FRAZA NR 79-80 / 2013 – PORTRETY

PORTRETY:

Janusz Łastowiecki

Metafizyka radia – spotkanie z Feliksem Netzem

Gdybyśmy chcieli opowiedzieć o metafizyce radia, z pewnością jednym
z pierwszy autorów egzemplifikującym to zjawisko byłby Feliks Netz i świat jego słuchowisk. To on ukuł pojęcie „metafizyki radia”:

[…] chciałem skrócić do minimum dystans między autorem a opowieścią. W Zegarku jestem obecny w inny sposób: nie wystarczało mi, że Witold Hulewicz pojawił się w nim – w jakiejś mierze – jako Wit Orlicz, że ja go „napisałem”. Chciałem się spotkać sam na sam z duchem Hulewicza. Gdy zbliżałem się do końca pracy nad słuchowiskiem, przyszło mi do głowy to rozwiązanie, taka swoista koda. Zrozumiałem, że po to wybrałem ten temat, by na chwilę przekroczyć granice i znaleźć się w punkcie, który nazwałbym metafizyką radia.

Spotkanie z niewidzialnym jest nadrzędnym tropem. Nie chodzi tu o język, badanie struktur semantycznych czy warsztatu realizatora. Chodzi o Spotkanie. Obserwując dzisiejsze spotkania z gwiazdami na festiwalu Dwa Teatry czy pokazy zdjęć z nagrań słuchowisk (tzw. fotocasty), myślę, że gdzieś zagubiła się istota przekazu radiowego. Trwonienie „tajnej wiedzy” o radiu poprzez tworzenie „telewizji w radiu” jest zakłóceniem kanału nadawczego Teatr – Radio – Słuchacz.

Gdy poznawałem świat radia artystycznego, owa „niewidzialność” była warunkiem sine qua non odbioru. Tutaj zresztą otwiera się możliwość budowania więzi z najmłodszym pokoleniem. Inspirować odbiorcę do współtworzenia świata, nie podawać gotowego, obrazkowego „bryka”. Radio może wprowadzać w literaturę jak szaman w zaklęcia. Ten świat wyobrażony, świat spotkań widzialnego z niewidzialnym może zbudować silną więź odbiorcy ze sztuką wysokiej rangi, wymagającą. Do dziś pamiętam radiowe wieczory
z Wiktorem Hugo, Guy de Maupassantem, Prosperem Mérimée czy Samuelem Beckettem. Wolałem zawsze traktować teatr radiowy jako konstrukt autoteliczny. Nie myślałem za dużo o technice, emisji, całej fizycznej stronie zjawiska. A przecież to wszystko ktoś kiedyś zaadaptował, nagrał, zmontował, ktoś inny wyemitował z teczki tajemnic, jaką jest archiwum radiowe. Feliks Netz jest takim właśnie pasjonatem, który nie traktuje słuchowiska jako surogatu teatru czy przerywnika śniadaniowego. Dał temu duży wyraz w rozmowie, którą z nim przeprowadziłem, a która stanowi integralną część niniejszego tekstu. Zanim jednak oddam głos Netzowi, postaram się przybliżyć jego radiową sylwetkę odwołując się do wybranych przykładów.

Feliks Netz jest autorem, który nad wszystko inne stawia dialog widzialnego
z niewidzianym. Warto przywołać w tym miejscu przejmujący dialog syna ze zmarłym ojcem w słuchowisku Urodzony w Święto Zmarłych:

Ojciec: Karol…

Karol: Na imię mam Karol. Pan do mnie młody człowieku? Skąd pan tutaj?

Ojciec: Nie wiesz? Dzisiaj kończysz 50 lat. A po za tym jest święto.

Karol: Święto Zmarłych. 

Ojciec Właśnie…

Karol: I co z tego?

Ojciec: Jestem twoim ojcem.

Karol: Moim ojcem? Mój ojciec nie żyje. 

Ojciec: Właśnie.

Karol. Pan jest moim ojcem.

Ojciec: Ich bin dein fater. 

Karol: Co pan?

Ojciec: Karl Kranz to ja i ty. 

Karol: To pan. A jestem Karol Kranz. 

Ojciec: Dobrze, Karol Kranz, syn Karla Kranza.

Karol: Człowieku… przecież wyglądasz na 18 lat…

Ojciec: Naprawdę? A mam 20. Dziwi cię, że jestem młodszy od ciebie?

Karol: Wie pan… Wiesz… Wie ojciec… Wie tata, że to dosyć niesamowite.

Ojciec: Przesadzasz… […] Mów mi po imieniu, przecież jesteś ode mnie starszy o 30 lat. […] wychowałeś się bez ojca.

Karol: Za to miałem więcej luzu. To matce było ciężko. Trudno jest wychować chłopaka. 

Ojciec: Przez cały ten czas byłem z wami. 

Karol: To tylko tak się mówi.

Ojciec: Ale tak jest…

Tylko w radiu, przy samotnym głośniku, rozlega się największy teatr głosów
z tego i nie z tego świata. Przychodzi tu na myśl pewne porównanie: pokój to łódź podwodna, fale morza to dźwięki wydobywające się z głośnika. Głębie wód stanowią warstwę odbiorczej podświadomości, nie wszystko jesteśmy w stanie trafnie zrozumieć, ale zdarzeń, jakie miały miejsce podczas tej nocnej wyprawy przez głębiny, nie zapomnimy. Takim wędrowcem po bezmiarach wyobraźni był u zarania radia Witold Hulewicz, któremu Netz pozwolił ożyć w słuchowisku Zegarek. Dla Wita (tak w spektaklu autor nazywa Hulewicza) teatr dźwięków jest kontaktem ze światem, jest jego życiem i jest czymś na kształt pewnika istnienia. Do tego stopnia, iż wróci on jako bohater słuchowiska o sobie, by spotkać przyszłość „bez siebie”. To kolejne Spotkanie ma właśnie miejsce w spektaklu Zegarek. Autor nakreśla Witowi jego tragiczną przyszłość, śmierć od niemieckiej kuli: 

Autor: Nawet pan nie wie, jaki jest silny.

Wit: Nie wiem?

Autor: Zabili pana dwudziestego czerwca czterdziestego pierwszego roku.

Wit: Niemcy?

Autor: Gestapo, Geheimstaatspolizei. Był pan bity i torturowany.

Wit: Boję się bólu! Musiałem strasznie krzyczeć.

Autor: Nie poskarżył się pan ani jednym słowem […].

Wit (biegnie w głąb, rozpaczliwie szczekanie psa): Proszę pana

Autor: Nie, nie, proszę mnie o to nie pytać!

Wit (cicho, niemal błagalnym tonem): Co będzie z moją żoną?

Autor: Na to jedno pytanie nie mogę panu odpowiedzieć […].

