FRAZA NR 83-84 / 2014 – PORTRETY

PORTRETY:

Zbigniew Joachimiak

z cyklu Moje ręce córki


Ma wiele ramion

delikatnych i ruchliwych.
Dotykają wciąż i wciąż na nowo, od początku od samego
Początku, od dotkliwości i tkliwości aż do bólu, od nowa do bólu, do starego nowego bólu
aż ramiona się załamują ręce wykręcają.
Nie kończy się ten marsz ramion do nowego nowego… aż staje się nie do zniesienia,
do płaczu do dodo.
Delikatne palce obłaskawiają wszystko wokoło, plączą nitki, rozmazują łzy,
sięgają do dalekich oczu, rozmazują tusz, przekrwione białka,
pieszczą czas, całują okna ciała, obrazy, czasami zawieszają się na
czarnobiałych odbiciach…( odbicia uciekają od kolorów),
pogryzionych palców, resztek paznokci.
W końcu zaplątują się w szepczące węże – warkocze.
Zwijają się szepty, zapadają w ciszę, ciszę
na chwałę mroku.
Aby się na nowo wyzwolić i dotykać na nowo ruchliwymi,
kruchymi ramionami na chwałę
przebłysków jasności, migotań, dni, które mają nadejść,
by pójść znowu do nikąd.
Jej ruchome ramiona nie mają kości,
mają tylko krew, spazmy
i sam dotyk nagich opuszków, palców bez naskórka.

 

XI. 2013

Dzisiaj niedziela, dzisiaj święto

Dzisiaj siedzimy razem, ja wtulona w ciebie.
Dotykasz mnie, tato, czuję jakbym sama głaskała swoje ramię.
Jestem z twojego ciała. A odrębna. Innych wszechświat.
Przenika mnie twoja krew. Przenika twoja pamięć.
Przenika pamięć komórkowa. Pamięć codzienna. Pamięć klątw i błogosławieństw.
Jak długo jeszcze trwać będzie dzień dzisiejszy?
Jak długo utrzymasz mnie na uwięzi swej troski.
Czujesz? W środku pękają mi kości. Twoje kości. Moje kości.
Kruszą mi się włosy. Już krzyczę, ty tego nie słyszysz.

Dotykaj mnie, tato.
Tak trwa ta nieskończona chwila, ta powtarzana chwila, ta rymowana
chwila, która może zakończyć się tylko odjazdem w górę, w niebo, w mróz
czarnego nieba, pustego ryczącego kosmosu.

Tam jesteś,
bo tam ciebie nie ma.
Dlatego trzymaj mnie, moją twoją rękę. Twoim moim ciałem.
Twoim moim strachem.
Wiesz. Na pewno odchodzę.
I ty.
Zmierzcha się niedziela,
minęła już wczoraj.

 

Cięcia

Stoisz na brzegu morza, to może być zatoka.
Odkręcasz się do tyłu,
jesteś żyletką – przecinasz równo świat, tę plażę
na dwie połowy – żółty piasek odchyla się na boki
w ironicznym wilgotnym uśmiechu.
Z jednej strony widzę ciebie.
Z drugiej – być może – da się mnie zobaczyć.
Mrużysz oczy, tniesz całą powierzchnię.
Teraz tniesz tętniące mrokiem chmury.
Chmury są kamienne.

Przez cięcia przedostają się fioletowe przebłyski,
potem zmieniają się w purpurę, a potem gwałtownie wszystko
się wyciemnia.
Się.
Każde cięcie to krok od.
Każdy błysk żyletki pogłębia ciemność i chłód.

Stoisz na brzegu.
Żyjesz na brzegu.
Na brzegu,
na skraju,
jesteś ostrzem żyletki.

Zbigniew Joachimiak

Naszym wspólnym mianownikiem były wielkie czasy, w których żyliśmy.Rozmowa ze Zbigniewem Joachimiakiem (fragment)

Adam Bienias: Kiedy w liście poprosiłem pana o kilka wspomnień związanych z Nową Prywatnością napisał pan takie słowa: „W młynie powstawania i zatracania się zjawisk literackich, lata 70. wydają się z dzisiejszej perspektywy młodych autorów jako mało ciekawe i nieistotne. Może słusznie? Ale może jednak nie, gdy pomyśleć, jak przechodziły kolejne fale pokoleń i co po sobie pozostawiały. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w latach 70. prowadziliśmy bardzo poważny spór o sposób pisania, o prawa poetyckie do osobistej ekspresji nie obciążonej tyrteizmem, społecznym obowiązkiem Nowej Fali, a jednocześnie uwolnione od metaforyzmu i szczególnej metafizyki Orientacji. Dzisiaj widzę jasno, że przynajmniej dla mnie, najważniejszą sprawą w tamtych młodzieńczych czasach było prawo do wolności w pisaniu, do realizacji takiej poezji, jaka była mi najbliższa, bez definiowana jej stylu i rodzaju”…. W latach 70. był pan jednym z założycieli grupy poetyckiej Wspólność i liderów ruchu poetyckiego Nowej Prywatności. Redagował pan związane ze Wspólnością zeszyty literackie „Litteraria”, później również pismo gdańskich środowisk twórczych „Punkt”, zeszyty artystyczne „Integracje” i miesięcznik literacki „Autograf”. Stąd też na początek chciałbym zapytać o pana wspomnienia dotyczące Gdańska lat 70. i 80. Czy możliwy jest powrót do przeszłości?

Zbigniew Joachimiak: Dobrze. Spróbuję odpowiedzieć na pana pytania. To może nie najgorszy sposób, aby na chwilę ożywić to, co definitywnie jest już minione. Muszę jednak wyznać, że robię to z niezupełnie dla mnie zrozumiałą niechęcią. Nie wobec pana, oczywiście. Wywoływanie duchów jest wysiłkiem próżnym a spójne przywołanie tamtych czasów jest zadaniem ponad moją wiarę. Jeszcze jako student polonistyki twierdziłem, że historia literatury jest niemożliwa. Coś w tym było na rzeczy. Może dlatego nigdy nie pożeglowałem w stronę akademizmu. Może dlatego w życiu, w mojej aktywności duchowej jestem przede wszystkim poetą a nie badaczem, krytykiem, historykiem literatury. Wydaje się, że poezja może znacznie więcej. Może nawet przekraczać czas. A więc, gdy teraz mnie pan dopytuje, „ jak to było”, to przecież, choć byłem świadkiem tamtych czasów, czuję się niepewny, co się naprawdę stało, co się działo, jak naprawę było, a już zupełnie czuję się bezradny, gdy mam odpowiadać na pytania: dlaczego?

To długie zastrzeżenie przed podjęciem odpowiedzi na pańskie pytanie jest o tyle konieczne, że chcę wyrazić inną ogólną uwagę. Wszystko co mówię tutaj jest o tyle prawdą, o ile sam w to wierzę. Czy inni mogą podzielić moją wiarę i moją o tamtych czasach opowieść? Nie. Nie mogą, nie muszą, ale mogą jej posłuchać, co mam w tej sprawie do przypomnienia. Mogą posłuchać tak, jak słucha się wiersza. Za każdym znaczeniem stoi wiele innych znaczeń. Każde słowo ma kilka ech. A każde wspomnienie jest tylko kolejnym odbiciem w nieskończonym ciągu luster. 

 – Pamięta pan kiedy po raz pierwszy pojawiło się określenie „Nowa Prywatność”? 

– Kiedy pojawiło się to określenie, szybko je zaakceptowałem, bowiem to otwierało wiele perspektyw, było wrotami do szerokiego projektu antropologiczno-kulturowego na użytek literacki, w którym człowiek nie jest jednoznaczny, jego życie jest mieniącą się, ruchliwą wstęgą, a twórczość jest czymś znacznie więcej niż zadaniem, literaturą, pracą, sposobem komunikacji, zarobkowaniem, stylem życia… Człowiek „nowoprywatnościowy” jest całością, nie jest rozczłonkowany na funkcje i osoby. Gdy powstawał ten projekt, był dla mnie szansą na ucieczkę przed sprasowaniem kulturowym, przed uniformizacją, unifikacją, definizacją. Literatura „prywatnościowa” dawać miała szansę na pełnię lub raczej na nieskończoną ilość pełni wyrażanych każdym autorem i jego twórczością z osobna. Dlatego nieważne były zagadnienia stylu, poetyki i zadania, jakie stawia się literaturze, bo wszystkie te elementy były do wzięcia według własnych potrzeb. Tyle jest literatur ilu jest twórców. I tak jest dobrze. Właściwie. 

Niemniej jednak, gdy w latach 70. szukaliśmy samych siebie, własnej tożsamości w tym wcale nienudnym i niełatwym świecie kultury nie zawsze wiedzieliśmy czego szukamy. Gdańsk był dobrym miejscem, bo panował w nim klimat relatywnie nieskostniały. Funkcjonowały miejscowe nieformalne grupy twórcze, środowiska artystyczne, miejscowe koterie i towarzystwa, były gazety, pisma, w których sporo miejsca poświęcano literaturze – mam na myśli „MJL Litery” a też „Tygodnik Morski”, w którym debiutowałem w 1974 roku. Zastane układy, oczywiście, stały się dla nas pierwszym punktem odniesienia i sprzeciwu, ale – jak dzisiaj to widzę – działały raczej na nas katalitycznie, nie niszcząco. Bardzo łatwo przychodziło nam debiutować w miejscowej prasie. Dość wcześnie zaczęliśmy wydawać swoje książki. Ale to nie wystarczało, szybko pojawiła się potrzeba posiadania własnych „instytucji”, nie wystarczało nam uczestnictwo w istniejących tytułach, czy wydawnictwach. Dlatego szybko doszło do zawiązania różnych sojuszy, które realizowały wspólne, już nasze własne projekty. Na bazie jednego z takich sojuszy, w tym przypadku pomiędzy młodymi pisarzami i studentami artystami z Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, powstało wydawnictwo poetyckie, tzw. Arkusze Borosa, które wydało jak na tamte czasy niezwykle rewolucyjne w formie tomy poetyckie. Tu zadebiutował tzw. „drukiem zwartym” m.in. Zawistowski, Pawlak, niżej podpisany, Czekanowicz. Nie pamiętam już wszystkich autorów, ale seria miała 12 edycji. Uniwersytet Gdański umożliwił nam wydawanie (bez nadmiernie czułej opieki) własnego pisma studyjnego „Litteraria”. 

Było zatem jak w Odzie do młodości Mickiewicza: „Hej ramię do ramienia”? 

Szybko zrozumieliśmy, że aby skutecznie istnieć publicznie musimy się lepiej organizować. Powstawały więc szybko grupy poetyckie. Organizowaliśmy seminaria, konkursy. Jasne było, że nie powinniśmy zamykać się w naturalnych gettach środowiskowych, czy to uniwersyteckich, czy artystowskich. Rozumieliśmy (albo ja to tak pamiętam), że aby być usłyszanym, musimy wyrwać się z regionalności i lokalności. Byłem rzecznikiem i jednocześnie animatorem związków pomiędzy różnymi grupami literackimi w Polsce. Przyjaźniliśmy się i spotykaliśmy z takimi grupami ja MY z Krakowa, Moloch z Warszawy, Centrum Literackie „Jaszczury”, Od Nowa z Poznania, a nawet przez przyjaźń z Jerzym Piątkowskim z grupą Teraz. Zawiązywaliśmy przyjazne relację ze środowiskami młodoliterackimi z Wrocławia, Poznania, Szczecina, Lublina. Dużo podróżowaliśmy. Jeździliśmy do nich, a oni do nas. Sami stworzyliśmy grupę poetycką o długiej, ale precyzyjnej, ukazującej jasno nasze intencje nazwie Grupa Sytuacyjna Poetów i Artystów „Wspólność”.

