd. II, Olkusz 2013, s. 38.
Łukasz Jarosz, Kres. Z tomu Pełna krew, Kraków 2012, s. 23.
Janusz Radwański, Trucker country project. Z tomu Chałwa zwyciężonym, Olkusz 2013, s. 17.

Gregorio Marañon

DON JUAN. SŁAWA I NĘDZA KSIĘCIA DE VILLAMEDIANA

(fragment)

Don Juan i ja

Przed wieloma już laty, gdyż czas w nas uderza, napisałem o Don Juanie, Zwodzicielu, parę ciężkich uwag. Mogłem jednak powiedzieć więcej, to ludzie zmusili mnie, żebym wypowiedział rzeczy, których w innym wypadku bym nie powiedział; ponieważ nigdy nie mówimy tego, co chcemy, tylko to, czego inni od nas oczekują. Rzecz w tym, że mając pewne uzasadnione racje, znalazłem się w gronie profesorów, których sam Don Juan, ustami Rostanda, przeklął za wściubianie aroganckich nosów w zakamarki heroicznego żywota zdobywcy.

Od tego czasu, pomiędzy krążeniem wokół innych zatrudnień, podróży z jednego miejsca tej szerokiej ziemi do drugiego, niczym Erazm rozmyślający podczas gdy jego mulica niosła go przez zaułki świata, rozważyłem kilka rzeczy, które teraz wyciągnę ze swojej świadomości takimi, jakie w niej są.

Pierwsza to mój stosunek do problemu Don Juana. Jestem już w odpowiednim wieku by zadać sobie pytanie, czy przypadkiem stosunek ten nie znajdował się pod wpływem moich osobistych uczuć. Niektórzy niestety również o to zapytywali wcześniej. Nie będzie wykrętem odpowiedź, że nie. Nigdy nie osiadł na mnie pył czy grudka błota z zadziornych butów Don Juana. Nigdy nie spotkałem go na drogach mych namiętności. Nie rzuciła mnie żadna z moich dziewczyn w młodości.

Nie należę także do tych mężczyzn, wskazanych trafnie przez Ortegę y Gasseta, których zainteresowanie Don Juanem sprowadza się do tego, że przypuszczają, że mogliby sami być Don Juanami i aktem woli odrzucają tę kondycję. To nie mój przypadek. Moja wola zawsze była słaba i niezdolna przeciwstawić się bez mała żadnej pokusie.

Don Juan interesuje mnie – i to wszystko. Już nie jako przykład różnorodności miłosnej fauny – a wszystkie mnie przyciągają – lecz nade wszystko swoją sławą mitu; tym, że stał się źródłem dla tylu kreacji literackich; wieloznacznym złudzeniem optycznym swojej osobowości; dlatego że Don Juani, którzy wnieśli coś w moje życie, byli znakomitymi osobami o teatralnej i przyjemnej próżności gdy opowiadali o swoich przygodach, a nade wszystko wspaniałymi przyjaciółmi obdarowującymi szczególną serdecznością.

Don Juan i dzisiejsze czasy

Druga kwestia dotyczy ewolucji problemu Don Juana od czasu, kiedy zacząłem o nim pisać aż po dzień dzisiejszy, kiedy to ekshumuję go w tym jesiennym eseju.

Nie ma wątpliwości, że od tego czasu problem ten przybrał inną postać. Dyskusje o Don Juanie straciły aktualność dla krytyków i naturalistów, a stają się domeną archeologów. Życie zmienia się w zawrotnym tempie, a już szczególnie w naszych czasach zmienia się życie miłosne. Zdaję sobie sprawę, że donjuanizm, który dwadzieścia lat temu był smutnym problemem mężczyzn i kobiet tamtej epoki, dziś nieomal przestał nim być. Dotychczas Don Juan reprezentował szczególną i wyrazistą, niekiedy zaś heroiczną reakcję mężczyzny na organizację życia seksualnego. A organizacja ta dziś jest zupełnie inna. Inna, powiadam, ale nie nowa, ponieważ w miłości wszystko już wymyślono, wszystko już przeżyto i wszystko już powiedziano w niepamiętnych czasach. Tenże dzisiejszy moment mężczyźni już kiedyś przeżyli, i również wiązało się to ze zmierzchem zainteresowania myślicieli i ludzi z ulicy Don Juanem.