Netz jest człowiekiem, który nosi w sobie wiele spotkań. Wzruszająco mówił w jednym z wywiadów o Hulewiczu: „Witold Hulewicz, który wielbił język, sztukę, kulturę niemiecką, został przez Niemców wygnany z tego pola bardzo prawdziwej miłości. Ostatnie słowo, jakie usłyszał za życia, było słowem niemieckim, a brzmiało: »Feuer!« (»Ognia!«”)”. W słuchowisku Pokój z widokiem na wojnę polsko-jaruzelską opowiadającym o następstwach strajków na kopalni „Wujek”, autor wchodzi w finale i wypowiada motto utworu, które dedykuje Kazimierzowi Kutzowi: „Nazywam się Feliks Netz, jestem pisarzem. Mieszkam w Katowicach niedaleko kopalni „Wujek”. Powiem wiersz, który napisałem w grudniu 1981 roku”.

Zasłużony zielonogórski badacz sztuki radiowej, Michał Kaziów twierdził, że słuchowisku bliżej jest do poezji niż do epiki. Udowadniał to niedawno Jacek Kopciński, pisząc o słuchowiskach Herberta. I wiele w tym racji. Kwestie postaci z utworu Pokój
z widokiem na wojnę polsko–jaruzelską czy Odchodzimy mogłyby ułożyć się w strofy. Poezja radia jest bezpośrednia, budzi się w głosie aktora i przegląda się w ciszy. Jeśli aktor jest wiarygodny, to i kwestie aktorów mogą stać się swoistą kodą poetycką:

On: Chcę wiedzieć, jak umarłem. Bo ja od 10 kwietnia nie żyję. Zostałem zmiażdżony
i spalony. Czuję to. Wszystko mnie boli. Czuję swąd własnego, palącego się ciała. Co mam zrobić? Przecież nie da się odejść od siebie. […] Nachyla się nade mną żona. A ja myślę, że tak samo nachyliłaby się nade mną w moskiewskiej kostnicy, niepewna czy to jest moje ciało. Czy to, co ją obejmowało na jawie i we śnie przez trzydzieści lat to jest to, co przed nią leży, wysunięte z worka, z czarnej folii? Nie pytałem ją o to. Sama mi powiedziała.

Żona: Bądź pewien, że poleciałabym do Moskwy. I to, co bym zobaczyła podczas identyfikacji zwłok, w żaden sposób i żadną miarą nie przesłoniłoby mi Ciebie, którego w sobie noszę. Tak samo jak ty dzisiejszy nie przysłaniasz mi tego pięknego chłopca, którego pokochałam przed trzydziestu laty… 

W najnowszym słuchowisku Netz dotknął problemu katastrofy smoleńskiej
w sposób niebanalny. Opowiedział, co może się dziać w człowieku, który w ostatnim momencie dowiedział się, że nie leci do Smoleńska. W jego głowie dokonuje się rozrachunek z umarłą cząstką życia. Połowa bohatera leży w smoleńskim wraku, druga – błąka się tylko wśród żywych. Świetnie w tej roli poradził sobie wielki jak zawsze Mariusz Benoit. Głos tego wybitnego aktora opowiedział tę historię w sposób wysublimowany, poetycki a do tego męski i zdecydowany.

Radio jest medium, w którym aktorzy niepopularni dla filmu, serialu czy estrady mogą odnaleźć sedno swojego artystycznego przeznaczenia. Benoit odtwarza swoje postacie w sposób bardzo wyczulony, delikatny i pozbawiony ornamentyki głosowej. Wypowiada swe kwestie „po prostu”, bez przeczulenia i zbędnych uniesień. Takimi aktorami w radiu są także Andrzej Chyra czy Władysław Kowalski. Reżyser wprowadzający tych aktorów do teatru radia ma świadomość, że nadaje spektaklowi wymiar naturalizmu połączonego z pogłębionym zrozumieniem. Słuchacz jest czujny. Jeżeli aktor zagra coś bez przekonania i bez rozumienia tekstu, nie może liczyć na aprobatę. I tak, w uczuciu dźwiękowej próżni (w spektaklu Odchodzimy nie ma przeładowania efektami ani muzyką), gdzie głos bohatera nie odbija się i nie przechodzi w echo, zaznajamiamy się z historią człowieka, który istnieje o tyle, o ile nie istnieje. To właśnie w teatrze radiowym takie niezadomowione dusze znajdują najdogodniejsze pole do swych podróży. Tutaj mogą spokojnie „odejść”.

Myślę, że Netz ma przed sobą jeszcze swoje największe słuchowisko. Ta „linia napięć kierunkowych” jak pisał o tym gatunku radiowym Jacek Kopciński, doprowadzi jeszcze do kolejnego, wielkiego Spotkania. Tymczasem w tym, które odbyłem z Feliksem Netzem, a którego owocem jest niżej zapisana rozmowa, interesowało mnie przede wszystkim, jak autor rozumie pracę nad słuchowiskiem i co w tej sferze działalności artystycznej stanowi dla niego warunek konieczny. 

Janusz Łastowiecki: Śląskość stanowi częsty temat Pana spektakli radiowych (Łowca komarów, Pokój z widokiem …, Urodzony w Święto Zmarłych), w niektórych słuchowiskach tematem są refleksje ogólne, rzekłbym filozoficzne (Zegarek, Złota reneta), reaguje Pan też na wydarzenia o wydźwięku społecznym (I to jest siła, to jest moc, Odchodzimy). Który z tych nurtów jest Panu najbliższy?

Feliks Netz: Nie zakładam, że oto napiszę słuchowisko, w którym tematem będzie śląskość. Tematem zawsze jest człowiek i jego los, człowiek i jakaś sprawa. Fakt iż od roku 1955 żyję na Górnym Śląsku, sprawia, że sytuacja dramatyczna, którą próbuję przedstawić w formie słuchowiska, osadzona jest w realiach tutejszych. Nigdy nie napisałem słuchowiska, które rozgrywałoby się nad morzem czy w górach. Nie dlatego, bym nie chciał, po prostu nie potrafię. Gdy wiele lat temu pisałem Złotą renetę, nie osadzając akcji w konkretnym punkcie Polski, w głowie, przed oczami miałem pewne miejsca na Śląsku. Na pewno Narrator zjawił się na katowickim dworcu, ale to tylko ja wiem. Uważam, że w słuchowisku radiowym, które ciąży ku metaforze, dobrze jest, jeśli wyczuwalny jest konkret, namacalna rzeczywistość, koloryt lokalny, niekoniecznie udokumentowany – w moim przypadku – gwarą śląską. Ta gwara aż się prosiła, narzucała się i to nie bez racji w słuchowisku Pokój z widokiem…, a jednak wybrałem język ponadregionalny, taki, jakiego uczą nas w szkole niezależnie od tego, czy pobieramy nauki w Zabrzu, Wołominie, Nowym Targu czy w Przemyślu. Mimo to nikt nie wątpił, że bohaterami słuchowiska są Ślązacy!