Może to banalnie wszystko wygląda z dzisiejszego punktu widzenia, gdy nie ma większego problemu z opublikowaniem swoich wierszy, np. w Internecie lub jednym z wielu pism papierowych, które ukazują się nieomal w każdym kulturalniejszym miasteczku, gdy wydanie książki debiutanckiej to raczej kwestia znalezienia finansowania a nie wydawcy. Wtedy było jednak nieco trudniej. Nie było Internetu, ale była cenzura. Były wydawnictwa, ale głównie państwowe, a papier był limitowany. A jednak pod wieloma względami było też lepiej. Istniała realna i wysokonakładowa sieć pism literackich. Druk w nich był rzeczywistym dotarciem do szerokiego czytelnika i był realną weryfikacją twórczości. Niski nakład tomiku poetyckiego to było 1000 wobec dzisiejszych 200–300 egzemplarzy. 

Najważniejsza jednak była dla nas – pewnie i dzisiaj tak jest – materia duchowa, w której żyliśmy i się rozwijaliśmy. A więc lektury, dzieła sztuki, programy artystyczne, autorzy i ich książki. Materia w wymiarze uniwersalnym i polskim. Z jednej strony zaczytywaliśmy się w realizmie magicznym, wciąż jeszcze panowali pisarze egzystencjalni, odkrywaliśmy Sylvię Plath, Geneta, Wojaczka, słuchaliśmy Beatlesów, Pink Floyd i Cohena, a z drugiej przeżywaliśmy Barańczaka, ekscytowaliśmy się Sklepami mięsnymi Zagajewskiego, premierami teatralnymi u Dejmka i Hebanowskiego. Z trzeciej odkrywaliśmy, że rówieśnicy również piszą fantastyczne wiersze. Nie bez znaczenia było, że wielu z nas było studentami Uniwersytetu Gdańskiego, a wtedy było to jedno z niewielu miejsc, gdzie można było zetknąć się z nowoczesną myślą humanistyczną. U mnie na polonistyce Uniwersytetu Gdańskiego szalała i zarażała niepoprawnym myśleniem (czyli nie całkowicie lansowanym przez oficjalną kulturę) nie do przecenienia profesor Maria Janion. 

– To bardzo dużo osiągnięć w stosunkowo krótkim czasie. 

– Tak, to co udało nam się osiągnąć w krótkim czasie kilku zaledwie lat w Gdańsku, czyli stworzyć czytywane i cenione studyjne pismo „Litteraria”, serię poetycką Borosa, seminaria w Wieżycy, poświęcone w dużym stopniu najnowszym, młodoliterackim zjawiskom literackim, powołać do istnienia w Gdańsku co najmniej trzy grupy poetyckie, stworzyć sieć powiązań z innymi środowiskami młodych pisarzy, otrzymać kilka znaczących nagród literackich – wszystko to spowodowało, że nagle zaczęto mówić o boomie poetyckim w Gdańsku. Myślę, że było w tym określeniu, jak na dzisiejsze standardy, dużo przesady. Może pod jednym względem było w nim trochę racji: wielu wtedy debiutujących poetów demonstrowało naprawdę wielki talent, a jednocześnie odrębność. Większość z nas dzielił sposób pisania, łączył poziom tekstów. Takie indywidualności jak Anna Czekanowicz, Aleksander Jurewicz, Władysław Zawistowski, Jerzy Kamrowski, Waldemar Ziemnicki, Antoni Pawlak, Kazimierz Nowosielski, niżej podpisany, a też zaprzyjaźnieni Grzegorz Musiał z Bydgoszczy, Piotr Kawiecki z Kociewia, Andrzej Grzyb z Kaszub, nie mogły stworzyć typowej programowej wspólnoty literackiej, zbyt wiele nas dzieliło w sferze warsztatu, światopoglądu i wrażliwości estetycznej. Może dlatego zaczęliśmy się zastanawiać czy coś, jeśli tak, może jednak nas łączyć. Projekt Nowej Prywatności odpowiedział na wiele naszych oczekiwań. 

– Paradoksem tamtej zróżnicowanej środowiskowej, literackiej „wspólnoty” było to, że największą jedność grupa zyskała kilka lat później w akcie zgodności etycznej, czymś zgoła nieprogramowym, w wydarzeniu historycznym, po którym nieomal całkowicie ta wspólnota się rozpadła, pozostała tylko dość zagubiona konstelacja pojedynczych pisarzy.

– Gdy 17 sierpnia 1980 roku znalazłem się w Stoczni Gdańskiej, spotkałem tam Marka Bieńkowskiego i Władysława Zawistowskiego, Antoniego Pawlaka i wielu innych kolegów poetów. Napisaliśmy wtedy, jako pisarze stowarzyszeni w Kole Młodych ZLP, jedyny prawdziwy programowy, choć krótki manifest. Nie był to manifest artystyczny. Był to list popierający stoczniowców i ich polityczne żądania, pierwszy dokument tego typu napisany przez intelektualistów i ogłoszony w trakcie tego strajku. Dodam że, choć może to też brzmi niezbyt poważnie, zebraliśmy i przekazaliśmy około 500 zł na fundusz wspierający robotników. Dla nas cienkich studenciaków i młodych poetów było to sporo kasy. Dopiero 21 sierpnia wsparli strajk nasi starsi koledzy pisarze z ZLP, też nie jednomyślnie. Piszę „też”, bo z kronikarskiego obowiązku powinienem jednak przyznać, że kilku młodych pisarzy i krytyków przelękło się i nie chciało podpisać naszej rezolucji odczytanej w Sali BHP w Stoczni. Ale to działo się kilka lat później. W latach 70. wydawało się nam, że to my zdobywamy świat. Nasze książki budziły naprawdę zainteresowanie. Dojrzewaliśmy. 

– Z pana opowieści można zatem wywnioskować, że Gdańsk był wówczas głównym ośrodkiem polskiej poezji.

Rzeczywiście były chwile, gdy miałem uczucie, że centrum nowej, młodej poezji znajdowało się w Gdańsku. Mieliśmy tu kilka ciekawych, jak to teraz się określa, instytucji kultury, a więc przede wszystkim powstał głodny nowych idei Uniwersytet Gdański z bardzo inteligentną młodą generacją pracowników naukowych, przyjaznych nowym zjawiskom literackim i intelektualnym. Tu poznałem wówczas młodego badacza literatury, późniejszego prozaika, Stefana Chwina, który, chyba nie przekłamię, dość mocno identyfikował się ze środowiskiem literackim Gdańska. Działał legendarny Klub Studentów Wybrzeża „Żak”, gdzie przez cały rok działy się fantastyczne wydarzenia. Tu rozdawano kultowe nagrody poetyckie Konkursu Literackiego „Czerwona Róża”. Główna nagroda była za zestaw wierszy, a rozdawano również nagrody literackie za całokształt twórczości, za debiut, za działalność translatorską, a też nieregularnie w innych kategoriach. Ranga konkursu była na tyle wielka, że moja mama dowiedziała się o tym, że otrzymałem Czerwoną Różę z dziennika telewizyjnego. Ta nagroda była odpowiednikiem dzisiejszej Nike, mogą o tym świadczyć nazwiska laureatów: Marian Grześczak, Ernest Bryll, Edward Balcerzan, Krzysztof Gąsiorowski, Krzysztof Karasek, Adam Zagajewski. A z moich rówieśników: Aleksander Jurewicz, Antoni Pawlak, Leszek Szaruga i wielu innych wybitnych autorów. Co roku odbywały się Jesienne Spotkania, poświęcone kulturze studenckiej, a wtedy miała ona wielkie znaczenie, bo nie poddawała się rygorom kultury oficjalnej. Wydarzeń literackich nie brakowało, była ich ogromna ilość, łącznie z organizowanymi przeze mnie Seminariami Literackimi w Wieżycy na Kaszubach. 

To co działo się w Gdańsku, było obserwowane w całej Polsce. I doceniane. Grupy poetycka Wspólność i Muzeum Samowiedzy (Pawlak, Bieńkowski, Jurewicz, Terlecki) dokładały swoje cegiełki do tego fermentu. Na teksty w „Litterariach” odpowiadano w ogólnopolskich pismach literackich, takich jak „Student”, „Poezja” czy „Nowy Wyraz”, ale też były zauważane przez pisma opinii, m.in. „Politykę”. Nasza działalność budziła jednak nie tylko podziw, znacznie częściej była krytykowana. Spierano się z nami bez pardonu. Nie było chyba bardziej skrytykowanej grupy poetyckiej niż Wspólność. Ale tak, byliśmy w centrum… uwagi, nie tylko cenzury, bo ta bardzo uważnie nam się przyglądała i też „udoskonalała” nasze teksty, lecz również innych środowisk literackich.

– Każda formacja próbuje stworzyć swój program. Jakie były wasze najważniejsze cele i co z tego udało się zrealizować?

Swoistą próbą programową były „Litteraria”, pismo tworzone przez zespół zmieniający się i stale poszerzający. Skład redakcji: Anna Czekanowicz, Stefan Chwin, Zbigniew Joachimiak, Zbigniew Majchrowski, Stanisław Rosiek, Władysław Zawistowski gwarantował pismu wysoki poziom akademicki i jednocześnie zaangażowanie w aktualne wydarzenia w świecie młodoliterackim. Tu drukowaliśmy swoje ważne teksty programowe. Tu ukazał się, dla przykładu, wspólny tekst Czekanowicz, Zawistowskiego i mój pt. Kilka tez na temat: Światopogląd estetyczny młodego pokolenia. Tu miał miejsce pierwodruk bardzo istotnego tekstu dla diagnozy młodej literatury – szkicu Stefana Chwina Etyka i forma. Zderzaliśmy formy dyskursywne ze swoimi wierszami, ale również zaprzyjaźnionych poetów, na przykład Lothara Herbsta i Marianny Bocian oraz Stanisława Zajączka ze Szczecina. To był okres krystalizacji idei grupy poetyckiej Wspólność. „Litteraria” miały przede wszystkim oddziaływać na środowiska akademickie. Grupa poetycka Wspólność działać miała w środowiskach literackich i przebijać się do świadomości w prasie literackiej. Te „kompetencje” oczywiście traktowane były luźno i wiele razy Wspólność miała swoje manifestacje w ośrodkach akademickich, a „Litteraria” w klubach pisarskich. 

Sama nazwa grupy była swoistym programem: Grupa sytuacyjna Poetów i Artystów „Wspólność”. Podkreślenie sytuacyjności i jednocześnie wspólności ukrywało programowy paradoks grupy: bycia razem a osobno, bo od samego początku wiedzieliśmy, że nie łączy nas i że nie chcemy, aby nas łączyła wspólnota estetyczna czy nawet etyczna (bardzo wtedy dyskutowane kryterium literatury). Byliśmy razem nie dlatego, że byliśmy do siebie podobni, chcieliśmy być ze sobą, bo byliśmy niepodobni. Lubiliśmy odmienność w literaturze, a skutkowało to tym, że bardzo chętnie zaprzyjaźnialiśmy się z poetami o bardzo różnych stylach z różnych pokoleń i różnych środowisk. Wśród poetów Wspólności byli poeci akademiccy, przedstawiciele typowej cyganerii, poeci malarze i rzeźbiarze, a także naturszczycy i poeci robotnicy. 

  To wtedy podejmowaliśmy dyskurs z Nową Falą, która zresztą wcale nie była tak jednorodnym zjawiskiem, jak wielu dzisiaj uważa. Dla nas polemicznym polem była głównie jej tyrtejskość, postulat bardziej lub mnie skrywany, i konieczności angażowania się literatury w problematykę społeczno-polityczną. Od razu dopowiem, że nie kwestionowaliśmy wartości takiej literatury, mieliśmy świadomość, że jest potrzebna i konieczna. Przedmiotem naszego sprzeciwu był postulat etyczny, aby zaniechać innego rodzaju poezji. Nie akceptowaliśmy postulatu, żeby piętnować, deprecjonować poezję za to, że nie podejmuje się misji społecznej. Można bardzo, bardzo skrótowo to ująć tak – broniliśmy Harasymowicza przed Barańczakiem, jednocześnie broniąc Barańczaka przed realnym życiem i polityką. Uważaliśmy, że można pisać wiersze o zajączkach, ale i nie wolno karać poetów za to, że angażują się politycznie. To niby dzisiaj oczywistości, ale wtedy tak nie było. Życie w Polsce bardzo się skomplikowało. 

