FRAZA NR 72 / 2011 – LITERATURA ZAANGAŻOWANA

LITERATURA ZAANGAŻOWANA:

Andrzej Busza

Mój praprawuj*
Córce Ewie i Januszowi Szuberowi ofiarowuję

Dziwacy, tak jak i poezja, wyszli z mody. Nadal aktualna jest opinia dziewiętnastowiecznego angielskiego poety Matthew Arnolda, którą podzielił się z nieco starszym kolegą po piórze, Arthurem Clough: Zastanów się nad myślą, od której nie mogę się w żaden sposób opędzić, mimo tych wszystkich bzdur wygadywanych przez różnych ludzi, o tym jak bardzo niepoetyczna jest zarówno nasza epoka jak i wszystko co nas otacza. Nie to, że wszystko jest płytkie, nie to, że pozbawione znamion wielkości, nawet nie to, że nie potrafi nas poruszyć – po prostu niepoetyczne. Żyjemy w czasach prozy – prozy z kompaktów i mp3. Dlatego też, narratolog przechodzi do porządku dziennego nad Tygrysem Blake’a, aby odkrywać niezwykle skomplikowane struktury przy analizie tekstu Wichrowych wzgórz. Z tego samego powodu nieobca jest mi myśl, że yuppies z Silicon Valley, doskonale oswojeni z widokiem jednookich stworów z Star Treka, uznaliby mojego praprawuja Zarembę za niezrozumiałego dziwaka

Ekstragalaktyczne potwory, nawet te najstraszniejsze i najszkaradniejsze, dają się mimo wszystko oswoić. Ich postępowanie jest tak uroczo przewidywalne, że stają się idealnym stopem signifiant i signifié, oczywistego znaczenia i nieziemskiego głosu znaczącego, który wydobywa się spod różnych masek. Te szwarccharaktery mają zawsze kamienne serca (wyjątkiem są ludzie zamienieni w maszyny wbrew własnej woli). Nawet żanrową hybrydyczność tych stworów charakteryzuje gładkość i spolegliwość kiczu.

Mój praprawuj miał czarne, przenikliwie patrzące oczy (dwoje oczu, jak większość z nas) i sumiaste wąsy. Był wysoki i, jak utrzymuje rodzinna tradycja, przystojny. Nosił się godnie, z odrobiną wyniosłości. Jako rejent w nadgranicznych Kutach wzbudzał powszechny szacunek, czasem graniczący z lękiem. Natomiast po okolicznych wsiach, zwłaszcza wśród Hucułów, szacunek często zabarwiony był sympatią. Mówiono o nim „huculski rejent”. Proszono o radę w sprawach oficjalnych i prywatnych. Zwracano się do niego, gdy trzeba było rozstrzygnąć spór lub godzić zwaśnione strony. Mało który sędzia rejonowy mógł się poszczycić takim autorytetem i poważaniem. A wszystko to mimo różnorakich dziwactw rejenta. Przechodząc przez miejski rynek przyjmował powitania burmistrza, lekarza czy plebana lekceważącym ruchem głowy, natomiast na widok żebraka czy biednego huculskiego pasterza pierwszy zdejmował kapelusz i kłonił się do samej ziemi. Wypytywany o przyczyny takiego postępowania, odpowiadał: tamtym kłaniają się wszyscy, tym natomiast potrzebne są oznaki szacunku.

Mimo ożenku, który zaowocował spłodzeniem (jak mówią, mało udanego) potomka, Zaremba był z natury samotnikiem. Skończywszy sześćdziesiąt lat, zrezygnował z rejentury i coraz więcej czasu spędzał na samotnych wędrówkach po Karpatach. Od czasu do czasu zjawiał się bez zapowiedzenia w swoim dworku, zostawał na dzień lub dwa, uiszczał opłatę za wikt i opierunek, po czym bez zbędnych ceregieli odchodził w góry równie nagle jak przyszedł. W miarę upływu lat, pewnie z obawy przed utratą niezależności, stał się obsesyjnie skąpy. Nieufny wobec banków, gotówkę chronił w uszytym na zamówienie szerokim skórzanym pasie, noszonym pod koszulą. Gdy pewnego razu służący, który wędrował z nim od prawie dwóch lat, zniknął bez śladu razem z pasem wypchanym pieniędzmi podczas spoczynku w górskim schronisku, Zaremba zamówił nowy pas i od tego czasu wędrował sam, co najwyżej w towarzystwie bezdomnego kundla.