W swoim dorobku pisarskim mam tom tekstów publicystycznych (Wielki zamęt). Były to komentarze wygłaszane w ciągu pierwszych lat transformacji, co pewnie świadczy o mojej wrażliwości społecznej, ale i temperamencie politycznym. Tego rodzaju postawa widoczna 

jest też w niektórych moich słuchowiskach. Równie dobrze czuję się pisząc rzecz poetycko-filozoficzną, jak i społeczno-polityczną. Co mi lepiej wychodzi? Mogę jedynie powiedzieć, że nagradzano mnie za teksty w obu konwencjach. Pokój z widokiem… pisałem na zamówienie katowickiego radia, Zegarek na konkurs Programu II Polskiego Radia i ZAIKSu. Pierwsze słuchowisko było realistyczne, ale starałem się wpisać w nie jakąś tajemnicę, coś na miarę doświadczenia religijnego. Bohaterka widzi śmierć męża, nie będąc tam, gdzie śmierć go zabrała. „Zegarek” powstał jako fantazja radiowa; w pewnym momencie do bohatera słuchowiska podchodzi autor słuchowiska, co dzieje się jakby poza czasem
i oswojoną przestrzenią. 

– Użył Pan kiedyś sformułowania „metafizyka radia”. Zainspirowało mnie ono do myślenia o słuchowisku w kategoriach hermeneutycznych. Czy radio może być spotkaniem z nieobecnymi? Słuchając Urodzonego… wyczuwam silną obecność duchów radiowych.

Odpowiedź na to pytanie częściowo zawarłem już w odpowiedzi na pytanie pierwsze. Użyłem sformułowania „metafizyka radia”, szukając nazwy dla pewnego fenomenu, z jakim spotkać się można chyba tylko w radiu. Pomyślmy o Duchu ojca Hamleta! W inscenizacjach teatralnych i filmowych materialny, cielesny aktor gra, czyli udaje Ducha. W radiu doświadczamy obecność Ducha, nie widząc go; nosimy w sobie – od lat najmłodszych – pewne wyobrażenie Ducha. Duch w radiu jest figurą materialną, choć nie ma twarzy, czujemy materialność jego słów. Słuchając słów Ojca Hamleta czujemy, że przenika je Duch Prawdy.
I to jest ten fenomen, o którym wspomniałem, szczególna właściwość radia, która pozwala mówić umarłym, duchom pozwala przechadzać się pomiędzy żywymi i na odwrót, co nie budzi w nas najmniejszego oporu.

– Czy teatr radia jest dziś bardziej „hulewiczowski” z koncepcją „wewnętrznego oka” czy raczej blausteinowski (refleksyjny, logocentryczny) oparty głównie na słowie?

Nie badam właściwości radia od tej strony, to nie moja specjalność; myślę, że w mojej radiowej twórczości da się wybrać pozycje hołdujące jednej i drugiej doktrynie (czy mówiąc łagodniej: koncepcji). W radiu, z natury rzeczy, słowo staje się ciałem, jest zdolne dotrzeć do głęboko ukrytych czy zakrytych tajemnic, prowadzi nas przez labirynty i ciemne ścieżki tam, dokąd dostęp ma jedynie wielka poezja (Rainer Maria Rilke na przykład). Nie bez znaczenia jest fakt, że słuchowisko z upodobaniem uprawiali poeci!

– Jak wygląda Pana praca nad tekstem radiowym? Jest to uciążliwe zajęcie, czy powstaje „jednym tchem” (interesuje mnie tu etap powstawania: czy ma Pan konkretny plan czy raczej dzieje się to spontanicznie)? 

Proces powstawania słuchowiska zaczynam od myślenia o bohaterze. Złota reneta to najpierw był ów ktoś bezimienny, kto snuje się po dworcu i napotyka różnych ludzi, a tak naprawdę wywołuje duchy. Widziałem go fizycznie, ponieważ z góry wiedziałem, że zasugeruję reżyserce konkretnego aktora (Józef Fryźlewicz). W przypadku Pokoju
z widokiem… było tak, że na propozycję prezesa katowickiego radia (słuchowisko z okazji 25 rocznicy pacyfikacji kopalni „Wujek”), odpowiedziałem „tak” po krótkim, parosekundowym namyśle. Miałem w głowie gotową postać (Kinga Naleźniok), w błysku sekundy zrozumiałem, że to będzie oś tego świata, który mam stworzyć! Reszta przyszła później,
w czasie pisania, podczas długich spacerów z psem po lesie, do którego przylega teren Szkoły Policyjnej, a za komuny ZOMO. To ZOMO, które użyło broni na Wujku.

I trzeci przykład: Zegarek! Pomyślałem, że na osiemdziesięciolecie Teatru Wyobraźni dobrze byłoby napisać tekst o narodzinach słuchowiska jako nowej formy literackiej. Spekulacje myślowe doprowadziły mnie najpierw do Witolda Hulewicza (to będzie o nim!)
i do Jerzego Szaniawskiego (to będzie o Zegarku), brakowało mi jednak „dramatycznego czasu”, krytycznego momentu, dlatego przesunąłem nagranie słuchowiska Szaniawskiego na ostatni dzień sierpnia 1939 r. To jest przyczyną, że nazwałem moje słuchowisko „fantazją radiową”. Fantazją, ponieważ nie było całkiem w zgodzie z historią. Ale dla mnie i tak ważniejsze od historii było opisanie momentu narodzin arcydzieła. To słuchowisko pisałem sekwencjami czy też scenami. Na przykład: spotkanie Wita (w słuchowisku nie wymieniam nazwiska Hulewicza) z Sándorem Máraiem w poczekalni niemieckiego dworca kolejowego. Chciałem, żeby ci dwaj nieznajomi panowie, Polak i Węgier, doskonale osadzeni w kulturze niemieckiej, najwyższej klasy Europejczycy, porozmawiali o „zmierzchu Europy”
i niebezpiecznej książce pt. Mein Kampf. Inna sytuacja: bardzo mnie ucieszył pomysł (przyszedł do mnie nagle, całkiem nieoczekiwany) spotkania w parku przed rozgłośnią Polskiego Radia w Warszawie autora słuchowiska z Witem. Każda sekwencja miała swój tytuł i pod tym hasłem figurowała w dokumentach w komputerze, ale doskonale wiedziałem,
z jakimi sekwencjami sąsiaduje w całej słuchowiskowej kompozycji. Owe tytuły były czysto orientacyjne, wypadły, gdy wszystko znalazło się na swoim miejscu. Pokój z widokiem… powstawał dwa tygodnie, Zegarek – trzy, a Złota reneta nie dłużej niż kilka dni. Innymi słowy: im jestem starszy, tym dłużej pracuję nad słuchowiskiem.

– Ośrodek katowicki ostatnio zniknął z mapy polskiego słuchowiska. Czy istnieje szansa, że z tak bogatą tradycją słuchowiska Katowice nawiążą do dawnych „kulturotwórczych” idei radia? Czy decydują o tym kwestie finansowe? 

Ośrodek katowicki dawno już przestał realizować słuchowiska. Mój Pokój z widokiem… był bodaj ostatnią produkcją. Brak pieniędzy? Pewnie tak, ale myślę, że po prostu kierownictwu nie chce się chcieć. Umysłowe lenistwo, to raz, dwa: zadowolenie z roli, jaką odgrywa radiowa stacja terenowa. 