Obecna modalność społecznych form miłości ludzkiej jest typowa dla krytycznych godzin Historii; niewątpliwie dziś jesteśmy świadkami takiej godziny. Polega ona na nieograniczonej wolności w miłości fizycznej i wzroście wpływu społecznego kobiety.

Tak więc jeżeli nie ma przeszkód moralnych ani społecznych dla miłości; jeżeli namiętność pożądania i posiadania nie jest nigdy grzechem; jeżeli Komandor udaje, że nie zauważa, kiedy popychają jego córkę i jeżeli mąż szlachcic umyślnie opóźnia swój powrót w domowe pielesze z powodu przypuszczenia, że małżonce jego obecność mogłaby być bardzo nie w smak; jeżeli kobieta nie oczekuje już żadnej z rzeczy, których od nas potrzebuje, tak że dajemy im wszystko, w tym także, nie zdając sobie z tego sprawy, naszą własną wolność, a ona dostaje wszystko, od stylu życia począwszy po mężczyznę, którego pożąda; jeżeli na chwilę obecną sprawy tak się mają – cóż miałby do roboty między nami Don Juan?

Don Juan był symbolem zdobywcy kobiet. Moim zdaniem – symbolem fałszywym, jak wiele innych symboli. Niemniej, fałszywy czy prawdziwy, reprezentował pewną realność: całą grę teatralną, przygodową i romantyczną, jakiej wymagało uwiedzenie kobiety. Dziś gra ta stała się zbędna. Kilka krótkich słów przez telefon i błyskawiczny lot samochodem na obrzeża streszczają cały proces tego, co kiedyś było tajemniczą intrygą lub bohaterską przygodą. Byłoby interesujące rozważyć jak fundamentalne uczucie takie jak miłość, pomimo wszystkich duchowych wpływów, przekształciło się w dwie rzeczy całkowicie materialne: mały samochód i telefon, które zabiły Celestynę i Ciuttiego, współpracowników, a po części twórców sławy Zwodziciela.

Przesadą byłoby jednak twierdzić, że Don Juan definitywnie przeszedł do historii. Jego aktualność jeszcze rozkwitnie niczym róże na krzewie zasadzonym przez żywego Don Juana, don Miguela de Mañara przed wieloma wiekami w Sewilli; róże, które wciąż każdej wiosny pokazują ten sam ton grzesznego ciała i ten sam upajający aromat jak wtedy, gdy Mañara wręczał je swoim narzeczonym. Nastawienie mężczyzn do miłości jest zawsze takie samo i porusza się niczym wahadło pomiędzy dwoma ekstremalnymi gestami, które niezmiennie się powtarzają: albo miłość się zdobywa i sublimuje, albo miłość się darowuje i profanuje. Don Juan nie ma już po co istnieć. Ale nikt nie może być pewnym, że któregoś dnia nie wybije znów jego godzina.

Problem zatem się zmienił, ale czyż nie zmieniłem się i ja? Zawsze gdy po upływie lat patrzymy na coś inaczej, nie należy zapominać, że mogą to być nasze oczy, nie same rzeczy, odpowiedzialne za rzekomą odmianę. Czyż nie zmieniłem się ja sam?, pytam siebie.

Przypuszczalnie tak. Obecnie przypuszczam, że ja oraz inni, którzy w podobnym duchu pisali o Don Juanie, nadaliśmy entuzjastyczną i przesadną rozciągłość rzeczywistości niekwestionowalnej, ale ograniczonej. To znaczy, opisaliśmy modalność instynktu, która jest dokładna; ale która dotyczy tylko określonej liczby mężczyzn, którym dobra fortuna sprzyja w miłości, ale nie wszystkich bohaterów miłosnych. Don Juan niewątpliwie jest takim, jakim go widziałem, ponieważ go nie wymyśliłem, tylko widziałem. Ale oczywiście są różni Don Juanowie. A wśród nich wiele rodzajów poligamicznych mężczyzn zdolnych do agresywnego podboju lub do subtelnego uwodzenia kobiet, którzy nie są już Don Juanami, ale granica ta jest bardzo trudna do wykreślenia. Później ponownie o nich wspomnimy.

Donjuanizm młodzieńczy. Donjuanizm zapóźniony

Dziś widzę, że sam popadłem w błędne założenie, że donjuanizm zawsze jest stałą modalnością instynktu, który naznacza na zawsze życie miłosne mężczyzny jemu podlegającego. W teatrze częste są takie zdumiewające postaci – ale w życiu bardzo rzadkie. Wielu Don Juanów przestaje nimi być, zmierzając ku ostatniemu aktowi życia, które znacznie dłuższe jest i bardziej skomplikowane niż komedia.