Lata 70. to wydarzenia polityczne, bunty społeczne, ale też powstawanie nieomal jawnej i oficjalnej opozycji demokratycznej. Nie chcieliśmy dać się zmiażdżyć tym wielkim procesom społecznym. Zauważaliśmy paradoks poezji politycznie zaangażowanej – angażując się w politykę poezja jest przez nią zjadana, tracąc na swej poetyckości, choć zyskując na wymowie społecznej i może też popularności. Historia ostatecznie potwierdziła naszą w tym względzie intuicję, wielkie powstanie społeczne, jakim był Sierpień 1980, zdusił literaturę, nie powstały ani w tym czasie, ani później wielkie dzieła, nie wyłoniły się nowe nurty literackie. Nie będę próbował tego oceniać, bo nie ma żadnej wątpliwości: życie jest najwyższą wartością i dobrze, że w tych parzących czasach wszystkie ręce poszły na pokład i ostatecznie ta rewolucja zwyciężyła. Czas na literaturę przyszedł później. Dzisiaj! Dzisiaj można pisać w pełnej wolności tworzenia. […]

Rzeszów – Gdańsk 17.11.2013 r.

Anna Bolecka

Lekarz doskonały

Fragment 1
Akcja dzieje się w roku 1898

Z perspektywy wielu lat, które minęły od chwili ślubu, patrzyła teraz na swoje życie zupełnie inaczej niż wtedy, gdy z blaskiem w oczach gładziła ślubną suknię, wpinała kwiaty we włosy i sto razy przeglądała się w lustrze, a obraz, jaki widziała, wprawiał ją w zachwyt. O przyszłości nie myślała, a jeśli nawet miała o niej jakieś wyobrażenie, to było ono jak tęczowa bańka unosząca się w powietrzu. Życie miało być usłane różami, niczym w romansach, które potajemnie przemycała pod fartuszkiem i czytała z wypiekami na twarzy. Długo wierzyła, że tak właśnie będzie. A kiedy działo się źle, zamykała oczy i zło znikało, a raczej to tylko ona go nie widziała. Życie usłane różami za cenę iluzji, myślała teraz, nie jest warte swojej ceny. Nie jest prawdziwe, nie jest rzeczywiste, powtarzała w myślach i dziwiła się, że nie zauważyła tego wcześniej.

Mężczyzna, którego poślubiła przed kilkunastu laty, choć młody, był w chwili ślubu dwukrotnie od niej starszy. Długo nie umiała się wyzbyć wrażenia, że Hipolit jest bardziej szacownym wujkiem niż mężem. Dygała przed nim, zwracała się do niego w trzeciej osobie i z lada powodu oblewała rumieńcem. Śmiał się, uważał to za czarujące, w końcu jednak znudziło go ciągłe przypominanie, kim dla niej jest. Powoli przywykła, nawet zaczęła zdrabniać jego imię. Hipo okazał się człowiekiem dowcipnym, potrafił ją rozśmieszać i często razem urządzali jakieś całkiem dziecinne figle. Lubił zaskakiwać ją niezwykłymi prezentami. Nie zastanawiała się, skąd brał pieniądze na luksusowe drobiazgi, wycieczki statkiem, balowe toalety i niepraktyczne przedmioty. Gospodarstwem się nie zajmował, pozostawiając je Kasi. Kiedy jednak kucharka dopominała się o pieniądze na konieczne wiktuały, Kasia stawała bezradna. Małżonek nie chciał słuchać o rachunkach u rzeźnika, mleczarza, piekarza. 

Jego nieżyjący już ojciec był zapobiegliwy. Syn jednak nie odziedziczył po ojcu tej cechy. Marzyło mu się swobodne życie na wsi, polowania, męskie towarzystwo, wypady do miasta po luksusowe zakupy. Najskromniejsza okazja była pretekstem do obdzielania bliskich i dalszych znajomych wymyślnymi prezentami. Uwielbiał przyjęcia i nie szczędził na nie czasu i pieniędzy. Namiętnie grał w karty. Szlachecka fantazja podsuwała mu niezwykłe pomysły na życie. Obca mu była oszczędność, ta cnota z musu, jak ją nazywał. Kasi podobała się jego bezpośredniość. Polubiła fantazję i wdzięk. Już wkrótce zorientowała się jednak, że szczodrość nie szła w parze z ostrożnością, znajomość poezji była powierzchowna, a wesołość często zmieniała się w smutek, kiedy jej mąż nie mógł zrealizować jakiegoś nowego szalonego planu. Jego bujna natura i temperament niosły go na pola, łąki, do lasu. Musiał tkwić dzień w dzień za biurkiem. Na prezenty brakowało wkrótce pieniędzy. W karty przegrywał. Życiową lekkość i niefrasobliwość rekompensowała solidność przedmiotów, jakimi się otaczał. Eleganckie meble wykonane tak starannie, że mogły służyć kolejnym pokoleniom, zapełniały pokoje rozległego mieszczańskiego mieszkania. Książki oprawiał artystycznie u najlepszych introligatorów, lecz rzadko którąś z nich czytał. Kupując piękny przedmiot, znał jego wartość, cechy stylu, historię. 

Często nie było go w domu i Kasia nudziła się, czekając cały dzień na męża. Zajęcia poza domem Hipolit tłumaczył koniecznością wyrobienia stosunków i pozycji w świecie. Należało mieć miejsca w pierwszych rzędach teatru, choć Katarzyna rzadko mogła z nich korzystać, zajęta dziećmi. Jeździło się dorożką, a nawet karetą, kiedy to było według Hipolita konieczne. Towarzysze młodości, co zamożniejsi ziemianie, chętnie zapraszali go na polowania, których Kasia nie cierpiała. Nikt zresztą nie proponował jej udziału w tych męskich rozrywkach. Z tego, prawdę mówiąc, się cieszyła. Jednego natomiast nie mogła mu darować. Gdy tylko miało się narodzić dziecko, Hipolit znikał z domu. 

Tak zwane kobiece sprawy były dla młodej mężatki źródłem pewnego wstydu i niepokoju. Nie mogła nie zauważyć związku między tajemnicą małżeńskich nocy a poczęciem, jednak błogosławiony stan wydawał jej się darem niebios, nie zaś skutkiem fizjologii. Czasem przypominała sobie swoją noc poślubną. Nie znała wówczas mężczyzn innych niż ojciec i dalsi krewni, dostojni panowie, z wąsami i brodami, które były dla niej głównymi atrybutami męskości. Tymczasem jej świeżo poślubiony mąż, prócz wąsów, miał jeszcze niecierpliwe ręce, tułów pokryty jasnym włosem, gorącą skórę i coś, czego przez wszystkie późniejsze lata małżeństwa nie śmiała oglądać. Aktu erotycznego nie postrzegała jako wyrazu miłości. Miłość była według niej daleka od wszystkiego, co wstydliwe, przyziemne czy zbyt cielesne. Uszczęśliwiały ją miłosne wyznania, delikatne dotknięcia, pocałunki, aura męskości. 

Z czasem polubiła zwyczaje męża. Kiedy jej pragnął, dostawała pąsowe róże. Gdy go zadowoliła, przynosił jedną perłę, aż uzbierał się cały naszyjnik. O jej pragnienia nie pytał jednak. Nie lubił domowego niepokoju, spraw gospodarskich i czasu, kiedy szykował się poród. Nie tolerował wizyt lekarza, krzątaniny, krzyków, bólu, a potem woni mleka, pisków oseska i całej tej atmosfery „krowiego ciepła”, jak ją nazywał. Już zawczasu dostawał zaproszenie na polowanie, po czym wyprowadzał się do chwili, gdy opadały pierwsze emocje. Małe dzieci, a początkowo były to córki, uwielbiał. Zwłaszcza kiedy mógł je obsypywać prezentami i przeglądać się w ich naiwnych oczach.

Taki był mąż Kasi, Hipolit. Kochała go, bo tak należało. W rzeczywistości wcale go nie znała. Nie znała też siebie. Czas młodości był czasem ciała, młodego, zdrowego i pięknego. Ale nie dla niej. Jako dziewczyna nie przyglądała się sobie nagiej. Zawsze w bieliźnie lub w nocnej koszuli szczelnie ukrywającej wstydliwe zakamarki. Kiedy się myła, obnażała tylko tę część ciała, która właśnie była poddawana wodnym zabiegom. Używała miękkiej rękawicy, tak jak niegdyś zaleciła jej matka w jedynej rozmowie o kobiecej intymności. Czasem ukradkiem przyglądała się swoim piersiom i udom, kiedy raz w tygodniu jeździła ze służącą do łaźni. W zacisznej kabinie, gdzie była sama i wreszcie całkiem naga, ulegała pokusie. Gołą ręką dotykała skóry, gładkiej i połyskliwej, białej i jędrnej. 

W łaźni dopuszczano przy kąpieli pomoc łaziebnych, kobiet, dla których wstydliwość nagich pań stanowiła źródło ledwie skrywanej wesołości. Kasia długo pamiętała pewną dziewczynę w podkasanej spódnicy, o mocnych czerwonych łydkach i wielkich stopach w rozdeptanych pantoflach. Bez pukania weszła do kabiny, gdzie Kasia niezdarnie próbowała poradzić sobie z długą koszulą, gąbką i mydłem. Bez ceregieli ściągnęła z niej lepiącą się do skóry koszulę i szczotką zaczęła ją nacierać od stóp do głów, nie żałując mydła. Po chwili Kasia przestała odpychać rękę, która bezceremonialnie sięgała w zakazane miejsca. „Niech pani sama umyje płeć”, usłyszała szept dziewczyny. Oszołomiona, bez słowa wykonała polecenie. Czuła, jak jej skóra pod wpływem ruchu pulsuje, jak napływa do niej rozkoszne ciepło, i ogarnęła ją dziwna beztroska. Łaziebna uniosła wielką konew z gorącą wodą, zmywając z Kasi pieniące się mydło, a wraz z nim wstyd i troski. Po chwili strumień zimnej wody wywołał w niej najpierw wstrząs, a potem atak niepowstrzymanego śmiechu. Śmiały się obie, aż zaniepokojona służąca wyjrzała z dalszej kabiny, ale nawet jej karcący wzrok nie wzbudził wtedy w Kasi żadnych wyrzutów sumienia. To wówczas po raz pierwszy poczuła swoje młode ładne ciało jako źródło przyjemności i radości. 

Jako młoda mężatka nie mogła uniknąć cielesności. Wiedziała przynajmniej tyle, że będzie rodzić dzieci, a to wiązało się nieodwołalnie z ciałem. Intymność z mężem długo wydawała jej się czymś, co bywa męczące, ale co trzeba po prostu znieść. Potwierdzały to zaprzyjaźnione panie i Katarzyna stwierdziła, że obowiązków małżeńskich nie da się uniknąć, choć wcale nie są przyjemne. Adoracja, pocałunki, delikatne pieszczoty mieściły się w sferze miłości, jaką przedstawiały romanse przeznaczone dla mężatek, ale ta część bardziej dosadna, prawie brutalna, nigdy nie była opisywana. Hipolit próbował rozmawiać z żoną, jednak ona łagodnie, acz stanowczo wykręcała się od takich rozmów. Zorientowała się, że w tych sprawach jej mąż jest doświadczony. Jak jednak doszedł do wiedzy o kobiecym ciele, nie dociekała. Taka wiedza mieściła się zresztą w obrazie mężczyzny, istoty tajemniczej, lecz górującej nad kobietą, kierującej jej życiem, kogoś, kto wie więcej niż ona, komu należy się szacunek i posłuszeństwo. Kiedy więc Hipolit, nie mogąc prośbą osiągnąć tego, czego pragnął, zażądał wreszcie, aby żona się obnażyła, usłuchała. Dopiero w jego oczach zobaczyła urodę własnego ciała. Tamtej nocy, gdy światło jedynej świeczki, na jaką się zgodziła, oświetlało ciepłymi blaskami małżeńskie łoże, Katarzyna po raz pierwszy poczuła przyjemność, jaką daje czuły dotyk, gorące pocałunki i to, przed czym dotąd zawsze się wzdragała. 