– Czy tli się w Panu jakiś nowy temat na słuchowisko?

Wszystko, co napisałem dla radia na przestrzeni wielu lat, zostało zrealizowane. Mam pomysły na trzy nowe słuchowiska. Z pisaniem poczekam, aż zostanie ogłoszony jakiś konkurs, do którego Polskie Radio mnie zaprosi. 

Dorota Filipczak 


Sanna 

Odepchnęłam sanki, stojąc na krawędzi

i pojechałeś w dół na dzisiejsze śniegi

pełne blasku, unurzane w błękicie

słońce zatrzymało się, żebyśmy mogli 

wygrać bitwę zwaną życiem 

Przez ułamek sekundy lęk

zmieniłam się w kobiety czekające

na ciebie gdzieś i kiedyś, 

gdy odwrócę się od świata na krawędzi 

ocieram łzę, zanim stanie się lodem

podnosisz się z sanek i machasz do mnie

daleki, niedosiężny badacz śniegowy

między nami morze, tabula rasa

tor precyzyjnie wytyczony

o tu skręcił w bok na niewidocznym kamieniu

ty wchodzący na zbocze oblodzonej góry

ja na krawędzi, zapatrzona w ciebie w słońcu

sanki, z których powoli wyrastasz

jeszcze

odepchnęłam cię znów i pomknąłeś

w obszary, gdzie nie mam wpływu na nic

kogo spotkasz, kogo pokochasz

jakie czekają cię niebezpieczeństwa

świst, szum, chrzęst świeżego śniegu

nieważne wieżowce, kominy elektrowni

skład złomu za plecami

jesteśmy na obrazach holenderskich mistrzów

śnieg parzy zimnem pod dotknięciem dłoni

a jednak jeszcze

nie zatrzymam cię już 

nie zatrzymam


Baptysterium

Drzwi zamknęły się za nami lekko

zstąpiliśmy w czas, rozbłysły światła

prowadząc nas do świętego kręgu

Mamo, patrz

Zaczęłam rozróżniać zarysy kamieni

i gdyby nie szkło, 

dotknęłabym fundamentów państwa

w podziemiach katedry poznańskiej

dotknęłabym marzenia mężczyzn,

którzy zawierzyli wodzie,

jakby zawierzali kobiecie

wstępując do misy chrzcielnej

oddawali się jej

spływała po ciele rzeźbiąc kształt

nieodwołany w kamieniu

dotknęlibyśmy wody

gdyby nie szkło


Gromniczna

Mama wraca z kościoła z zapaloną świecą

Na torowisku siedzi głodny wilk

w kamieniołomie lód, w oknach kraty

Idzie prosto przed siebie myśląc nas

gdy osobnymi korytarzami powietrza

mijamy się w zimnym mieście

Widzę jej drogę obok starego, drewnianego 

kościoła, gdzie przez ramię zagląda witraż

i przyciąga na chwilę światło świecy

Zmieniają się nazwy ulic, powstają autostrady

ale jej droga prowadzi zawsze tak samo

obok torowiska, na którym siedzi wilk

i wodzi wzrokiem za odchodzącym światłem

Mama mnie prowadzi, mówię jej – puść, idę swoją drogą

ale płomień świecy nie daje mi spokoju

Wychylam się przez okno w innym miejscu miasta

i widzę światło tam, gdzie parkan skręca w stronę

drewnianego kościoła, widzę ten sam witraż

widzę mamę i mówię: nie przewróć się, jest lód

uważaj na wilka

ale ona myśli tylko o tym, żeby nie zgasła świeca

Bo już nie idzie ona

idę ja

idziesz ty

a przed nami światło


W rodzinnym albumie

Czemu ma służyć poezja jeśli nie przywracaniu życia

Po tym poznają Orfeusza, że ożywiać będzie

przyzywam więc ciotkę Karolę

 z przepastnej szafy rodzinnych szkieletów

wysypują się zakrwawione ubrania

ubrania zadbane podlewane deszczem

by rozkwitały na słońcu 

Nie przetrwała nawet fotografia a przepełnia mnie 

pewność że ją przypominam

w ciągu dnia zapadała w sen, śniła rzeczy tajemne

Jestem nią, otwieram jej szafę, czekam na jej śmierć

Śmierć ma płeć i nie jest mistrzem z Niemiec

jest banderowcem z podniesioną siekierą

Karola śpi, śni szyby wiertnicze Borysławia

i to jak pod ziemią porusza się ten,

który za chwilę powinien wrócić,

gdyby nie uprzedził go inny

Łucja z Narni à rebours

nie wiedziałam o niej jako dziecko

takich bajek nie opowiada się małym dziewczynkom

Nie mówi się, że przyjdzie wilk

i obróci wszystko w perzynę,

Nie mówi się


Ucieczka przed cieniem

Muzyka promieniuje z mieszkania sąsiadów

Mogę krzyczeć, usłyszą tylko rottweilery

Wyciągnięte pod wanną przy koszu na śmieci

Zamknęły uszy na zgiełk rasy panów i głos

Który wynika ze mnie z tobą w pojednaniu

Ciał nieodległych niczym Azja z Ameryką

Pod cieśniną Beringa w cieśni gardła, brzucha 

Pulsuje oceanem pamięć o pomoście

z Wysp Aleuckich, którym podążamy, niosąc

na ręku dziecko posłane w nowy świat i wiek

po uda zanurzeni w rozchwianiu przypływu

Czarne psy są za ścianą, bezszelestne jak noc

w czterdziestym piątym roku w województwie lwowskim

Nie zdradziły sąsiada ani jego noża

Przystawionego do gardeł nieznanych mi bliskich

Wideł umoczonych we krwi ani siekiery

Zadziwione zapachem tego, co rozdarte

Czując rękę sąsiada, jej ciepło na głowie

Póki śpią, trwa muzyka, mogę krzyczeć 

Między kontynentami wczoraj i dziś 

rozstąpią się wody i przejdziemy 

w brzasku nowego ciała


Moja Grenlandia

Polityczny lodowiec z czasów komunizmu

Zagarnął ich oboje pod moim przedszkolem

Niedaleko Wapiennej piął się bluszcz po bramie

Dziecko za ogrodzeniem było pod ochroną

Porzucone jabłonie kapały goryczą 

Tajemnicę wolności znał tylko samolot

Oglądany przez troje nieświadomych siebie

jasnowłosą dziewczynkę obok rówieśników

kobietę zapatrzoną w niedostępny ogród

mężczyznę, który właśnie spóźniał się do pracy

Odprowadzili skrzydła do lepszego jutra

A wtedy dziewczynka zaczęła rozważać

misterium oglądane przez dziurkę od klucza

za zamkniętymi drzwiami jej własnego życia

Kobieta drgnęła widząc swojego mężczyznę

Nie ma ani przedszkola ani karuzeli

Nitki z ubrań dziecięcych zmieniły się w trawy

Za to oni zostali w geście rozpoznania

Na jego garniturze tli się nocne niebo

W jej kwiaciastej sukience szumią uroczyska

Jeśli kiedyś tam wrócę, zastanę ich razem

Opadnie ogrodzenie, przywrócę im wolność

Jabłka napełni słodycz, ale nie ma drzewa

nie ma bluszczu i nie ma bramy, jest tylko chłód


Różnica i przetworzenie

W gmachu matematyki, w próżni korytarza

nie podjęliśmy jeszcze żadnych działań

Poziom piętrzy trudności w znalezieniu sali

wyzwolonej z abstrakcji całek i różniczek

znaków tak niepojętych jak ty, ja i ono

wzięci w nawias na wyspie rzeczy podstawowych

 krzesła, kosze na śmieci, stoły i tablice

a wszystko przepowiada spis sprzętów na ścianie

Do czego więc będziemy przyporządkowani?

wspólnego stołu, kosza, czy odrębnych krzeseł?