Nie chcąc polegać na czyjejkolwiek życzliwości i nie pragnąc przysparzać komukolwiek jakichkolwiek kłopotów, mój praprawuj zajął się zawczasu własnym pochówkiem. Sam wybrał i wykupił grób na małym wiejskim cmentarzu na obrzeżach Kut, odrzekając się tym samym miejsca w rodzinnym grobowcu. Pilnie nadzorował wykonanie dębowej trumny, z ćwiekami i uchwytami z mosiądzu. Gotowa skrzynia cierpliwie wyczekiwała latami w rogu pokoju Zaremby, który nakrył ją czarno-biało-czerwonym huculskim kilimem, na którym postawił lalkę miniaturowej Chinki z drezdeńskiego fajansu. Wewnątrz troskliwie ułożył staropolski żupan zapinany pod samą szyję, z brzegami zdobnymi złotym szamerunkiem. Miał to być ostatni odświętny strój mojego praprawuja.

Co nie znaczy, że mój praprawuj był zaczytującym się gotyckimi powieściami makabrystą; wręcz przeciwnie, jego społeczna egzystencja, uformowana przez dom i zapisana w rodzinnych kronikach, nosi wszelkie znamiona tradycji polskiego romantyzmu. Jest to bardzo typowa polska historia, tłem której są narodowe dzieje, a siłą napędową historyczne procesy.

Praprawuj Zaremba wywodził się z zasłużonego szlacheckiego rodu, którego korzenie sięgają samych początków polskiej państwowości. Jeden z przodków dosłużył się biskupich fioletów w pradawnym Poznaniu; drugi walczył z Krzyżakami pod Grunwaldem; trzeci natomiast przyłączył się do Targowicy. Zaremba postanowił oczyścić splamione tym występkiem rodowe imię i odbyć pokutę za zdradę przodka udziałem w Powstaniu Styczniowym.

Sceptycznie nastawieni do bojowych zapałów nadto gorliwego szesnastolatka rodzice, próbowali odwlec młodziana od jego zamiarów. Przecież mógłby się lepiej przysłużyć ojczyźnie w bardziej statecznym wieku. Historia Kraju na pewno przysporzy niejednej ku temu okazji. Ponieważ chłopiec nie ulegał perswazjom, rodzice zastosowali sroższe miary, zaprowadzając areszt domowy pod całodziennym nadzorem służących. Noce aresztant przesypiał w alkowie przylegającej do wysoko sklepionej komnaty, będącej sypialnią sióstr i kuzynek. Wymyślono sobie, że chłopięce poczucie umiaru jak i respekt dla dziewczęcej skromności, powstrzymają go przed nocną ucieczką równie skutecznie jak kraty i zamki. I rzeczywiście, mojemu praprawujowi nawet do głowy nie przyszło wystawianie na szwank dziewiczej skromności moich praprakuzynek. Wręcz przeciwnie, pewnej nocy, tuż po zapadnięciu zmroku, chłopak wylazł przez wysokie okno na kamienny parapet, którym przedostał się na rosnącą blisko domu morwę, zsunął się z niej i żwirową alejką pognał prosto w stronę stajni. Po chwili pędził na swojej ulubionej klaczce Zosi, szukając schronienia w mglistych ciemnościach nocy.

W dwa dni później, na półce nad kominkiem, tuż obok rodowego herbu ze lwem, murem, i trzema złotymi kamieniami, służący znalazł pośpiesznie nakreśloną kartkę: spłacam dług prapradziadka.

Szesnastoletni Zaremba przesłużył w lesie kilka miesięcy w różnych powstańczych oddziałach. Latem 1863 roku walczył na wschodnich wzgórzach Gór Świętokrzyskich w oddziale generała Michała Heydenreicha, noszącego ponury pseudonim Kruk. Młodzian był wśród tych, którzy 8 sierpnia 1863 roku zasadzili się świtem pod Żyrzynem na rosyjski oddział sprawujący pieczę nad rządową pocztą w drodze z Warszawy do Lublina. Śmiały atak, któremu, obok Kruka, przewodził irlandzki ochotnik O’Brien de Lacey, zakończył się pełnym sukcesem. Nim wybiła dwunasta, Rosjanie zostali wycięci. Powstańcy, unosząc ze sobą kufer z 200 tysięcy rubli, przeznaczonych dla strzegących granic fortec, schronili się w lesie na długo przed nadejściem kozaków. Mój praprawuj Zaremba galopował co sił w rumaku w stronę zalesionych wzgórz, z raną na szyi i policzku. Obie rany zadały świerkowe gałęzie podczas śródleśnej szarży.