Taka była jej młodość, która minęła niepostrzeżenie. Dziewczyna o smukłej talii tańcząca na lodzie, szczęśliwa narzeczona, zawstydzona mężatka, wreszcie spełniona matka. Była jeszcze tak niedawno każdą z nich. Teraz jesień miotała gałęziami, strącając ostatnie kasztany, które głośno uderzały o płyty chodnika. Chmury przesuwały się po niebie, dziwnie skłębione, sine z zimna. Wzdrygnęła się i przyśpieszyła kroku. 

Fragment 2

Akcja rozgrywa się tuż po pierwszej wojnie światowej

Kobieta sprawiała wrażenie oszołomionej. Coś zaprzątało jej uwagę i najwyraźniej nie pozwalało się skoncentrować.

– Co panią do mnie sprowadza? – spytał.

Patrzyła na jego usta i pomyślał, że nie słyszy, więc powiedział głośniej:

– Czy coś pani dolega?

– To w mojej głowie. Prawie pana nie słyszę. Nie słyszę nawet siebie samej. 

– Czy tak nagle przestała pani słyszeć?

– Nie – powiedziała po dłuższej chwili, podczas której na jej twarzy malował się wysiłek – tak nagle zaczęłam słyszeć.

– Więc proszę mi opowiedzieć wszystko od początku.

Przyglądał się pacjentce. Była to stara już pani z pięknymi, ale całkiem siwymi włosami. Jej twarz dziwnie kontrastowała z przygarbioną sylwetką i wyraźnie zwiotczałą, pełną plam skórą dłoni. Ta kobieta była po prostu stara, lecz jej twarz zastygła w wyrazie dziewczęcego zdziwienia, tak jakby doświadczenie całego długiego życia, tak widoczne w postawie, nie dotknęło jej. Zaintrygowany, czekał na jej opowieść. 

– Teraz trochę lepiej. Mogę mówić, nawet mogę pana słyszeć, doktorze. Aha, mam przecież opowiedzieć, jak to się zaczęło? 

Kiwnął głową i uśmiechnął się zachęcająco. 

– Trzy tygodnie temu miałam sen. To dość dziwne, bo śnię bardzo rzadko i zwykle nic nie pamiętam. Śniło mi się, że coś lub ktoś mnie kołysze. Kobiecy głos śpiewał piosenkę. Nigdy przedtem jej nie słyszałam. Któż to może być, pomyślałam, oczywiście we śnie, i obudziłam się. Otworzyłam oczy, zobaczyłam mój własny pokój, był słoneczny poranek. Wiem, bo światło przenikało przez zasłony. Wszystko było jak zwykle, jak co dzień. Tylko dziwne było to, że kobiecy głos nadal śpiewał tę piosenkę. Tę, którą już znałam ze snu. Ktoś śpiewał, ale kto? Przeszłam do kuchni, gdzie kręciła się służąca. Mówiła coś do mnie, a ja wciąż słyszałam tę piosenkę. Kazałam pozamykać okna, ale głos wzmógł się jeszcze. Teraz dołączyły do niego inne głosy i słyszałam czyjąś rozmowę. Rozmawiali mężczyzna z kobietą. Ton ich głosów był spokojny i życzliwy. Bardzo chciałam usłyszeć, o czym mówią, ale nie mogłam rozróżnić słów. To było bardzo męczące. Potem głosy umilkły, ale pojawiła się muzyka grana na instrumencie, którego nie potrafię określić. Piękna muzyka, tajemnicza, ale ile można słuchać? Trzeba jeszcze rozmawiać, posiedzieć w ciszy, odpocząć, wreszcie spać. Z wielkim trudem zasypiam. Wieczorami muzyka i głosy wzmagają się. Atakują mnie myśli o moim życiu. Czy przeżyłam je właściwie? 

– Niech mi pani opowie coś o sobie – poprosił.

– Mam siedemdziesiąt osiem lat. Długo żyję, prawda? A jednak nigdy nie poznałam mojej matki, ojca także nie. A właściwie nie pamiętam ich. Umarli, kiedy miałam cztery lata. Potem wychowali mnie obcy ludzie, którzy o moich rodzicach niewiele wiedzieli. Nie mam zdjęć, nie mam wspomnień. To tak jakbym nie miała dzieciństwa. Jestem jak kwiat, który się nie rozwinął, bo jego korzenie zostały odcięte. Jakoś żyłam, ale zawsze czułam, że nieprawdziwie. 

– Czegoś pani zawsze brakowało.

– Tak. Jeśli dziecko nie pamięta swojego dzieciństwa, to zawsze są jacyś dorośli, którzy mu przypomną coś, cokolwiek. A ja nic, nic nie wiem. Tamtego dnia prócz muzyki zaczęły się pojawiać jakieś sceny, raczej strzępy scen. Zdaje mi się, że to nie były majaki, że byłam przytomna, ale widziałam coś, czego nie ma. 

– Czy powiedziała pani komuś o tym? 

– Nie, obawiałam się, że pomyślą o mnie: wariatka. Ale ja nie zwariowałam, czuję, że to są właśnie moje wspomnienia.

– Wszyscy jesteśmy wygnańcami z naszej własnej przeszłości – przerwał jej.

– Otóż to. Dlatego powinniśmy ją odzyskiwać. Fale wspomnień dosłownie zaczęły mnie zalewać. W moich wizjach widziałam miłą kobietę; pochylała się nade mną, musiałam podnosić twarz, żeby na nią spojrzeć. Mówiła do mnie pieszczotliwie, nazywała mnie swoją perełką, wtulałam się w jej suknię, która pachniała czymś dobrze mi znanym, słodkim, a zarazem głębokim; ten zapach można smakować jak coś, na co się czeka, i co się zawsze dostaje, jeśli było się grzecznym. Doktorze, może to śmieszne, ale w tych wizjach jestem małą dziewczynką, kochaną przez matkę, a przecież ja jej zupełnie nie pamiętam. Jak to możliwe?

Zastanawiał się nad tym już od dobrych paru minut. Pacjentka była przy zdrowych zmysłach, mówiła składnie, nie było powodów, żeby jej nie wierzyć. Przypuszczał, że przyczyną tego stanu jest jednak jakieś uszkodzenie, jakiś brak organiczny. Brak, deficyt, tak zwykło się mówić o chorobie, ale tu to nie był brak, lecz nadmiar, „wspomnienia dosłownie mnie zalewają”, to wszystko było w niej, w jej głowie, czekało przez całe życie, żeby się właśnie teraz objawić. Dlaczego właśnie teraz? 

– Czy mogłaby pani zanucić mi to, co pani słyszy? Tę piosenkę matki?

Spojrzała na niego z wdzięcznością. Zauważył to. Wiedział, że nic tak nie drażni pacjentów, jak fakt, że nie chce się wierzyć w to, co mówią.

– Spróbuję, tylko poczekam, aż ucichnie to, co teraz słyszę. – Po chwili zaczęła nucić, najpierw słabo i nieśmiało, potem śpiewała coraz głośniej, i popłynęła staroświecka pieśń, zapomniana przez wszystkich tylko nie przez tę starą kobietę bez pamięci o dzieciństwie. „Czas do domu, czas. Już wołają nas. Dzwonek z wieży do pacierzy, matka z progu do wieczerzy”. Jej głos brzmiał zadziwiająco świeżo i melodyjnie, to nie był głos blisko osiemdziesięcioletniej kobiety, ale czuły głos młodej matki usypiającej dziecko. Piosenka zaczęła się rwać, zająkiwać, wreszcie ucichła. Twarz pacjentki znów przybrała wyraz zagubienia, niepokój zmarszczył jej czoło i zobaczył, że kobieta cierpi.

– Teraz chcę panią zbadać – powiedział.

Zaczął od zwykłych czynności. Jednocześnie myślał o tym, czego przed chwilą był świadkiem. Kobieta nuciła to, co słyszała w swojej głowie. Rytm i melodia pozwalały jej przypomnieć sobie rzeczy pozornie całkiem stracone. Stracone, powtórzył bezwiednie. Pacjentka patrzyła na jego usta, jakby chciała odczytać z nich diagnozę. Odzyskała wspomnienia, pomyślał. Jakże ubogie, pozbawione gruntu jest życie bez wspomnień. Jej życie musiało być puste, choć może nawet o tym nie wiedziała. Odzyskiwanie tego, co utracone, może sprawiać radość, może zakorzeniać nas w świecie. Czy dlatego oczy tej starej kobiety świecą żywym blaskiem? Jest chora, mógł to być udar płatów skroniowych. Naruszone zostały położone głęboko ośrodki emocjonalne. A jednak, i właśnie teraz to sobie uświadomił, choroba jest nie tylko brakiem zdrowia lub czymś, co nam to zdrowie zabiera, ale czymś, co scala. Przywraca sens życia.

Jednak musiał pacjentce powiedzieć o swoich obawach i podejrzeniach, zalecić stosowne leczenie. Patrzyła na niego uważnie, próbując dobrze zrozumieć, co mówi. Wreszcie odezwała się.

– Jestem chora. Tak też myślałam, ale przecież żeby wyzdrowieć, trzeba najpierw zachorować, prawda? Moje odzyskane wspomnienia uszczęśliwiają mnie. Teraz wiem, że i ja miałam matkę, że miałam dzieciństwo. Ta wieczna pustka w mojej głowie i w sercu wypełniła się nową, dla mnie nową, treścią. – Zamilkła.

Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, trochę tak, jakby się mocowali. On – lekarz, który ma leczyć, ona – chora, która winna poddać się leczeniu. 

– Ta choroba mnie uzdrowiła – powiedziała wreszcie.

Anna Bolecka

Nadal wierzę w kulturotwórczą rolę pisarza. Z Anną Bolecką rozmawia Adam Bienias (fragment)

Adam Bienias: W 2014 roku mija dwadzieścia lat od wydania pani powieści Biały kamień. W jednym z wywiadów powiedziała pani, że ta książka wzięła się z potrzeby wywoływania duchów. Wydaje mi się, że te duchy konsekwentnie wywołuje pani także w swoich następnych powieściach: w Białym kamieniu jest to postać pani pradziadka, w Kochanym Franzu pierwowzorem tytułowego bohatera jest Franz Kafka. Podobnie w przypadku ostatniej powieści – Cadyk i dziewczyna, w której, jak pisała pani w posłowiu, losy niektórych postaci inspirowane były opowieściami nieznanych bohaterów tamtych czasów. W tym kontekście moją uwagę zwraca też fakt opracowania przez panią dwutomowej edycji dramatów zebranych Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. To „wywoływanie” dotyczy więc jakby trzech grup duchów. Po pierwsze, są to duch osób powiązanych z panią więzami krwi; po drugie – duchy znanych pisarzy Franza Kafki i „polskiej Safony”; wreszcie duchy wyobrażonych ludzi z czasów wojny. Dlaczego właśnie te osoby postanowiła pani powołać na nowo do istnienia? Czy to połączenie ze światem zmarłych pozwoliło pani na odkrycie nieznanych, poruszających, a może przerażających aspektów życia i śmierci tych bohaterów? I co pani dzięki temu „wywoływaniu” zyskała?