Obmyślam geometrię twojego profilu

Przede mną niesprawdzone testy z angielskiego

Na tablicy przesłanie, którego nie poznam

bo wieczór nagle zmienił się w mężczyznę

Dorota Filipczak

Andrzej Niewiadomski

K

(esej podróżny)

Most wyłaniał się zawsze z mgły i z nocy, obmacywanej światłami reflektorów żuka, nysy, bądź rzadziej – autobusu. Odgłos jazdy po jego nawierzchni, tak inny niż odgłosy pojazdów sunących jednostajnie po szosie, zawsze kojarzył mi się z widokiem drewnianych poręczy i całej tej konstrukcji, budzącej za każdym razem tę samą ciekawość. Tym bardziej, że każdej zimy, co widywałem w telewizji, toczyła się zażarta walka z krą o jego byt. Budziłem się sam, kiedy dojeżdżaliśmy do Wyszogrodu, nie potrzebowałem do tego rodziców, tak jakby rozżalony, że noc nie pozwala mi go sobie obejrzeć w całej okazałości. Podobnie było w Wyszkowie, i podobnie szary był i ciemny obraz towarzyszący mojemu wspomnieniu mostów warszawskich, za którymi pociąg zapadał albo w zupełną ciemność tunelu, albo też w ciemności mniej zwarte, przerywane smugami peronowych świateł, i rozproszonych, mdłych blasków, z których trudno było wyłowić nazwy mijanych stacji, wiosek i osiedli. Mazowsze i w ogóle wnętrze kraju to była czarna dziura w drodze na południe. I nawet kiedy okoliczności sprzyjały, to i tak prawdziwe atrakcje zaczynały się gdzieś indziej, dalej, poza tą rzeczywistością, która była światem niskich domów, jakiejś nijakości, karykaturalnych miast i miasteczek kłócących się z moim pojęciem miejskości wyniesionym spośród pruskich wzgórz. Zatrzymywaliśmy się czasem gdzieś i pamiętam, jak bardzo chciałem utrwalić sobie konkretne miejsce, zbudować jakąś jego strukturę mentalną, ale nic w tej sprawie nie można było zrobić, świat ów był pozamiatany, przygarbiony i skulony w sobie. Nawet Warszawa widziana z perspektywy nocnych, przelotowych ulic nie robiła należytego wrażenia, a jedynym wyjątkiem – a być może tylko kaprysem pamięci i umysłu – był przejazd przez Żyrardów z jego siatką regularnie rozplanowanych jezdni, budynków i przemysłowym zapleczem. Wnętrze Polski było ziejącą, niezróżnicowaną pustynią, na której od czasu do czasu widywałem fatamorganę, taką jak Żyrardów czy most w Wyszogrodzie. Nie lubiłem jako dziecko przemierzać tego wnętrza, to tak jakby wyłonić się z lasu i pozostać bezbronnym w drodze ku górom, które znów dawały schronienie. Ale Galicja była daleko, a noce długie, męczące i płaskie. 

Ubolewałem nad tym zwyczajem jeżdżenia w nocy, wypraw na noc, nocnych rozkładów, podróży odbywanych w tłoku i zaduchu. Buntowałem się przeciwko temu, czuwając i wytężając wzrok, tak żeby zobaczyć, co tylko się da i niczego nie uronić. Wzbudzałem tym podziw dorosłych, ale musiałem też w sobie toczyć walkę ze znużeniem i brakiem punktów odniesienia. Czyli dość wcześnie zorientowałem się, że nocne przemieszczanie się zaprzecza idei podróży, jak w ogóle tak modne, a może po prostu uważane przez wielu za naturalne i oczywiste, nocne życie zaprzecza idei robienia czegokolwiek, co miałaby w nas zostawić trwały ślad. Noc nie nadaje się ani do kochania, ani do picia alkoholu, ani do czytania i pisania książek, noc nadaje się wyłącznie do spania, a cóż to za podróż, jeśli budzimy się i już jesteśmy na miejscu? Jakże często spotykam się z westchnieniami: chętnie pojechałbym tu i tu, gdyby ktoś przeniósł mnie tam od razu… Nieumiejętność podróżowania przykrywa, jak myślę, inne braki, niedomagania życia wewnętrznego, które w pełnym świetle, czy tylko półcieniach przedstawia się zupełnie inaczej, szczególnie wtedy, gdy inni krzątają się wokół spraw rutynowo realizowanych. Kochajcie się rano, płódźcie dzieci z mgły, rosy i słońca, upijajcie się przed obiadem półtonami, cieniami poruszającymi się w świetle, wyruszajcie w podróż wraz z brzaskiem i docierajcie na miejsce przed zmrokiem, oplatajcie myślą tę jasność, jaka rodzi się w oku. 

Co do tego mam przynajmniej jednego sojusznika: wszystko wskazuje na to, że także K. – gdyby nie nagłe napady bezsenności w różnych zapadliskach czasu – nigdy nie prowadziłby żadnego „nocnego życia”. Nie da się jednak w zupełności pozbyć jego piętna, bo przecież coś z tych chwil jednak rzutowało na jego dzienne zachowania, a przynajmniej na jedno z nich, z czego K. jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę. 

Południe otwierało się za lasami sieniawskimi, ale nigdy nie okazywało swojego oblicza w pełni, dopóki nie stały się widoczne wieże jarosławskiej starówki, przesłonięte żelbetowo-metalową, nabitą nitami, konstrukcją mostu nad Sanem. Tym razem błyszczącego w świetle, przekraczanego jak przedsionek jasności ruchliwej, gwarnej, niknącej w ciasnych ulicach, nigdy pustych, i kulminującej nad farą, benedyktynkami, cerkwią i dominikanami, których szczyt fasady widoczny był także z pociągu nadjeżdżającego od strony Rzeszowa. Ale tamten widok wydawał się istotniejszy, tak jakby po mordęgach braku struktury pojawiało się coś, co pozwoli osiąść oczom w jakiejś sieci widzialnych świadectw ludzkiego działania, planowego i ułomnie skończonego. Zresztą, nawet jeśli zdarzało mi się wówczas – jak innym – osłabić swoją czujność, zasnąć, wyłączyć się, to nagłe przeniesienie, bez tego widoku, było prostym nawiązaniem, nowy jarosławski dworzec wydawał się bliźniaczym spełnieniem dworca olsztyńskiego, będącego zawsze koniecznym przystankiem w drodze na południe. Być może, jak często bywało i wówczas i później, kopiowano te późnomodernistyczne, rodzime projekty, i powstawały, niezależnie od specyfiki terenu, tradycji i architektury jednakowe dworce, szpitale, urzędy i szkoły – niemniej jednak to konkretne podobieństwo obu dworców świadczyło w mojej głowie o jakiejś trudno uchwytnej unii pomiędzy tak różnymi światami, światami oddzielonymi gigantyczną wyrwą Mazowsza czy w ogóle centralnej Polski, i w dziecięcym umyśle odległymi od siebie, tak jak Europa i archipelag wysp filipińskich.