Ale już 24 sierpnia w bitwie pod Fajsławicami, na południe od Lublina, większa część oddziału została ranna lub zabita na nasłonecznionej polanie młodniaka. Postrzelony w pierś Zaremba zwalił się nieprzytomny z konia. Zajęci wyłapywaniem jeńców i dobijaniem rannych, kozacy uznali go za martwego. Obozujący w pobliżu Cyganie wkradli się na pole bitwy po zapadnięciu zmroku, znaleźli na wpół martwego Zarembę i przenieśli go do swego taboru.

Mój praprawuj podróżował z taborem przez kilka tygodni, kurując się z odniesionych ran, odzyskując siły i coraz bardziej ciesząc się wolnością i swobodą podróżniczego życia. Nawet wakacje nie mogły się z nim równać. Mógł sypiać do samego południa; wysiadywać przy ognisku pod skrzącymi się gwiazdami grubo po północy i, co najważniejsze, zrzędzące ciotki nie uwijały się dookoła jego osoby. Z fascynacją właściwą młokosowi przyswajał wiedzę o zwyczajach, obrzędach i wierzeniach Cyganów. Po czym, na podobieństwo puszkinowskiego Aleka, nie omieszkał zakochać się w czarnookiej Cygance.

Idylliczne życie w drodze zostało raptownie przerwane na naddnieprzańskim moście, zaledwie 60 km od rodzinnego domu. Cyganie obiecali dowieźć mego praprawuja do Śniatynia, który był im po drodze w podróży na Mołdawię. Właściwa im życzliwość była podsycana często ponawianymi zapewnieniami Zaremby, że jego rodzice godziwie wynagrodzą Cyganów. Na wujowe nieszczęście, oddział węgierskich huzarów zatrzymał tabor na moście niedaleko Halicza i zabrał się do przeszukiwania wozów. Mojego praprawuja odkryto pod barłogiem w jednym z cygańskich wozów. Wiele lat później Zaremba utrzymywał, że zdradził go konkurent, rywalizujący o względy Zemfiry, której oczy tak bardzo, och jak bardzo, och, tak bardzo błyszczały gdy patrzyła na mego praprawuja.

Po spędzeniu 18 miesięcy w twierdzy Kufstein, korzystając z amnestii, Zaremba znalazł się w Paryżu. To już tam zaczął zapracowywać sobie na towarzyszącą mu przez resztę życia sławę oryginała. Widywano go co dzień na bulwarze Saint Michel, gdzie spacerował samotnie, odziany w przetarty wojskowy płaszcz i konfederatkę. W kawiarniach, w których emigranci zbierali się, aby rozprawiać o polityce i sposobach zarabiania pieniędzy, Zaremba zaczepiał nieznanych sobie gości z ofertą przepowiadania fortuny z talii zatłuszczonych kart tarota.

Po powrocie do Galicji mój praprawuj studiował na wydziale prawa Uniwersytetu Lwowskiego, poślubił pannę wywodzącą się z jednego z najprzedniejszych okolicznych rodów, po czym objął rejenturę w Kutach na prawie cztery dekady.

Niejedno w jego życiu wzięło niezaplanowany obrót. A już na pewno tak starannie przygotowywany pochówek. Zawsze pragnął odejść po cichu, niezauważony. Lubił powtarzać: oby koniec, gdy już nadejdzie, był nagły i prosty, jak zdmuchnięcie świecy. Zaciągając się fajką na długim cybuchu, dodawał, zakarbujcie sobie, wszystko ma się odbyć bez żadnych ceregieli. Po zapadnięciu zmroku ma mnie zanieść na cmentarz para przyświecających sobie latarnią włóczęgów.