Anna Bolecka: To już dwadzieścia lat! Przyznam, że nie pomyślałam o tym. Biały kamień był rzeczywiście takim „wywoływaniem duchów”, ale one pojawiały się dzięki niemałym wysiłkom. To nie jest łatwy proces. Powiem nawet – niebezpieczny. Nigdy nie wiadomo, kto się pojawi i czego będzie od nas chciał. Myślę, że każdy powieściopisarz doświadcza czegoś takiego. To tak jakby postaci i zdarzenia istniały gdzieś, w innym wymiarze, a piszący swoją wrażliwością wydobywał je na powierzchnię i pozwalał im żyć w świecie powieści. 

Każda z moich dotychczasowych książek ma bohaterów, którzy istnieli naprawdę, a ich życie zaświadczone jest w listach, dziennikach czy pamiętnikach. W tym jestem konsekwentna. Niewiele lub prawie wcale nie korzystam z wydarzeń własnego życia. Tylko debiut Leć do nieba był do pewnego stopnia autobiograficzny. Biały kamień jest kreacją. Historie, które pięknie opowiadał mój ojciec, są tu bardzo przetworzone. Czasem jakieś słowo, np. „utleniona”, powiedziane o młodej żydowskiej dziewczynie, która rozjaśniała włosy, wywoływało ciąg skojarzeń; czasem obraz budował zdarzenie. 

Pyta Pan, co zyskałam, wywołując duchy nieżyjących już osób? Można jednak spytać: co zmarli zyskali dzięki temu, że stali się bohaterami powieści, którą przeczytało i, mam nadzieję, przeżyło trochę osób. Może dostali nowe, choć krótkotrwałe istnienie, mogli przeżywać swoje przerwane, być może niespełnione życie? To właśnie takie postacie pojawiają się w snach, nagłych obrazach, w wizjach niejednej osoby, która zostaje pisarzem. Jest w tym potrzeba kontynuacji. Proces pisania pomaga zrozumieć miniony czas, ale i nasze własne życie, które jest silnie zakorzenione w przeszłości. W Cadyku i dziewczynie spotkałam się z niezwykłymi osobami, przede wszystkim z Etty Hillesum, holenderską Żydówką, której myśli i postawa życiowa zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Obdarowałam nimi moją bohaterkę polską Żydówkę, Polę Rubin. Mam nadzieję, że powrócimy jeszcze w tej rozmowie do pytania o to, czego nauczyli mnie moi bohaterowie.

– Za moment wrócimy do Poli Rubin i pani ostatniej powieści, jednak na starcie chciałbym nawiązać do początków. Przed laty pracowała pani w wydawnictwie „Czytelnik”. Tam miała zapewne pani do czynienia z utworami wielu debiutantów. Czego nauczyła panią ta praca? Jakie były na przykład motywy pisania tych ludzi. Wreszcie, co, poza wywoływaniem duchów, sprawiło, że zdecydowała się pani pisać powieści?

Pracowałam w redakcji literatury współczesnej przez kilkanaście lat. To była dobra szkoła, przede wszystkim pokory. Przeczytałam bardzo wiele maszynopisów osób, które miały nadzieję zostać pisarzami. To było trudne, często przykre doświadczenie. Z kilkuset tekstów nadawały się do druku dwa, może trzy. Te proporcje są wstrząsające, ale myślę, że nadal prawdziwe, choć dziś chyba wymagania są mniejsze, a granice dobrej literatury bardzo się rozmyły. 

W tamtym czasie próbowałam pisać, ale nie myślałam o tym poważnie. Doświadczenia redakcyjne pouczały, że przekroczyć próg grafomanii jest bardzo trudno, wyjść poza przeciętność jeszcze trudniej, a debiut pisarski graniczy nieomal z cudem. Przyznam, że nigdy chyba z żadnym pisarzem nie rozmawiałam o jego motywacjach. To sprawa dość intymna. Nie każdy piszący zdaje sobie w pełni sprawę z prawdziwych motywów swojej twórczości, mało który chyba chce o tym mówić. Jednym z ważnych powodów, dla których chciałam pisać, była potrzeba ciągłości: znaleźć i zachować swoje miejsce w zmieniającym się świecie. 

Biały kamień to jedna z najważniejszych książek polskiej literatury współczesnej. Krytycy pisali, że to „krystaliczna i bezbłędna proza”, „zmysłowa realność opisu”. Pani określana była jako „poetka zmysłów”, „mistrzyni sensualnego opisu”, „kreatorka mitu codzienności”. Czy nie obawiała się pani tego, że zostanie zapamiętana jako autorka jednej książki? Po takim sukcesie autorowi bardzo trudno sprostać oczekiwaniom czytelników i krytyki. W historii polskiej literatury potwierdzają to przykłady Jerzego Kosińskiego i jego Malowanego ptaka oraz Panny Nikt Tomka Tryzny. Jestem ciekawy, czy pani uważa Biały kamień za swoją najważniejszą książkę, czy raczej za pewien moment zwrotny w karierze pisarskiej, bo przecież nie był to pani debiut…

Na pewno druga książka jest dla początkującego pisarza bardzo ważna. Pokazuje jego prawdziwe możliwości. Na fakt, że Biały kamień został zauważony, złożyło się kilka powodów. Jeden z nich jest dość banalny. Zaledwie dwadzieścia lat temu sytuacja na tzw. rynku wydawniczym była inna. Wydawano mniej, czytelnicy czekali na polską powieść, pisano recenzje, dyskutowano o literaturze. Biały kamień miał trochę szczęścia. Pisali o nim tacy krytycy, jak Tadeusz Nyczek czy popularna pisarka Małgorzata Musierowicz. Dziś o to trudniej. Książki, często wartościowe, mijają w ogóle niezauważone. Kryteria czytelnicze, moim zdaniem, się zmieniły. W tym sensie, że czytelnikom coraz trudniej ocenić, co jest dobre, a co złe. Media mącą w głowach, tworząc jakieś sztuczne, rozdmuchane wielkości… 

Wracając do mojej powieści, myślę, że ta proza, bardzo w gruncie rzeczy poetycka, poruszyła w czytelnikach pewien rodzaj wrażliwości. Do dziś spotykam osoby, które mają Biały kamień na półce przy łóżku i często sięgają po tę książkę. To jest coś, czego pisarz się nie spodziewa, a o czym chyba czasem marzy. Jednak za najważniejsze swoje powieści uważam Kochanego Franza i Uwiedzionych. Ta pierwsza jest powieścią w listach, z główną postacią wzorowaną na Franzu Kafce, a druga – jest próbą poznania mechanizmów ludzkiej destrukcyjności. Obie są raczej niedocenione.

– Większość pani powieści: Biały kamień, Cadyk i dziewczyna, a zwłaszcza Kochany Franz i Uwiedzeni, opisuje czas przełomu, początek XX wieku. W literaturze najnowszej można wymienić także inne przykłady podobnych powieści. To między innymi: Esther Stefana Chwina, E.E. Olgi Tokarczuk i Lód Jacka Dukaja. Krytycy zwracają niekiedy uwagę na powierzchowność nawiązań, nazywają ten nurt „modernizmem konsumenckim”, podkreślają jego „pocztówkowość”. Tymczasem te powieści bronią się same. Proszę powiedzieć, czego pani szuka w tamtej epoce – w modernizmie i fin de sièclu?

Krytycy lubią znajdować dla książek i autorów wygodne określenia. Zręczne słówko potrafi zasłonić skutecznie głębsze sensy utworu. Co do wymienionych tytułów nie całkiem się zgadzam z opiniami krytyków. Poza tym każdy z tych autorów szuka czego innego w minionej epoce. Mnie interesują źródła pewnych postaw, nieoczekiwane podobieństwa, no i oczywiście także nastrój, smak tamtej epoki. Ważny jest barwny szczegół, ale powinien być wiarygodny. Jeśli jednak celem byłoby tylko odtworzenie zewnętrzności, to chyba nie warto takiej „pocztówki” wysyłać w świat. Przełom wieku XIX i XX to był czas bardzo burzliwy. Świat tracił nie tylko swoją dawną formę, ale i sens. Ludzie czuli, że dzieje się coś nowego i nie wiadomo, czym to się skończy. Musieli zadawać sobie pytania o własne miejsce w tym zmieniającym się świecie. Podobnie jak my dzisiaj. Pod koniec XIX wieku zaczęły się na przykład pojawiać takie cuda, jak automobil, aeroplan, telegraf, telefon, zdjęcie rentgenowskie. Niektórzy byli zachwyceni nieograniczoną potęgą człowieka i pełni optymizmu. Inni przerażeni ludzką pychą. Drobny przykład. W pamiętnikach trafiłam na opinie, że wraz z rozwojem automobilizmu zniknie hałas na ulicach, czyli stukot końskich kopyt po bruku, będzie czysto, bo nie będzie końskiej mierzwy, zmniejszy się ilość wypadków… Tak, tak właśnie sobie to wyobrażano. Ale pewna mała dziewczynka, widząc zdjęcie rentgenowskie własnej dłoni, doznała szoku. Uświadomiła sobie, że człowiek jest śmiertelnym szkieletem. Czasem dziwi nas spokojny optymizm mieszkańców Europy końca XIX wieku, ale zadziwia też przenikliwość tych, którzy dostrzegali skutki rewolucyjnych zmian.

Wraz z początkiem XX wieku zaczęły się coraz bardziej zmieniać relacje między płciami. Nam się zdaje, że na przykład pozbycie się gorsetów było dla kobiet oczywistością, ale kobieta bez gorsetu postrzegana była, i tak też się czuła, jak istota upadła. O antykoncepcji nie odważano się myśleć. Podporządkowanie mężowi było oczywistością. Efekty walki o prawa kobiet obserwujemy do dziś. I chyba już zaczynamy widzieć, że są dobre, ale także niepokojące. 

Kiedy pisałam Uwiedzionych, powieść, której akcja dzieje się właśnie w pierwszej połowie dwudziestego wieku, często sięgałam do książek mówiących o dziewiętnastowiecznych pomysłach na uszczęśliwianie ludzkości, o degradacji idei Boga, o umacnianiu się materializmu. Zanim wybuchły dwie wielkie wojny, ludzie już znacznie wcześniej szykowali sobie te potworności. To mnie ciekawiło: źródła autodestrukcji, przyczyny zła. I jeszcze odwieczny temat: iluzje, ludzka skłonność do ulegania złudzeniom, marzycielstwo. Chciałam się dowiedzieć, jak owa nierzeczywistość zmienia się w koszmar rzeczywistości. Powieść, którą teraz zaczęłam pisać, będzie się koncentrowała bardziej na codziennym życiu „mieszkańców” fin de sièclu. A co z tego wyniknie, czego się nauczę od tamtych ludzi, jeszcze nie wiem. 

– Spotkałem się z określeniem, że pani proza posiada pewien „staroświecki urok”, który zachęca, by choć na moment zamieszkać w jakimś „wczoraj”. Literatura wydaje się być dla pani wędrówką po epokach wcześniejszych. Ciekawi mnie, na ile pomogło pani w pisarstwie wykształcenie? Z jednej strony wydaje się bowiem, że historyk literatury dzięki swojej wiedzy jest w stanie łatwiej odtworzyć realia danej epoki. Z drugiej zaś znajomość tylu książek i pisarzy może narzucać znane i powielane schematy. Czy zastanawiała się pani kiedyś nad tym, czy wykształcenie ma wpływ na twórczość pisarza i co w pani prozę wniosły studia polonistyczne?