Często zdarza się na przykład, że w okresie nastoletnim i pierwszej młodości wielu mężczyzn posiada typowy pociąg donjuanowski, który rozwiewa się później. Są to zatem Don Juani młodzieńczy, epizodyczni. Sam Don Juan Tenorio Zorilli, najlepszy i najbardziej znany w literaturze, jest Don Juanem tylko w młodości. Kiedy tylko po licznych zazdrościach przejrzy na oczy wobec Doñii Inés, zakochuje się w niej jak rekrut i to w istocie jest abdykacja jego donjuanizmu. Wszystko co robi później to już tylko tromtadracje, mające na celu dorównanie swojej sławie, swojej legendzie, „aby mieszkańcy Sewilli się zadziwili”, albo neapolitańczycy, a także i przede wszystkim, aby uzasadnić przed samym sobą własną wewnętrzną porażkę. Cykl ten przeszło wielu mężczyzn z krwi i kości.

Rzecz jasna ów donjuanizm młodzieńczy i przejściowy, zresztą najczęstszy, potwierdza moją teorię o słabej męskości Don Juana, ponieważ to właśnie młodość jest etapem niezdecydowania i normalnej chwiejności seksu. Prawdziwy mężczyzna, kiedy jest już mężczyzną dojrzałym, przestaje być Don Juanem. De facto Don Juani, którzy są nimi do końca życia, konserwują cechy owej młodzieńczej nieokreśloności. I to jest jeden z sekretów ich władzy uwodzenia.

Są także niewątpliwie wypadki donjuanizmu zapóźnionego, które, zdawałoby się, zaprzeczają niniejszej interpretacji; mężczyzn, których powodzenie zaczyna się dopiero w pełnym rozkwicie dojrzałości. Ale przypadki te należy badać czujnie. Takie zapóźnione zrywy prawie zawsze zależą od przyczyn niemających nic wspólnego z donjuanizmem, nawet jeżeli mają wyjaśnienie biologiczne: w tym wieku mężczyźni na ogół osiągają sukces; i to on, a nie ładna buźka, odpowiada za zapóźnioną atrakcyjność. Jedyne zagrożenie w tym wypadku polega na tym, że dobry, dojrzały człowiek nie rozumie tego mechanizmu i zaczyna się uważać za Don Juana.

Niedookreślony instynkt

Ale dopiero po tych zastrzeżeniach mogę zadeklarować, że moja interpretacja dwuznacznej męskości Don Juana z każdym dniem wydaje mi się pewniejsza, nawet jeżeli należy ją ograniczyć do określonej grupy przypadków, wszelako najbardziej charakterystycznych.

Wielu moich czytelników niewątpliwie zna już tę interpretację. To usprawiedliwia mnie z powtarzania jej tutaj. W niniejszym eseju nie będę wiec ponownie omawiać biologii Don Juana, tylko kilka interesujących aspektów jego legendy. Przede wszystkim dwa: jej narodowość oraz identyfikacja żywego człowieka, który posłużył za pierwowzór pierwszego Don Juana, opisanego przez Tirsa de Molinę. Niemniej, dla lepszego zrozumienia tego, o czym będę mówił dalej, warto pokrótce przypomnieć moją tezę, którą można podsumować następująco: według mnie tylko literackie złudzenia optyczne usprawiedliwiają uznanie Don Juana za archetypowy egzemplarz męskości. Błąd jaki to złudzenie ukrywa jest oczywisty.

Don Juan żyje obsesją kobiet i biegnie od jednej do drugiej, nie zatrzymując się nigdy dłużej przy którejkolwiek; i bynajmniej nie dlatego, że żadna nie daje mu satysfakcji, jak twierdzą niektórzy, myląc Don Juana z innym typem seksualnym, który im się zlewa, a który opisałem w swojej książce o Amielu, lecz z powodów wprost przeciwnych, dlatego że podstawowy instynkt Don Juana zaspokaja się z jakąkolwiek z tych kobiet: tyleż z księżniczką, co z rybaczką, jak z naciskiem mówi nam Tenorio w dramacie.

Otóż właśnie – dla mężczyzny doskonałego typowe jest właśnie rozróżnianie obiektów miłosnych; ich ulokowanie w jednym stałym typie kobiet, mała zdolność do zmian typu, a najczęściej żadna. Miłość mężczyzny doskonałego jest ściśle monogamiczna lub zawęża preferencje do krótkiego repertuaru kobiet, z grubsza podobnych do siebie; krótko mówiąc, co juz powtarzam, do gry ograniczonej wariacji na jeden temat.