No cóż, człek życzy, Pan Bóg człeka ćwiczy, toteż pragnienia mego praprawuja zostały zaspokojone tylko częściowo. Zaremba zmarł w listopadzie, tuż po pierwszych śniegach, którym sprostała zaledwie część krewnych. O ile potraktujemy poważnie oficjalne usprawiedliwienia. Z oczywistych powodów sprostał śniegom pleban. Jak również naczelnik strażaków, przyjaciel Zaremby z czasów szkolnych, z którym kiedyś rozgrywali partie szachów w cętkowanym cieniu wiśni. Mimo rozłąki, zawsze wiedzieli, że jeden z nich na pewno znajdzie się na pogrzebie przyjaciela. Natomiast w pochówku nie uczestniczył ani jeden z szacownych obywateli Kut. Liczący sobie przeszło dwieście dusz, kondukt żałobny składał się przede wszystkim z huculskich pasterzy, wiejskich notabli, dwóch, może trzech rusińskich duchownych, i znacznej gromady włóczęgów i żebraków. Na końcu wielobarwnego konduktu szedł bezpański kundel.

Przed rzuceniem pierwszej garści ziemi na tak troskliwie przez niego samego sprawioną trumnę, w której leży zupełnie już pogodzony ze światem, zatrzymajmy się przez chwilę przy jeszcze jednym, wcale nie błahym, rozdziale legendy mojego praprawuja. Otóż Zarembie przypisywano siły medialne, zdolność pośredniczenia między światem materialnym (jak trumna, w której leży) a światem duchów (do którego, gdy tylko wyczerpie się ta dygresja) natychmiast się uda. A przypisywano mu tę mediumiczną siłę w karczmach i zajazdach Prutu na kanwie następującego zdarzenia.

Zaremba zwykł był spędzać niedziele, otoczony przez stałych bywalców, w restauracji Urumbejna w Kosowie Huculskim, niedaleko Kut. Którejś z tych niedziel, gdy po obiedzie z gotowanej wołowiny w sosie chrzanowym, duszonych ziemniaków i kiszonych ogórków, biesiadnicy raczyli się mocną czarną kawą i papierosami, wzrok Zaremby, wspominającego stare dobre czasy wśród Cyganów, padł na czarną laskę z rękojeścią ze srebra, leżącą na krześle stojącym obok pustego stolika. Od stolika kilka chwil wcześniej odszedł, wychodzący właśnie z restauracji, elegancki mężczyzna w średnim wieku, z wypomadowanymi wąsami, ubrany w dobrze, z angielska skrojony brązowy garnitur w kratkę, w lakierkach i beżowych kamaszkach. Pochylając się nad przejściem między stolikami, Zaremba sięgnął po zapomnianą laskę. Zobaczymy, co da się powiedzieć o jej właścicielu – mówił przykładając masywną srebrną rękojeść do czoła. Skoncentrowany, milczał przez kilka chwil, po czym wyraźnie poruszony zbladł i wyszeptał ledwie słyszalnym głosem: krew, widzę kałuże ciemniej krwi na huculskim kilimie. W restauracji zrobiło się cicho jak makiem zasiał. W końcu odezwał się Urumbejn, który przysiadł się był wcześniej do towarzystwa pić kawę. Dziesięć lat temu znaleziono w pokoju hotelowym w Kołomyi zwłoki młodej kobiety. Przeprowadzono śledztwo. Śledczy skłaniał się do wersji zdarzenia, wedle której kobietę zatłukł przyłapany na gorącym uczynku kradzieży włamywacz. Nie wszyscy, włącznie z rodziną zamordowanej kobiety, gotowi byli przyjąć ten werdykt za prawdziwy. Chodziły słuchy, że kobieta miała romans ze swoim kuzynem, baronem Skarbkiem. Ktoś był świadkiem kłótni obojga w fiakrze stojącym przed sklepem z wyrobami modniarskimi Sandlera. Alibi barona Skarbka nie dało się jednak podważyć, co więcej, był to bardzo dobrze ustosunkowany obywatel. Z czasem podejrzenia względem barona rozwiały się a cała historia poszła w zapomnienie – kończył swoją opowieść szynkarz, dusząc niedopałek papierosa w marmurowej popielniczce. Po dłuższej pauzie dodał: gość, który odszedł od tego stolika przed naszą rozmową, to baron Skarbek.

Zdarzenie to, o którym rozprawiano w Kosowie i okolicy tygodniami, przypieczętowało reputację Zaremby jako jasnowidza. Jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że mój praprawuj mógł, podobnie jak szynkarz, znać domniemania na temat barona i jego nieszczęsnej kuzynki. Wiedział nie wiedział, na pewno cieszył się ze swojej sławy.