  Przeskoczyć tę przestrzeń, mieć za sobą wiatr hulający między blokami i w wyrwach sklepionych głucho bram, karłowatych drzew i nader sypkiej ziemi, produkującej równie sypkie widoki, to był warunek konieczny, to tam rodziła się obietnica miasta na wzgórzach lub wzgórzu, bo prawdziwa Galicja to były garby i zapadliska jako miejsca ludzkich siedzib, majaczące na horyzoncie góry, po których pełga przymglone nieco, duszne światło i przygotowuje spektakle różnych odcieni zielonego, od bladych, jak choinkowe dekoracje, aż do czerni niemal tych wszystkich najeżonych, gęstych drzew zaludniających stoki, jakby w wiecznej rywalizacji ze wspinającymi się na stoki domami i domkami, chcącymi przełamać ciasnotę dolin, z językami dachów, z rozpełzłym, ludzkim zuchwalstwem, samoograniczającym się jednak, bo zredukowanym do trwania, do zaznaczania na każdym kroku mozolnej codzienności życia. To była ta lepsza Galicja spośród dwóch mi znanych, szczególnie jeśli przybierała postać miasta o ciasnych ulicach i szarych secesyjnych czy eklektycznych fasadach, znacznie lepsza od tej peryferyjno-nizinnej, położonej na północ, zachowującej jakiś związek z widokami wnętrza kraju i niemal pozbawionej efektownych sylwetek i zwieńczeń, takich jakie witały mnie gdy tylko wyłaniał się most, i trzeba było wykonać ten ostatni skok, za San, by zasnąć snem kamiennym w kamienicy, której mury zebrały już ciepło z wszystkich okolicznych słońc i domów i zamykały się nade mną jak hermetyczna kapsuła centrum miasta, by w ciągu kilku nieświadomych godzin oczyścić moją myśl i wzrok z trudów poszukiwań jakiegoś punktu zaczepienia w tamtym świecie, przejezdnym, nocnym często i obcym. 

Znacznie później miałem zmodyfikować swoje sądy na temat nadrzecznych nizin, składając lubaczowskie i ulanowskie wizyty, ale to było potem, a – jak wiemy – potem liczy się jakby mniej, potem jest po to właśnie, by modyfikować, zmieniać, korygować, poprawiać, udoskonalać i psuć, odbudowywać i niszczyć, więc wobec potem jesteśmy nieufni, słusznie zresztą, nieufni, póki nie uda się go wkomponować w jakieś teraz, a najlepiej w jedno teraz, i umieścić gdzieś blisko ramy obrazu. 

Budziłem się w pełnym świetle dnia i ech głosów dobiegających z podwórza i z równolegle do śródmiejskiej ulicy, przy której stała kamienica zamieszkała przez rodzinę brata matki, biegnącej, węższej uliczki, zaangażowanej w bardziej skryte, aczkolwiek ciekawsze w związku z tym formy życia. Tłok i wielość niknących w szarych barwach detali fasad, mały kościółek świętego Ducha wciśnięty między ciąg budynków Grunwaldzkiej, ruch wpuszczony w pulsujące, wąskie wąwozy ulic, zagłębiałem się w świat miejski o nieco większym rozmachu i znacznie mniej chybotliwie zarysowanych normach niż na północy. Coś łączyło te światy, tak, jakaś unia ponad przemierzonymi w te niespokojne noce i męczące dni terenami środkowej Polski, lecz była to więź nader enigmatyczna, cienka, o jakiej nigdy nie wiadomo, czy wytrzyma jakąś kolejną konfrontację z realiami. Być może dlatego, że miejscowi od zawsze funkcjonowali w tej otoczce (już) nieobcego im świata, będącego peryferyjną odmianą wiedeńskich perwersji i miazmatów, pokręconej południowogermańskiej duszy, wypełniającej do tego luki w przestrzeni pomiędzy potężnymi kościołami, pamiętającymi czasy innej świetności. To wszystko było ich, istniało – wydaje się – w sposób niepodważalny, z ledwo dostrzegalnym nalotem peerelowskich porządków. Chodziłem z krewniakami nie na „rynek”, lecz na „targowicę”, mieszczącą się w specjalnie przeznaczonej do tego hali, gdzie przyjęto jeden kierunek ruchu, i gdzie nie było mowy o żadnej anarchii, chodziłem nad San, obok mostu, gdzie kąpano się w najlepsze i wokół benedyktynek wokół wysokiej skarpy porośniętej orzechami włoskimi, których gaj zawsze mnie zaskakiwał i wprawiał w podziw. Jarosław otwierał się na jakieś inne, nieznane mi perspektywy, chociaż jego ciasnota, a przez to nieodparte wrażenie miniaturowości, kłócące się wszak z realnymi danymi, w pewnym sensie odpowiadały warmińskim wzgórzom i budynkom, będącym – tak to zawsze widziałem – jakąś stonowaną, kieszonkową wersją surowej północy, taką z litografii Bilsa, którą interpretować można w kategoriach „boskiej ręki” tudzież „ludzkiej przemyślności i pracowitości”. Tyle że litografia przedstawiała świat nieistniejący, a ten tu trwał w najlepsze i obradzał nieprzebraną ilością włoskich orzechów i blasków na ciemnej rzece, rozlewającej się pośród gęstwiny łóz, gadał i turkotał setkami konfiguracji kamienia, bruku i tych szarożółtych ścian, targował się zawzięcie z pustką, przebijał ją swoją żywotnością, żonglował nią i podbijał, tak że szybowała wysoko, odbijając się od sufitu północy, spadała, dopóki nie zakleszczyła się między imadłem tego sytuacyjnego sojuszu i uległa ostatecznemu zniszczeniu. 

A żeby nie było idealnie, tu też mieli jakieś formy obcości, tych zmityzowanych ze szczętem za czasów mojego dzieciństwa Ukraińców, choć przecież ci tutejsi całkiem obcy nie byli, jednakże w mojej świadomości pokaźna cerkiew greckokatolicka, zamknięta na głucho spełniała rolę pieczęci innego, zresztą omijało się ją szerokim łukiem, nigdy nie dochodząc do krańca ulicy biegnącej od rynku ku skarpie. A przecież nie było tam żadnego szlabanu ani innych przeszkód, a przecież są takie ulice, których otwarta perspektywa prześladuje nas jak w uporczywie wracającym śnie, w którym czegoś się prawie dotyka, ale nie może dotknąć, tyle że tym razem była to jawa i coś w rodzaju wewnętrznego nastawienia, nie niechęci, jakie nakazuje skręcać zawsze w prawo lub lewo, nie dochodząc do końca. 