Ten „staroświecki urok” podoba mi się. Chcę być trochę staroświecka. Na pewno nie gonię za literackimi modami, nie naśladuję współczesnej mowy codzienności. Literatura nigdy nie będzie naśladowała życia i chwała jej za to. Wyobraźmy sobie dialog bohaterów żywcem spisany z pierwszej lepszej rozmowy. Tego by się na pewno nie dało czytać. Literatura jest nie tyle wędrówką po jakichś konkretnych przestrzeniach, co raczej ruchem wyobraźni. A wyobraźnia ma coś wspólnego z… aktorstwem. Nigdy bym siebie nie podejrzewała o talenty aktorskie, ale przecież pisząc powieść, wcielam się w przeróżne postacie. Jestem i nie jestem sobą. No i, co dziś nie takie oczywiste, w literaturze ważne jest słowo, jego precyzja i uroda. Tak jak w dobrym aktorstwie. 

Pyta pan o styl pisarski. O wpływ wykształcenia. Nie wiem, czy tu się da powiedzieć coś konkretnego. Czy pisarz w stylu Hemingwaya, Marka Hłaski czy Andrzeja Stasiuka na przykład, tworzy jędrną, mocną, męską prozę, bo był myśliwym, kierowcą ciężarówki czy drwalem w Bieszczadach? Czy subtelne poetki dwudziestowieczne, choćby Pawlikowska-Jasnorzewska, zawdzięczały swój styl temu, że nie miały uniwersyteckiego wykształcenia? Podaję przykłady nieco dziwne może, ale pytanie mnie zaskoczyło. A moje studia polonistyczne nie tyle wpłynęły na moje pisanie, co były raczej czymś wtórnym wobec potrzeby pisania. Marzyło mi się pisanie, więc wybrałam studia, które polegały na czytaniu i analizowaniu tekstów. 

– Czy potrafiłaby pani wskazać najważniejsze książki i ważnych dla siebie autorów. Coś i kogoś, co panią w jakimś stopniu ukształtowało – zarówno jako człowieka, ale i pisarkę. Może są takie, które miały bezpośredni wpływ na pani pisarstwo?

Och, trudne pytanie. Było wielu pisarzy, których książki zrobiły na mnie wrażenie. To się zmieniało przez lata. Bożyszcza odchodziły po spełnieniu swojego zadania. Książki czytane po raz drugi bywały czymś zupełnie innym niż za pierwszym razem. Co innego widziałam w nich jako szesnastolatka, co innego jako trzydziestolatka, a zupełnie co innego jako osoba całkiem już dojrzała. Na pewno jestem wierna prozie Jarosława Iwaszkiewicza. Wciąż do niej wracam. Także Dzienniki i powieści Zofii Nałkowskiej. Ważnym przeżyciem był Człowiek bez właściwości Musila. Co mnie ukształtowało jako pisarkę? Macierzyństwo. Moje dzieci. Życie w rodzinie.

– W rozmowie przeprowadzonej we „Frazie” („Tworząc bohatera mężczyznę, szukam swojej męskiej strony”, „Fraza” 1999, nr 23) tematem były głównie Biały kamień i Kochany Franz. Chciałbym zatem nawiązać do pani dwóch ostatnich powieści. Cadyk i dziewczyna to książka ukazująca tragiczne losy społeczności żydowskiej w Warszawie pod hitlerowską okupacją. Przedstawieni w niej bohaterowie pochodzą z różnych środowisk i kultur. Innymi słowy to kolejna powieść z czasów okupacji. Podczas lektury zrodziło się we mnie pytanie: co jeszcze można wnieść do zamkniętej historii? Wciąż jednak powstają nowe książki i filmy, które są związane z tą problematyką. Jeszcze z liceum pamiętam głośną powieść Andrzeja Szczypiorskiego Początek, w której autor starał się uczciwie przedstawić stosunek Polaków do Żydów podczas okupacji. Holokaust to nieomal cała twórczość Hanny Krall. Sporo kontrowersji wzbudził niedawno film Władysława Pasikowskiego Pokłosie ze znakomitą kreacją Macieja Stuhra. Czy nie obawiała się pani, że jest to temat nieco wyczerpany? Co jeszcze jest w jego sprawie do opowiedzenia?

Przede wszystkim nie ja wybieram temat, ale temat mnie. Pojawia się w sposób tajemniczy. Zwykle nie potrafię wskazać tego pierwszego momentu, kiedy pomyślałam: tak, o tym będzie moja następna powieść. W przypadku Cadyka i dziewczyny było nietypowo. To wydawca zaproponował temat powieści: ucieczka grupy chasydów z okupowanej Warszawy pod opieką oficera Abwehry. Fakt historyczny, choć mało znany. Propozycja była kusząca, ale ja nie jestem autorką powieści sensacyjnych, więc to zdarzenie musiało być wkomponowane w jakąś fabułę bliższą moim możliwościom twórczym. Wydawca zostawił mi całkowitą swobodę. I wtedy „przyszła” do mnie moja bohaterka. O niej opowiem później. Moi bohaterowie poprowadzili mnie w swój świat, nie całkiem przecież wymyślony, złożony z wielu różnych elementów, z wielu prawdziwych biografii.

Pyta pan, co można wnieść do zamkniętej już historii, co jeszcze można powiedzieć o czasach okupacji? W tle kryje się chyba też pytanie, co jeszcze można powiedzieć o Holokauście i czy wolno o nim tworzyć fabuły?

Nasz stosunek do przeszłości się zmienia. Najpierw o niej milczano lub ją zakłamywano. Uczestnicy zdarzeń znali tylko fragment rzeczywistości, w której żyli. My, dziś, w pewnym sensie wiemy więcej. Myślę, że teraz właśnie nadszedł czas dla literatury, która może dać swoje własne świadectwo. Zresztą nawet relacje żyjących jeszcze świadków pojawiły się dopiero w kilkadziesiąt lat po wojnie. Tyle czasu musiało minąć, żeby ludzie poczuli, że chcą i mogą mówić o swoich bolesnych doświadczeniach.

Holokaust był Wydarzeniem wyjątkowym. Nie da się go z niczym porównać. Do dziś, a pewnie długo jeszcze, to Wydarzenie kształtuje świadomość ludzi, którzy mogą nawet świadomie w ogóle o nim nie myśleć. A szczególnie w naszej części Europy, i jeszcze bardziej tu, w Warszawie. 

Od pierwszej mojej powieści krążyłam wokół tematów żydowskich, ale aż do czasu Cadyka i dziewczyny nie odważyłam się dotknąć literacko tematu Zagłady. Nie zgadzam się, że o tym mogą mówić i pisać tylko ofiary. Natomiast ma sens pytanie, jak o tym pisać. Ja wybrałam opis radykalnego dobra w czasie, gdy panowało radykalne zło

[…]

Tomasz Cieślak

Czuku: ciekawy i osobny

Od W naszym azylu (1989) do Nietrwałej kompozycji (2013). Ćwierć wieku, dziesięć książek poetyckich. To dotychczasowy dorobek Marka Czuku, łódzkiego poety obecnego na łamach czasopism literackich jeszcze wcześniej, bo od 1985 roku, krytyka i publicysty. Zaczynał, jak wielu jego rówieśników, gdzieś w kręgu Nowej Prywatności. Ominęła go jednak głębsza fascynacja szkołą nowojorską, która tyle zrobiła (dobrego i złego) w polskiej liryce u progu lat dziewięćdziesiątych, ale – wśród licznych innych tropów – i nowojorczycy w jego wierszach zostawili swój ślad. 

Czuku poszukuje głębokich sensów i jest erudytą w czasach, gdy to niekoniecznie modne i niezbyt chętnie czytane. To poeta jakoś niekiedy staromodny – i jednocześnie zaskakujący świeżością obrazowania oraz celnością językowych zabiegów. Poeta kontrapunktu. Tradycyjnie liryczny – i coraz bardziej nieufny wobec języka. Żartobliwy (aż do kpiny) – i śmiertelnie serio, jak w Wierszu otwierającym tom Ars poetica z 2006 roku, który można by uznać za w pewnym stopniu wręcz programowy – bo łączy perspektywę polityczną z osobistą, refleksję metapoetycką ze zwykłą codzienną obserwacją:

Nie mieszczę się w roku 1999
(skrojono go nie na moją miarę).
Demokracja liberalna to urocza bajka,
a postmodernizm też już zjada
własny ogon.
Teraz myślę o kolacji,
choć mi jeszcze mleko nie wystygło.
I wcale nie mam ochoty przeklinać.
Zresztą chyba jestem
za bardzo ugrzeczniony
i to mnie męczy
u progu nowego tysiąclecia.

Trudno w jednym szkicu ująć paradoksalną istotę tej twórczości. Ulega ciągłej, nieoczywistej ewolucji. Proponuję zatem skupić na trzech ostatnich tomach, bowiem odnaleźć w nich można, choć w różnym natężeniu, tematy dla poety najistotniejsze.

O Forever (Sopot 2010)

Te wiersze mogą sprawiać w pobieżnej lekturze wrażenie autobiograficznych. Utwierdza to wrażenie tytułowanie wierszy kolejnymi datami, od 1960 do 1990, a wzmaga jeszcze zaskakujący „Indeks osób”, który poprzedza „Spis treści”. Znajdziemy w Indeksie Matkę, Ojca, Dziadka, Siostrę, Dorotę, ale też Panią ze żłobka (1962), Dyrektorkę, Władysława Kozakiewicza (wiadomo, olimpiada w Moskwie w 1980), Baadera i Meinhof (1975). Ramą tomu są dwa wiersze zatytułowane Forever, wyróżnione kursywą, nieznośnie sztambuchowe, przewrotne, balansujące na granicy grafomanii. Podmiot mówiący zachęca w nich do lektury pamiętnika – ale z naszego, nie ze swojego życia. To znaczący gest, to puszczenie oka. Czuku zbudował tom z premedytacją tak, by zagrać z ewentualną czytelniczą naiwnością i emocjami.

W zamieszczonych w tomie lirykach starannie i konsekwentnie kreuje sytuację spowiedzi, kreuje (udaje?) szczerość wyznania. Trudno zresztą nie dać się zwieść zajmującej opowieści o dzieciństwie bohatera urodzonego w roku 1960, o okresie młodzieńczym przypadającym na dekadę gierkowską, a następnie – o odnajdywaniu się w dojrzałym życiu w realiach lat osiemdziesiątych, aż po rok 1990 (wszystkie wiersze tytułowane są kolejnymi datami rocznymi). Z nostalgią powędrujemy zatem do przedszkola, żeby poleżakować, pobić się w piaskownicy, przeżyć pierwszą miłosną fascynację, spróbować oranżady w proszku. Z nie mniejszym sentymentem wspominać będziemy z autorem gry planszowe i podwórkowe zabawy, misia Yogi i własne domowe zwierzaki, obowiązkowe smażenie się na plaży, emocje kolejnego Wyścigu Pokoju, zespół ABBA, ale też koszmar szkolnych akademii, a potem – maturę. Czuku zapisuje ją w wierszu pod datą 1978 i łączy z The Wall Pink Floydów (a przecież ten album ukazał się rok później…):

maturę zdominowała ściana
pink floydów potem był obóz

archeologiczny treningi karate
i samotność taka że aż

o tym nie myślałem
wspomnę tylko banalne

kwitnące kasztany które
wcale nie były takie głupie

Oto istota mechanizmu zawsze złudnej pamięci – bardzo ważnego narzędzia w kreowaniu przez poetę świata. Nakładają się na siebie impulsy z zewnątrz i historia osobista, pamięć emocji i uczuć. Podobnie dalej: studenckie miłości, zabawy w akademiku, strajki. Tak właśnie – wszystko wymieszane, wszystko zrównane, wszystko jednakowo głęboko zapisane w pamięci. Nie szkodzi, że nie każdy epizod przywołany w tych wierszach był naszym udziałem. Poeta daje czytelnikowi szansę snucia własnej, niejako równoległej opowieści. Właśnie o to chodzi! Daje mu możliwość odnalezienia siebie sprzed lat. Forever to taki mały przewodnik po PRL-u – od Gomułki do upadku ustroju. To opowieść, do której możemy dorzucić swoje trzy grosze, o ile też jesteśmy „stamtąd” i „z wtedy”. Ten rys wydaje mi niezwykle istotny i trwały dla odbioru całej poezji Marka Czuku. Przy swojej wyrazistej, niekiedy wręcz manifestacyjnej odrębności i osobności wobec poetyckiego mainstreamu, jest poetą nietracącym sprzed oczu perspektywy pokoleniowej, przeciwnie: osobiste doświadczenie sytuuje zawsze (acz nienatrętnie) na tle doświadczenia wspólnotowego i historycznego. Dlatego Forever nie jest poetyckim pamiętnikiem. To wszystko przecież kreacja, zbudowana na przekonaniu o niemożności wypowiedzenia się wprost. Należy go potraktować bardziej jako ciekawe liryczne studium przemijania i trwania, jako pytanie o świadomość i o tożsamość jednostki.