Prawie wiek liczące sobie zdjęcie, na którym starszy mężczyzna o wspaniałych białych wąsach siedzi w otoczeniu rodziny, grupki pięciu mężczyzn i czterech kobiet, jest jedynym namacalnym dowodem istnienia mojego praprawuja. Nie zostawił mi ani swojej konfederatki, ani laski, ani tali kart tarota. Nie odziedziczyłem po nim ani jego werwy ani parapsychicznych umiejętności. Całą spuścizną po nim jest jego barwna, otwarcie staroświecka, niejednoznaczna osobowość oraz snuta tutaj ponownie opowieść, z osadzoną na niej patyną wielopokoleniowej imaginacji. Na tym naszym niestałym świecie, gdzie porzuca się domy, likwiduje rodziny, zrywa przyjaźnie, łamie dane słowo; świecie, w którym cierpimy może najbardziej z powodu syndromu nemo, zdiagnozowanego przez Johna Fowlesa, jako wielki smutek zrodzony przez świadomość bycia nikim – zaiste wielkim szczęściem jest mieć takie oparcie w przeszłości, nawet wtedy gdy nic innego poza opowieścią z niej nie pozostało, nawet wtedy gdy opowieści, przynajmniej częściowo, nadała kształtu poezja złudzeń.

Andrzej Busza
Spolszczył, z wariacjami autoryzowanymi przez autora, Roman Sabo

Krystyna Latawiec

Spełnione życie Mariana Pankowskiego (1919–2011)

Przebył drogę od zielonych karpackich wzgórz do bliskiej morza Brukseli – jedno i drugie miejsce darzył czułością, mimo że sentymentalny nie był. Z tego też powodu nie eksponował wątków biograficznych, choć życie nie szczędziło mu „przygód”, żeby przypomnieć podtytuł Matugi (1959). Pożegnał się tą drapieżną prozą z lirycznym Maniusiem, z jego młodzieńczym idealizmem, ale też z pokusą heroizowania auszwickiego losu. Nie wszedł w rolę epika „czasów pogardy”, nawet nie odpowiadał na ankiety, które dostawał od badaczy poobozowej traumy. Zamknął ten rozdział, a kiedy po latach doń wrócił, to w formie zdystansowanej: Z Auszwicu do Belsen (przygody). Osobiste doświadczenie traktował jak „przygodę”, czyli przypadek, który wprawne pióro poety obrabia w języku, aż uzyska walor smaku, koloru, chropowatą fakturę fizycznej materii. Pankowski opowiedział się po stronie ziemskiej i ludzkiej, mimo że zwątpienie było po wojnie mocno uzasadnione. Sceptycyzm kierował pod adresem ideologii, niezależnie spod jakiego znaku one pochodziły, podczas gdy dla ludzi poszczególnych, wrzuconych w wir historii, miał dużo współczucia. Również wtedy, gdy byli to Niemcy czy Rosjanie.

Kiedy w maju 1981 roku przyjechał do Krakowa, aby wygłosić wykład w ówczesnej Wyższej Szkole Pedagogicznej, zaskoczył słuchaczy, mówiąc o literaturze nieokrzesanej. Staranny w stroju i manierach Profesor analizował konwencje stylistyczne dowcipów obscenicznych. Nie stronił od cytatów obfitujących w motywy skatologiczne, w nich widząc przejaw żywotności mowy. Było to tym bardziej zadziwiające, że na fali solidarnościowej euforii oczekiwano od emigranta dyskursu wolnościowego. Pisarza interesowały jednak marginalia, podczas gdy kraj żył ideami. Długo zatem przyszło mu czekać na uznanie krytyki, zdominowanej w latach 80. XX wieku dążeniem do politycznej emancypacji. Dopiero w kolejnych dwu dekadach, gdy nastąpiło przesunięcie uwagi ku jednostkowej egzystencji, okazało się, że teksty Mariana Pankowskiego zasługują na wnikliwą lekturę, dostarczają bowiem przyjemności estetycznej i poznawczej.