Don Juan zaś odwrotnie – jest niezdolny kochać, choćby tymczasowo, jeden stały typ kobiet. Szuka kobiety jako płci. Kobieta jest dla niego tylko środkiem, aby dotrzeć do płci. Jego zachowanie jest więc taka sama jak nieróżnicujące zachowanie nastolatka, a także zachowanie samców niemal wszystkich gatunków zwierząt. Ostatnie badania przyrodników dostarczają interesujących ilustracji tego tematu, co mogę tu tylko odnotować.

Od pierwszego pojawienia się w legendzie literackiej, od pierwszej sceny dramatu Tirsa de Moliny, widzimy jak Don Juan gwałci czystość księżnej Izabeli, pojawiając się po ciemku w jej alkowie i udając przyobiecanego jej mężczyznę. Oto jest Don Juan: czysta donjuanowska esencja. Inny mężczyzna, prawdziwy, jednak wymaga widzieć swą ukochaną oraz aby i ona go widziała; ponieważ świadomość wzajemnej obecności jest nieodzownym warunkiem wielkiej miłości. Kiedy król, posłyszawszy krzyki uwiedzionej księżnej, pyta co się dzieje, Don Juan z głęboką biologiczną precyzją odpowiada: „A co być ma? / Mężczyzna i kobieta”; to znaczy, nie dwie jednostki, Don Juan i Izabela, tylko dwoje genitaliów naprzeciwko siebie. Tejże Izabeli Don Juan odpowiada na pytanie, kim jest, gdy ta wyczuwa, że się zbliża w ciemnościach: „Że kim jestem? / Mężczyzną bez imienia”.

Oto i ostatecznie wyrażona, począwszy od pierwszej wersji literackiej, definicja Don Juana: „mężczyzna bez imienia”; to znaczy, płeć, nie jednostka.

Wygląd Don Juana

Wygląd zewnętrzny prawdziwego Don Juana potwierdza jego niezdecydowaną męskość. Don Miguel de Mañara, uznawany za jednego z pierwowzorów Zwodziciela, wygląda na portrecie namalowanym przez Murilla jak piękna panienka. Casanova, sławny Don Juan, na jedynym autentycznym znanym nam portrecie ma doskonałość i delikatność rysów kobiety. I niemal wszyscy Don Juani, których znamy, są daleko od energicznych i szczecinowatych norm prototypu mężczyzny.

Morfologia mężczyzn obdarzonych nadzwyczajną zdolnością miłosną jest najczęściej nieco antyestetyczna: niewysoki wzrost, krótkie nogi, rysy twarzy intensywnie zaznaczone, twarda skóra i mocno porośnięta brodą i owłosieniem. Nic zatem podobnego do smukłego, eleganckiego Don Juana o gładkiej skórze, falistych włosach i gładkiej twarzy lub przyozdobionej łagodną spiczastą bródką, jakich widujemy w salonach lub scenariuszach. Drobiazgowa dbałość o strój, a niekiedy wyzywająca w nim przesada podkreślają jeszcze bardziej owo rozmycie męskości w morfologii donjuanowskiej. […]

Przełożył Piotr Sobolczyk

Pablo Neruda

Sonety*

I

Matilde, imię rośliny, kamienia lub wina,

tego co trwale i z ziemi zrodzone,

słowo, w którym świt wzrasta, w którym

wybucha światło cytrynowe.

Spieszą się w tym imieniu żaglowce drewniane

pośród morskich granatów połyskliwych ogni

litery płyną rzeką, liter długie fale

nawadniają moje wypalone serce

O imię znalezione gdzieś pod powojami,

niby drzwi tajemnego pewnego tunelu,

który otwiera przejście do zapachów świata!

spal mnie i zatop wśród twych pocałunków,

pytaj mnie, jeśli zechcesz nocnymi oczyma,

lecz w twym imieniu pozwól żeglować i zasnąć.

II

Tyle ścieżek kochanie, by Cię pocałować,

i samotność, co błądzi do twego spotkania

a w deszczu nadal krążą samotne pociągi,

w Taltal jeszcze, ciągle, wiosna nie przychodzi.

Lecz ty i ja kochana, my jesteśmy razem

Od naszych wspólnych ubrań do naszych korzeni

od jesieni, od wody, od biodra przy biodrze

Aż tylko ty, aż tylko ja – razem.