A żeby nie było całkiem ładnie – lecz nie wiem, czy przemawiało to na niekorzyść miejsca – towarzyszył mi niemal wszędzie dziwny zapach stęchlizny, szarego, zlepionego w upale kurzu, zjadającego otoczenie powoli i systematycznie, ale w sposób prawie niewidoczny, gdyż miasto było jakby nastawione na ubytki, wyrwy, brakujące pierzeje, nierówności i wyboje, plamy, drzazgi, rdzę i nieregularne wyspy chropowatych tynków. Może wtedy zrodziło się niejasne przeczucie, że wszelkie wysiłki, by przypudrować twarz tego czy jakiegokolwiek innego miasta zawsze prowadzą w stronę kiczu i zabierają nam możliwość dialogu, tak jakby ktoś nagle wyłączył mikrofon lub wyprosił z sali. Tam, w Galicji, te wszystkie nowe rzeczy, jeśli się pojawiały, dworzec, kino na Słowackiego, dom handlowy na rogu Grunwaldzkiej i Kraszewskiego, o ile czegoś nie pomyliłem, choć na pewno nie pomyliłem niczego w perspektywie obrazu pamięci, potrafiły się jakoś wpasować w świat skrzętności i stęchlizny, nie narzucały się zbytnio ze swoją szatą, kolorem, jeśli już, to z funkcją, ale to w tym mieście nie stanowiło akurat wyjątku.

Być może właśnie dlatego, że nie pamiętam wielu konkretnych wydarzeń z czasu tych podróży, pozostaje mi tylko coś, co można byłoby nazwać przetworzonym wrażeniem przestrzeni, nie wiem, co działo się w sferze świętowania, rodzinne szepty i kłótnie to były sprawy dosyć niejasne, błąkają się jedynie po głowie te codzienne czynności, które zmuszały do tego, by wynurzyć się z bramy kamienicy, dotknąć stopą sparzonego asfaltu i płyt chodnikowych, przemaszerować kładką nad fosą i stanąć w cieniu ratusza lub kamienicy Orsettich, błąkać się po spadkach i zakrętach, do fary i niżej, głębiej w skumulowane na dnie, pod wzgórzem ciepło wyparowujące z rzeczy gęstych, zderzających się ze sobą niezbyt gwałtownie, tak jakbym słyszał skrzypienie w rytm regularnych poruszeń jakiejś maszyny, pojazdu lub skóry i dyszla. Od dość dawna miałem kredyt zaufania i pozwolenie na te samotne wędrówki, pośród dziecięcych, nieszkodliwych, a czasem wręcz pożytecznych manii, umieszczano bowiem moją predylekcję do map, co rzutowało na stopień orientacji i perspektywę szczęśliwego powrotu. Trudno powiedzieć, że odkrywałem coś wówczas, uczyłem się raczej nowej tożsamości, wchodziłem w rolę, konkrety zdarzały się „po drodze”, ważniejsze zdawało się oddychanie zagęszczonym, galicyjskim powietrzem, atmosfera raczej nie księżycowa, lecz jowiszowa; nie było to wiadome, cóż można zrobić z tym terytorium, ani jaki jest cel jego istnienia, po prostu mało świadomie – a jednak – uczyłem się w nim żyć. 

Jarosław – i nie wiem jak to się stało, biorąc pod uwagę logiczno-praktyczne uwarunkowania – był nie tylko symbolicznym, ale rzeczywistym miejscem startu, bramą wiodącą na południe, stąd wyjeżdżając trafiałem później do Przemyśla, ocierając się o niedostępność innej bramy, stąd wyjeżdżając trafiałem do Krosna i dalej na zachód i mościłem się w „swojej” Galicji, rozciągającej się między Przemyślem i Bieczem, której centrum niepostrzeżenie stało się inne wzgórze, noszące na sobie – zamiast pięknych sylwet kościelnych – garb ruiny. Napisałem jakby z rozpędu o Przemyślu i Bieczu, choć równie dobrze mogłoby być „między Medyką a Gorlicami”, a jednak coś mnie podkusiło, coś kierowało uwagę na te punkty, być może dlatego, że przybywałem z przybranego kraju Krasickich i Kromerów do ich punktu wyjścia i może właśnie w ten sposób zaczynałem na mapie rysować linię łączące te odległe rzeczywistości, wyobrażając sobie dostojnego biskupa Kromera na kanonii, patrzącego na Zalew Wiślany u stóp katedralnego, fromborskiego wzgórza, albo też księcia poetów, który zmierzając do Sztynortu zabawia przez pół dnia w Reszlu i pasie wzrok – zanim zda się na łaskę i niełaskę wielkiej, surowej tafli jezior i polodowcowych głazów, niemających w sobie już nic z klasycznej harmonii – obmierzłym mu barokiem Stoczka, Świętej Lipki i tego małego kościółka u podnóża reszelskiego zamku, w którym dziś rozlegają się greckokatolickie śpiewy (obmierzłym, ale może nie do końca, skoro trzymał przy sobie malarza Augustyna Mirysa, który w Galicji tak barokowo przyozdobił tyczyńską farę), co jest niewątpliwie pewną formą rewanżu za grzechy bardziej bliskiego mi przodka poety, Marcina, któremu zamarzył się przemyski Karmel, rzymski i tonący w przepychu sztukaterii w nawach. Nie wiem, jak czuli się owi synowie Sanu i Ropy gdzieś daleko, ale na pewno przychodziło im to łatwiej, w końcu Kromer – sam autor dzieła, jakie miało ogarniać potęgę Rzeczpospolitej i jej prawa – musiał mieć świadomość różnorodności tego tworu i nadzieję na „cywilizacyjną misję”, gdziekolwiek znalazłby się, tam liczyłaby się lojalność i coś w rodzaju dumy ze zdolności asymilacyjnych. Co zapewne nie dotyczyło już autora Mikołaja Doświadczyńskiego, u którego z tą lojalnością nie było chyba najlepiej, nudził się w Heilsbergu, zakładał ogrody tam, gdzie trudno było o to, biblioteki, narzekał na zimno, budował oranżerię, słowem: robił długi. Takich miałem – trzeba to przyznać – dość egzotycznych łączników między północą i galicyjską prowincją, kiedy więc patrzyłem na ruinę zamku, miałem pełne prawo czuć, że są to resztki, które mieszczą w sobie klęskę i tamtego, odległego dominium, które uczyniło z księcia poetów ostatniego, bardzo niefortunnego strażnika własnej autonomii, i tego latyfundium nie tylko Krasickich, lecz także Skotnickich czy Firlejów. 