Mimo wszystko, mimo wszelakich smaczków i kolorowych obrazków z przeszłości, Forever nie jest realizacją jakiegoś nostalgicznego projektu. Czuku buduje kolejne wiersze na zasadzie konsekwentnego skonfrontowania: tego co kiedyś – z tym co teraz, siebie sprzed lat – ze sobą współczesnym. To czasem konfrontacja bardzo brutalna, jak w wierszu 1972, w którym spacer z ulubioną suczką w parku Mickiewicza zostanie spuentowany ponurym dopowiedzeniem ostatniego wersu: „za dziesięć lat uśpimy papi”. Dla poety bowiem przeszłość nie stanowi terytorium mitu; nie jest azylem, miejscem bezpiecznej ucieczki od teraźniejszości. Inaczej: jest ona – w swoim wielowątkowym pomieszaniu, w plątaninie spraw błahych i ważnych, intymnych i społecznych – prawdziwym źródłem tego, co teraz. Sądzę, że udała się Czuku rzecz niezwykła – wykreowanie, a może raczej pochwycenie świata w jego komplikacji i jednocześnie w jakiejś podstawowej wewnętrznej jego jedni. 

Niezborne opowieści małego dziecka (świetnie warsztatowo rozegrane ostrymi przerzutniami, dającymi efekt zaskakującej asocjacyjności) niepostrzeżenie przechodzą w monolog młodzieńca i osoby w pełni życiowo ukształtowanej, obdarzonej nie tylko zmysłem głębokiej obserwacji, ale też jakimś rodzajem autoironii. Spójrzmy choćby na wiersz 1988, odnoszący się przecież zatem, w wymiarze społecznym, do czasu nieznośnego marazmu – ale i do nieśmiałej, bardzo jeszcze wątłej nadziei na jakąś zmianę, która musi nadejść – bo już dłużej tak być nie może. A w wymiarze osobistym był czasem, gdy powstawał kolejny tom Czuku, Książę Albański. Podmiot tego liryku mówi więc o sobie i o świecie jednocześnie – bo czy te perspektywy da się rozłączyć?

rodzi się książę albański
którego piszę pół roku
kończę jakieś kursy

komputerowe ale
nic mi to nie daje
i mnie nie zajmuje

coś gdzieś ucieka czegoś
nie mogę złapać to chyba
ta emigracja wewnętrzna

O Facecie z szybą (Szczecin 2012)

„Demokracja wymaga ofiar” – to pierwszy wers przewrotnego i gorzkiego liryku Sokrates i cykuta, zamieszczonego w tomie Facet z szybą. Przywołane zdanie brzmi groźnie, zwłaszcza jeśli rozumieć je w porządku politycznym, a rozważania na temat mechanizmów funkcjonowania współczesnego świata (może nie politycznych, lecz społecznych) są w tej książce Czuku liczne, choć marginalne. Frazę „Demokracja wymaga ofiar” czytaną w porządku literackim – wyjątkowo znamienną i wieloznaczną – chciałbym uznać za motto tego zbioru poetyckiego. Ilustruje ona bowiem znakomicie to, co w tych wierszach można odnaleźć.

W posłowiu do tomu szczeciński literaturoznawca i krytyk Piotr Michałowski (a za nim kolejni recenzenci), wskazał słusznie, że poezja Czuku jest wręcz utkana z przywołań, jawnych i ukrytych, parafraz, intertekstualnych gier. Autor Faceta z szybą ma świadomość, iż jest jednym ze spadkobierców cudzych głosów (wielu głosów, m.in. Szekspira, Miłosza, Rilkego, Brodskiego, Staffa, Tuwima…), musi więc, w poszukiwaniu swojego własnego, spierać się i zmagać z nimi, musi pamiętać, czcić – i odrzucać, by wyzwolić się (chyba raczej: nieustannie wyzwalać) spod dyktatu postmodernistycznej kultury cytatu. Po co? By wyłuskać swój głos z chóru poprzedników, aby podjąć próbę wyrażenia wprost, przedstawienia prostego doznania, zapisania emocji – bo to w tym tomie wyjątkowo istotne, zdecydowanie bardziej niż w poprzednim. 

O ile bowiem w Forever Czuku traktował wspomnienia jako budulec, o tyle w Facecie z szafą próbuje odnaleźć ich sens i wartość niejako „samych w sobie”. Czy to w ogóle możliwe? Oczywiście nie! I o tym jest ten tom. Powtórzę: „Demokracja wymaga ofiar” – i brzmi to jak groźne memento. Swoista demokracja (naszej kultury bez centrum, kultury zbudowanej na cytacie, żonglującej swobodnie wielością nawiązań) wymaga ofiar, zatem jedną z pierwszych jest „szczerość”, „bezpośredniość”, „prostota” lirycznej wypowiedzi. Zbiór Marka Czuku, chociaż tak pełen migawkowych ujęć codzienności, drobnych obserwacji, wspomnień (często lokowanych w łódzkich realiach) – jest opowieścią o utracie języka, o uwikłaniu w sztukę, w konwencję – albo w banał. Nie można się od ich wpływu wyzwolić, nawet gdy w naprawdę przejmujący sposób mówi się o śmierci kogoś bliskiego, jak w wierszu zupa z trupa:

oddali dwadzieścia złotych kapcie
zegarek i sztuczną szczękę mówisz
o niej jak o proszku do brania słodko
gorzkiej córce tęczy i wiatru tu się
tylko gościem jest wybaczam ci
że cię nie ma tam gdzie jesteś
potrzebny teraz zjem sobie zupę
z małpy w czerwonym szalone
gąbczaste krówki i wyszydzę
szydercę najpiękniejszy jest
herbert którego nie ma

Tom Facet z szybą to ważny manifest dojrzałego artysty, który wie, że nie można już „po prostu”, że nie da się „zwyczajnie”. Tak też skłonny byłbym odczytywać próby, niekiedy bardzo udane, wykreowania własnego języka do wyrażenia autentycznego, osobistego doświadczenia metafizycznego, doświadczenia wiary. Oto liryk Solilokwium, będący śladem poszukiwania Boga przez kogoś, kogo ukształtowała współczesna kultura i tzw. zdrowy rozsądek:

modlę się do ciebie

hipotezo
praw fizyki rynku
i moralnego we mnie
który jeszcze jestem
abyśmy zawsze byli

abyś zawsze była
taka za jaką cię biorą
na języki
całe pokolenia
niewiernych
tomaszów

Ale obok takich udanych utworów są i dwa wieńczące tom wiersze poświęcone Janowi Pawłowi II (w 20-lecie pontyfikatu i w dniu Jego śmierci). Obecne w nich: patos, elementy stylizacyjne, inwersje, rys lekkiej archaizacji, oczywiste biblijne przywołania – nie pozwalają na bezpośrednie współodczuwanie z autorem-podmiotem mówiącym, lecz sytuują te wypowiedzi liryczne, no właśnie, jak to wyrazić: za szybą? Niby szacowne eksponaty. Są przejmującym świadectwem poetyckiej niemocy wyjścia (choćby tylko na chwilę) poza pewną konwencję, poza pewien automatyzm skojarzeń i językowych konstrukcji. Wpisują się w ważny dla tego tomu nurt refleksji.

Najzagorzalsi zwolennicy głównego, barbarzyńskiego nurtu poezji (a kiedyż to było?) tworzonej przez rówieśników Marka Czuku z roczników 60. skłonni byliby zapewne umieszczać jego lirykę na odległych marginesach swojej wspólnoty, poza Parnasem i poza kanonem. Autor Faceta z szybą dowodzi, że nie jest ofiarą dominacji owej licznej grupy. Celnie, bo szczędząc zbędnych słów, a jednocześnie budując wyrazisty obraz, żartuje w notce poetyckiej zapisanej pod datą 1986, kiedy przywołuje wspomnienie pierwszej głośnej (i brzemiennej przecież w rozliczne poetyckie skutki) prezentacji tzw. szkoły nowojorskiej w polskim tłumaczeniu:

kupiłem niebieski numer
literatury na świecie
przeczytałem i odstawiłem

stan ten trwa do dziś

Nie trzeba poetyckich sojuszy czy stajni, żeby zmagać się ze współczesnym światem i z językiem, z (nie)możliwością wyrażenia w nim autentycznego doświadczenia. Można to robić osobno.

O Nietrwałej kompozycji (Ostrów Wlkp. 2013)

Nietrwała kompozycja składa się z kilkudziesięciu wierszy, które w zdecydowanej większości znane są z tomów wcześniejszych, począwszy od W naszym azylu (1989) po Faceta z szybą (2012). Wybór i układ nie jest autorski, dokonała go Małgorzata Juda-Mieloch. W podtytule czytamy: Wiersze metafizyczne i religijne. Ambitne i odważne jest to redaktorskie przedsięwzięcie, choć przecież nie bez precedensu. Sześć lat temu Wojciech Bonowicz wydał 77 wierszy religijnych Marcina Świetlickiego, poety, o którego dokonaniach nie zwykło się przecież myśleć w kategoriach metafizycznych, a tym bardziej religijnych. Książka (Nieoczywiste…) wywołała wówczas sporo kontrowersji, chociaż spotkała się z generalnie przychylnym odbiorem. Liryka Marka Czuku jest zdecydowanie inna od dzieła Świetlickiego. Wyraźnie odnajdziemy w niej, od początku, postawę poszukiwania – i kwestionowania, odnajdywania – i gubienia, niepewności – i pewności co do istnienia pozamaterialnego porządku rzeczywistości, czasem wprost: Boga.

Można by więc pomyśleć, że praca redaktorki najnowszego tomu Czuku była stosunkowo łatwa. Polegała ona na wyłuskaniu z wcześniejszego dorobku poety stosownej liczby liryków i ułożeniu ich w jakąś spójną całość. Redaktorka zdecydowała się na wysnucie, poprzez zestawienie ze sobą wierszy powstałych w różnym czasie, wielowątkowej opowieści o współczesnym świecie. Ślad takiego zamysłu – zbudowania, najpierw, wizji samotności człowieka w świecie bez Boga, która, następnie, rodzi potrzebę odnalezienia przedwiecznego porządku, a w efekcie daje harmonię i pewność, co z kolei przekształca spojrzenie na rzeczywistość, umożliwiając dostrzeżenie w niej Bożego porządku – zapisany został przez Judę-Mieloch w słowie wstępnym. Zamysłowi temu służy też podział zbioru na trzy znaczące części: Pragnienie, Horror vacui i Zawsze jest światło

Jakkolwiek szanuję sam wysiłek takiego „opowiedzenia” o wizji świata zarysowanej w poezji Marka Czuku, to, jak sądzę, z góry skazany był na niepowodzenie. Każda bowiem „jednotematyczna” opowieść wysnuta z tomów Czuku może być tylko sztucznym i jednowymiarowym konceptem. Poezja Marka Czuku niesie bowiem w sobie w sposób nierozdzielny tematy najróżniejsze, osobiste i społeczne, fascynację językiem i przekonanie o jego ułomności w dziele artystycznego wyrażenia, głęboki introwertyzm i ekstatyczny zachwyt nad światem. I jak to oddzielić, wypreparować? Niby można, w tomie zaproponowano przecież taki właśnie preparat. Wbrew istocie tej poezji. W efekcie uzyskaliśmy coś w rodzaju homiletycznej przypowieści, paraboli z wyraźnie zarysowaną tezą. Do tego trzeba jednak było wcześniejsze zbiory wierszy Czuku dość okrutnie potraktować: niektóre utwory po prostu ukryć, udawać że nie istnieją, inne z kolei wprowadzić w taki kontekst, że znaczą coś innego niż znaczyły pierwotnie. I udawać, że wszystko jest w porządku, że pasuje wzajem do siebie, nawet jeśli to dopasowanie dość grubymi nićmi szyte i widać fastrygi. 