Pomyśl ile kamieni musiała nieść rzeka

by woda uszła do delty w Boroa,

pomyśl, ze między nami pociągi, narody:

a wystarczyło byśmy się kochali,

poprzez pomyłki, tłum, mężczyzn, kobiety,

przez ziemię, co goździki i rodzi i chroni.

V

Nie dotknie cię noc, brzask ani powietrze,

tylko ziemia, z mocą swych winogron,

jabłka wzrastające w dźwiękach czystej wody

zapach twego kraju, żywica i błoto .

od Quinchamali gdzie twoje rodziły się oczy,

aż po stopy stworzone dla mnie we Frontera

Ty jesteś ciemną gliną tak dobrze mi znaną:

w twoich biodrach znowu mogę dotknąć zboża.

może nie wiedziałaś, Araukańska pani,

że bez twych pocałunków, zanim cię kochałem,

serce me pamiętało o twych wargach przecież.

jak ranny po ulicach błądziłem, aż wreszcie,

zrozumiałem, że oto znalazłem, kochanie

dla naszych pocałunków wulkaniczne miejsce.

XXVII

Naga jesteś tak zwykła jak jedna z twych dłoni

gładka, ziemska, maleńka, krągła, przezroczysta,

jesteś w kształcie księżyca i jak jabłek ścieżki

naga jesteś tak smukła jak naga pszenica

Naga jesteś błękitna tak jak noc na Kubie

nosisz we włosach gwiazdy i powoje

naga jesteś ogromna i żółta

jak lato w pełnym złota kościele.

Naga jesteś tak mała jak jeden z twych paznokci

giętka, subtelna, różowa, aż gdy dzień się rodzi

i odchodzisz do świata kolejki podziemnej

jak do długiego tunelu zajęć oraz strojów:

twoja jasność gaśnie, ubiera się, liście zrzuca

by znów stać się jedną z twoich nagich dłoni.

XXXVIII

Twój dom tak dźwięczy, jak pociąg w południe,

pszczoły wirują, śpiewają garnki,

wodospad opowiada dzieje rosy,

twój śmiech rozbrzmiewa trelem palmy.

Niebieskie światło ściany rozmawia z kamieniem

przychodzi jak pasterz gwiżdżący telegram

pośród dwóch drzew figowych o zielonym głosie

Homer się wspina w swych cichych sandałach.

Tylko tutaj miasto nie ma ni głosu ni płaczu,

bezkońca ani sonat, ust ani klaksonu

tylko rozmowy lwów ze spadającą wodą.

I ty, która się wspinasz, śpiewasz, biegniesz, schodzisz,

idziesz, sadzisz, gotujesz, przybijasz, piszesz, wracasz

– albo odeszłaś i wtedy na pewno zaczęła się zima.

XCII

Kochanie, jeśli umrę a ty mnie przeżyjesz,

jeśli umrzesz kochanie, a ja sam zostanę,

nie oddajmy bólowi więcej terytorium:

bo nie ma przestrzeni większej od naszej.

Pyły pośród zboża, piasek pośród piasków

czas, błądząca woda i wędrowny wiatr,

niosły nas jak niosą żeglujące ziarno,

mogliśmy się nie spotkać przez cały ten czas.

Tę łąkę, o mała nieskończoność!

gdzieśmy się poznali , tę oddajemy,

miłość, kochanie, nie ma zakończenia.

I tak, jak narodzenia nie miała

śmierci nie ma, jest jak wielka rzeka,

tylko ziemie, tylko wargi zmienia.

LXVI

Nie dlatego cię kocham, że wciąż kocham ciebie

i do niekochania zmierzam od kochania,

i na ciebie czekam, gdy nie czekam ciebie,

serce płonie w ogniu lub chłód je pochłania.

Kocham cię, bo przecież kocham właśnie ciebie,

nienawidzę bez końca, nienawidząc błagam:

wędrowiec, co nie widzi ale kocha ciebie,

co kocha cię jak ślepiec – to miłości miara.

może światło stycznia spali i pochłonie

okrutnym swym promieniem całe serce moje,

kradnąc mi klucze, wzbraniając poznanie,

tylko ja w tej historii umrę, ja tylko, dlatego,

że cię kocham i przez to z miłości umieram,

bo z krwi i ognia jest moje kochanie.

Pablo Neruda

Przełożyła Zofia Jabłonowska-Ratajska