Okolice Krosna to były ruiny, to był zamek – majestatyczny i królujący nad okolicą, mimo stałego ubywania jego materii i kolejnych katastrof, na skutek których waliły się kolejne jego ściany. Po miniaturowej starówce krośnieńskiej wystarczyło wspiąć się na Koronę lub zobaczyć z okien autobusu czy samochodu biorącego na wybojach jej zachodni stok, z wysokości Góry Garncarskiej tę jasną szarość ruiny na tle ciemnych lasów i ciemnych chmur. Nie wiem, czy zawsze wtedy myślałem o klęsce, dogorywał stary system i właściwie należałoby już myśleć o końcu nowego, ale jak mi się zdaje, bardziej bliskie było mi wtedy zwykłe zachłyśnięcie się odmiennością i nowymi konfiguracjami odbijającymi się w mojej źrenicy. Jeździłem jak szalony do E., która chciała pisać pracę magisterską z Goszczyńskiego, miała tego Goszczyńskiego na wyciągnięcie ręki, a ja buntowałem się, że ktoś taki przychodzi po moim świecie Kromerów, Knobelsdorfów i Krasickich ze swoim ciemnym, posępnym żalem utraty. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że dla nich wszystkich tam, nawet dla tych, co nie czytali, Goszczyński był bardziej tym od „sadzenia róż” niż od żalu i frenezji, choć E. przechodziła wtedy dziecięcą chorobę Zamku kaniowskiego nie odrzykońskiego i Stacha Przybyszewskiego, co i tak nigdy nie wychodziło poza zaklęty galicyjski krąg. E. mieszkała na dnie doliny, między skupionym i podrasowanym zbiorowiskiem starożytności Krosna a światem zamku, przywoływanym w licznych rozmowach jako pierwsza i najważniejsza atrakcja okolicy, a zatem rzecz konieczna do zobaczenia – i może przez tę ważność i swoje prymusostwo ciągle odkładana na rzecz spotkań z ludźmi, sprawunków i tego, co tak ładnie i sprawnie nazywamy codziennością. „A tymczasem widmo zwaliska po całych dniach mię prześladowało. Panując wzniosłym położeniem nad okolicą, zdawało się z każdej strony zachodzić mi w oczy. Nie było zmiany cienia i światła, w której bym go nie widział; nie było fantastycznej postaci, której by nie wywiodło z mojej wyobraźni”. Życie ze światem E. było ciągłym czekaniem na ziszczenie się hasła: „Jutro idziemy na zamek”, tak jakby zamek mógł coś wyjawić, wyjaśnić lub dodać splendoru naszym uczuciom. Nie naciskałem zbytnio, obwiniając się w duchu za ów pociąg do martwych murów i niezbyt wysokich gór, których pokonanie starczyłoby pewnie, a może nawet nie, na jakąś brązową ledwie odznakę w klanie szalonych turystów i krajoznawców. Obwiniając się, bo choć tak naprawdę z turystami nie miałem nic wspólnego i słowo to napawało mnie z czasem lękiem, a nawet odrazą, powtarzałem sobie nie wiedząc, że powtarzam, iż „badanie mojego kraju pod każdym względem jest wrodzoną mi namiętnością, a widok okolic szczególniejszy ma dla mnie urok, mocniejszy niemal niż znajomości z ludźmi”. Szybko zorientowałem się, że skrzętność, która tak mi zrazu imponowała, rodzi w sobie jakieś alibi w postaci nie machnięcia ręką, ale stwierdzenia „to trzeba koniecznie zobaczyć”, nie niosącego nic konkretnego poza możliwością zajęcia się wreszcie tym, co – w ich mniemaniu – istotne. „Obok ich gumien, obok ich gorzelni czymże są te wszystkie, choćby najpyszniejsze, zwaliska? Wiadomość jarmarków w pobliskim miasteczku, zabawa sąsiedzka, szczegóły jakiegoś wesela lub pogrzebu tyle zatrudniają ich pamięć i myśli, że nie ma w nich miejsca dla podań jakiejś tam ruiny”. „Odrabiałem” za E. jej pracę magisterską, a raczej próbowałem ją pchnąć na bardziej niebezpieczne tory, być może usiłując ją wciągnąć w ten świat upadku i przemieszczenia, jaki dany mi był od dzieciństwa. Niech tam Stachu, jego kobiety i dzieci, niech tam rzeź, ale prawdziwa groza jest gdzie indziej… Niestety, seminarium romantyczne zlikwidowano na naszym prowincjonalnym uniwersytecie z braku chętnych i E. została na lodzie razem z nagą duszą Stacha i swoim nagim ciałem wydanym na pastwę przybysza z północy. I do tego zostaliśmy bez zaplecza teoretycznego do budowania romantycznych kontekstów naszego bycia razem, a jakoś niespecjalnie czas sprzyjał temu wszystkiemu, co często romantyzmem nazywają niekoniecznie nawet rozegzaltowane panienki i panie, a co wyposażone jest w tak liczne rekwizyty, pośród których można się zagubić i utopić. 

Snułem się więc po dolinie, wracałem z centrum Krosna pieszo, jakieś trzy do trzech i pół kilometrów, nie więcej, przez górę za kirkutem, by raz jeszcze spojrzeć na zamczysko, smutny i sam pełen winy, wstydząc się za to, co było i – skąd o tym wiedziałem? – za to, co będzie, stawałem na chwilę szukając ścieżek na skwapliwie i skrupulatnie podzielonych miedzach i prawem przepisanych przed dwustu laty granicach, na co wszędzie były papiery, po czym wracałem na Sporne, jakby nie dosyć mi było spornych kwestii, jakie kotłowały się wewnątrz od dawna i pozostawały w nierozstrzygalnym konflikcie. A tu zamkowa, słynna granica z lektur szkolnych spływała w dół grzbietami i dolinami potoków, fos, miedz i płotów i właściwie trudno było zorientować się, który dom stoi na administracyjnie przyporządkowanym gminie lub miastu terenie. Jeździłem rowerem między Korczyną i Odrzykoniem, a kiedy wracałem z Krosna, widziałem – poza ruinami na górze, które były najistotniejsze – wieże kościołów w tych miejscowościach, nielubiany przeze mnie neogotyk, i jednałem te światy ze sobą jak mediator, który przychodzi skądinąd i godzi zwaśnione strony, co wszak miało jakieś uzasadnienie, rychło dowiedziałem się bowiem, że granica między gminami rzeczywiście, fizycznie przebiega przez środek ruin. Może dlatego właśnie Sporne było mi najbliższe, śniłem, że E., urodzona i wychowana na dnie tej granicznej doliny jest kimś, kto bezbłędnie rozpozna te wszystkie napięcia stref pogranicznych, niuansów przenikania, ale nie żadnych tam narodów i kultur, w tym popularnym dziś ble-ble-ble języku, ale w języku sporu, niemającego końca, nigdy nieosuwającego się w rzeczywistość doktryny, choćby tej najskrzętniej maskowanej hasełkami o wolności myśli i wymianie intelektualnej. […]  

Andrzej Niewiadomski