Wiersze zawarte w zbiorze, dziwnie ułożone obok siebie, buntują się i wierzgają, prowokują choć akurat nie powinny – i nieustannie zaskakują. I w tym widzę – paradoksalnie – duży walor Nietrwałej kompozycji. Utwory Czuku czytane w porządku niechronologicznym, w zderzeniu, pozwalają dostrzec, jak bardzo przez minione dziesięciolecia zmieniał się język poety, ewoluując od potrzeby rytmu, kalamburu, żonglerki abstrakcjami, zdobności – i czasem, powiem wprost:  nieznośnej puenty – ku obrazowości, bezpośredniości, oszczędności wyrazu. Oto dwa przykłady, oba zawarte w Nietrwałej kompozycji. Pierwszy wiersz pochodzi z tomu W naszym azylu (1989), drugi – z Faceta z szybą (2012):

Potem

potem
przyjdą z łańcuchami
śpiewając hymny
umarłemu domowi

potem
wpuścisz strzęp
żywego światła

potem
założą ci maskę
przeciwironiczną
jak zwykle śpiewając

potem
nie będziesz wiedział
jak światło
zrywa się
z łańcucha


Wiewiórka

Blokowisko. Samotna wierzba
obok białej budki z niebieskim
dachem, w której kupujemy warzywa

i słodycze. Zanosi się na deszcz.
I nagle nie wiadomo skąd wyskakuje
ruda wiewiórka, aby błyskawicznie

wspiąć się po pniu i zniknąć
nie wiadomo gdzie. Nieoczekiwana
porcja wdzięku.

Oba utwory dzieli epoka, język, konwencja. Ta poezja najwyraźniej dojrzewała – także do podejmowania tematów najpierwszych i najgłębszych: sensu świata i człowieka, obecności Boga. Tyle że uobecnia się to w tomie Nietrwała kompozycja jakby wbrew przypisanej mu ramie.

A metafizyczność poezji Czuku? Wydaje mi się, że kluczem do jej zrozumienia jest wiersz sprzed kilkunastu lat, niejednoznaczny, trudny, w którym to, co najintymniej osobiste, wiąże się z tym, co społeczne, historyczne, poetyckie:

***
Objawia się
jak zapomniany ojciec,
przedawniony lęk
albo obalony car.

A może to statek pijany,
opowieść wariata,
czy męt i zamęt?

Nie znajduję z nim
wspólnego języka.
Wszystko już zostało
powiedziane.

Przecież to wiersz o niewyrażalności i niepochwytności (stąd po omacku wyszukiwane obrazy i skojarzenia, wyprowadzone z lektury Biblii, może z Freuda, może z Konradowego przekleństwa w Mickiewiczowskich Dziadach, z Rimbauda, może z Gogola?).

Marka Czuku najgłębiej zajmuje doświadczenie współczesnego człowieka, który żyje tu i teraz, a jednocześnie – czy raczej: z tego powodu – jest stale pomiędzy, stale niedopełniony, stale zagubiony we własnym losie, w kulturze, w historii. Łódzki poeta konsekwentnie próbuje się z tym mierzyć. Jak? Co może? Szukać języka, budować obrazy. Kim jest Marek Czuku? Poetą jak moderniści wierzącym w siłę sztuki, w jej posłannictwo, w etyczny porządek i ponadmaterialny sens. Ale też czułym obserwatorem. A skoro tak – doświadcza swoją twórczością naszej wspólnej dysharmonii, naszego zagubienia. Poetycko, trafnie i zajmująco, potrafi ją opisać, poświadczyć ją, chce się jej przeciwstawiać.

Tomasz Cieślak

Tomasz Cieślak

Czuku: ciekawy i osobny

Alfabet Marka Czuku

A

Albania – ojczyzna mojego ojca, ale nie moja. Mój jest ten kawałek podłogi, moje są te unoszące się nad wierszami opary alkoholi, te utykające albatrosy. Gdy to piszę, słucham płyty Abbey Road, ale za szybko się kończy.

Ą

Ącki Ędward – postać, o której dowiedziałem się przed chwilą, na użytek tego tekstu. Wiem, jestem trochę oderwany. Kiedyś zerwałem się z łańcucha.

B

Biegam, bo lubię, bo wtedy świat się śmieje, zieleń zielenieje, piękne kobiety jeszcze bardziej pięknieją, rozum staje się bardziej rozumny, serce bardziej serdeczne, a dusza leci prosto do nieba.

C

Cycata celebrytka cząstkuje czosnek i cebulę, która staniała jak odwaga. „Ona nie ma wnętrzności”, ma za to „idiotyzm doskonałości”. Jaka to melodia? Proszę: tylko poważne propozycje.

Ć

Ćmy, motyle, wróble, wędrujące dusze. Czterdzieści i cztery wiersze. Księga.

D

Dodoni – grecki, bodajże, sok pomarańczowy w puszce, marzenie człowieka peerelu. Gdy w 1974 po raz pierwszy usłyszałem u kumpla z Warszawy Dark Side of the Moon, którą to płytę przywiózł mu ze Stanów ojciec, zaczęła się w moim życiu nowa era. Teraz to wszystko jest na YT. Oprócz, oczywiście, soku. O, bogowie!

Dziennik – nie mylić z nocnikiem.

E

Eliksir młodości – patrz: młodość.

Europa – stan ducha, ale nie stany zjednoczone.

Ę

Ę – tomik Krzyśka Kleszcza, której to książki nie miałem jeszcze okazji przeczytać. Mam za to Przecieki z góry. Tam spostrzegawczy i czuły poeta najwyraźniej bawi się i cieszy odkrywaniem metamorfoz, jakim podlega różnorodna i migotliwa rzeczywistość, za którymi podąża giętki i eklektyczny język. Zresztą w Łodzi i okolicach jest urodzaj na świetnych poetów – mamy teraz kłopot bogactwa i za to nas wszędzie chwalą. Ha!

F

Facebook – twarz Boga; maska, za którą nie ma niczego (pisz: Nietzschego). Nic się nie bój, to tylko ból, bul, bul… Akwarium, a w nim upadłe jamochłony. Chłoną horror vacui.

G

Gałczyński to najpierw była dla mnie jedynie Zielona Gęś. Do Notatek z nieudanych rekolekcji paryskich dojrzałem później. Skumbrie w tomacie, tyle w temacie. Kurtyna (opada z jękiem).

H

Historia zmiotła Hitlera ze sceny, bo nie miał hamulców. Dzieje są pełne takich psychopatycznych osobników. Może po prostu tacy jesteśmy?

I

Igła w stogu siana, sopel zwisający z okapu. Iluzja wiersza, impresja myśli. Ty. I ja.

J

Jak? Zaimek, bez którego nie byłoby wątpliwości. „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. „Jaka praca, taka płaca”. Eech! Przecież już pisałem, że „moje zwątpienia pełne są wiary”.

K

Kobieta jest jak kamień filozoficzny, bo uszlachetnia mężczyznę, którego spotka. Chyba że wcześniej go spali. O, kuchnia!

Kajak – lubię go, bo jest całkiem taki sam w obie strony.

L

W lśniącym, leśmianowskim lesie liczba przemienia się w literę, pulsująco i vice versa. 32 litery jak 32 zęby („żebym ja ci zębów nie policzyła”). Cztery razy osiem, dwa razy szesnaście. Nie myl literówki z litrówką, a tym bardziej z tirówką. Tymczasem Lenin nadal wiecznie żywy. Liczy liście, leczy libido. Liże leczo. Leży i lży.

Ł

To musi być Łódź, ziemia obiecana albo złe miasto. Tu się urodziłem jako pierwsze pokolenie. Trudne miasto. Moje i moich dzieci.

M

Metamorfozy – dokonują się nieustannie, nieplanowane jak dziecko we mgle.

Miłość – to nie matematyka, to metafora.

Młodość – patrz: eliksir młodości.

N

Nowy człowiek – wynalazł gilotynę i penicylinę; bolszewik i surrealista; dziecko epoki, której nie było; nocny motyl, nocny kowboj.

Nocnik – nie mylić z dziennikiem.

Ń

Mogę nawet napisać: ńebo, ńiby-poeta, ńic. I co mi możecie zrobić?

O

Okrągłe jak piłka, w którą lubią grać politycy. Oko Boga, oczywiste jak omega, nietrwałe jak nasza kochana kula ziemska. Opony mózgu.

Ó

Ten i tamten, a zwłaszcza ów. Ósmy cud świata. Na obraz i podobieństwo. Na swoją miarę.

P

Polska – ojczyzna mojej matki i moja. A to Asklop właśnie. Kraj morza i wódki, a może i piwa („nie dowieźli, nie dowieźli”). Marsz, marsz Polonia, bohaterów patria!

R

Rower – popularny pojazd, którym wjeżdża się do literatury. Współczesny rydwan, taki inny rodzaj rykszy. Na ogół się nie rymuje.

Rock’n’roll – ruch, rozrywka, rewolucja. Muzyka sfer, The Beatles. Pochłania wszystko. Jak rozum.

S

Samogłoski są niezwykle ważne, podniosłe i subtelne. Same pchają się na język, wypełniają wiersz. Kolorowe jak sen schizofrenika i somnambulika. Są jak synkretyzm i synteza sztuk. Szaleństwo smaków.

Szwejk – super gość w domu wariatów. Gdyby go nie było, należałoby go wymyślić.

Ś

Śmiecińscy – strona, którą polubiłem, aby się przypodobać. Potem żona się ze mnie śmiała. Odlubiłem.

Śmierć – stan ducha, bez którego nie byłoby większości wierszy.

T

Telewizja – totalna telepatia. Na ogół nie oglądam (się za siebie), nie patrzę (w oczy). Przecież jest jeszcze internet i lustro.

U

Nasze literackie uniwersytety: praca, lektura, Boża iskra. Dotkliwy ciężar nieobecności. Ora et labora. Usque ad necem. Usque ad nauseam.

W

Świat należy do wariatów – powiedział wesoły sanitariusz i oddał ducha łowcom skór.

Wino – szlachetny trunek w szklanej flaszce, po którym na ogół się nie hamletyzuje. Taka lepsza woda niemoralna.

Y

Dobry wiersz jest jak yeti albo elektron, każdy o nim kiedyś czytał, ale nikt nie wie, jak to naprawdę z nim jest. Chyba że się jest absolwentem Uniwersytetu Yale, którego motto to Światłość i Prawda.

Z

W ZOO Noe i Adam łapią zaskrońce. Karmią zmysły. Potem odsypiają to i idą do ziemi. Przechodniu, zmów paciorek!

Ź

Źdźbła trawy – jedyny tom poetycki syna cieśli, Walta Whitmana, który do wszystkiego doszedł własną pracą. Pisał go i poprawiał przez ponad trzydzieści lat. Ten nowatorski i afirmatywny zbiór („mysz jest cudem”) dowodzi, że każdy poeta pisze całe życie jedną książkę. To nasze źródło.

Ż

Żeby żaba nie żebrała, to by żwawe żuchwy miała. Lubię takie żartobliwe tony i klimaty. Pozwalają cieszyć się życiem. Żyrują jutro.

Tomasz Cieślak