Jak intensywnie chłonął świat, tak też i o nim pisał. Jego oczy wciąż przyciągała bujność traw, powonieniem smakował potrawy, zapuszczał się w zapachy sanockiej młodości. Sensualista z natury i wyboru schylał głowę ku ziemi, celebrując z pełną uwagą drobne nawet przejawy witalnej energii. Nie pozwalał sobie na czas pusty, niezależnie od tego, czy był sam czy w towarzystwie. Każdy szczegół wart był uchwycenia, najpierw w emocjonalnym odruchu, potem w literackim opisie, którego ekspresywność dorównywała spostrzegawczości autora. Wyodrębniał z potocznego biegu zdarzeń chwile, jak choćby spotkanie ze sroką na brzegu Morza Północnego czy zapamiętane z Karpat rydze, odprawiając nad nimi liturgię słów. Zapisywał zdarzenia przygodne w wyrafinowanym stylu, aby wciągnąć czytelnika w zachwycającą grę gestów i uczuć. Uwodził go sugestywnym językiem, sugerował różnorodność ukrytą pod szarzyzną codzienności. Chodziło mu o to, by literatura była kunsztem nowego nazywania, by wytrącała z nawykowych reakcji, by prowadziła ku tematom peryferyjnym. Językowa innowacyjność tego pisarstwa nie ma sobie równych we współczesnej polszczyźnie. Rozkwita w słowotwórczym pomnażaniu form, ale jest też precyzyjna w kreśleniu zmysłowego konkretu. Pulsujące rytmem zdania wywołują zdziwienie, ekscytację, a czasem oburzenie. W każdym razie nie pozostawiają obojętnym.

Niemal do końca zachował młodzieńczy apetyt na życie, okazując radość całym ciałem – rozpromienioną w uśmiechu twarzą, szerokim gestem otwartych ramion. Nawet wówczas, gdy siły już go opuszczały. W listopadzie 2010 roku w krakowskim klubie „Pod Jaszczurami” rozmawiał z Przemysławem Czaplińskim o swojej drodze artystycznej, odpowiadał na pytania czytelników, a potem długo podpisywał książki. Każdego rozmówcę darzył uważnym spojrzeniem, czy był to uznany profesor czy studentka zaciekawiona lekturą. Do dialogu zapraszał utworami, które komponował wokół spotkania postaci mentalnie zróżnicowanych. Inspirację czerpał z obserwacji ludzi na ulicy, w pociągu, kawiarni. W Krakowie lubił pójść do „Noworolskiego”, w Brukseli miał swoje ścieżki w okolicach Grand-Place, nazywając to miejsce na swojski sposób Starówką lub Rynkiem. W obu miastach był u siebie – Kraków powracał wspomnieniem polonistycznych studiów (1938/39) i pierwszych poetyckich uniesień, natomiast belgijska stolica dała mu po wojnie życiową stabilizację. W interpretacjach polskiej kultury Claude’a Backvisa odkrywał przedromantyczną literaturę, sarmacką rubaszność, plebejskie pokłady polszczyzny. Z tym nurtem tradycji coraz bardziej się utożsamiał, dystansując zarazem wobec poezji nazbyt „pańskiej”, naśladującej zachodnie wzory. Cenił autentyczność młodego Mickiewicza, który niczym z karczmy wyprowadzał swoje nieokrzesane jeszcze ballady, ale już późniejszą twórczość wieszcza uznawał za zbyt uładzoną. Nie jest przypadkiem, że we wstępie do Matugi parodystycznie potraktował epicką rozlewność Pana Tadeusza.

W pracy uniwersyteckiej ze studentami brukselskiej slawistyki rozwijał własną inwencję słowotwórczą, gdy wspólnie tworzyli rodziny wyrazów, szukali synonimów. Z upodobaniem studiował słowniki polszczyzny, aby przypomnieć zapoznane dziś rejestry słów, odsłonić znaczenia rzadkich wyrazów. Wsłuchiwał się w codzienną konwersację na polskiej ulicy, szukając w niej osobliwości żywej mowy. Utrzymał więź z rodzimym językiem, mimo oddalenia od kraju, jako że od 1945 roku mieszkał w Brukseli. Najpierw był to kontakt za pośrednictwem literatury, później bezpośredni, gdy po liberalizacji politycznej w 1956 roku regularnie przyjeżdżał do Polski. Starał się wówczas wchłonąć w siebie jak najwięcej wrażeń, zanurzyć w języku mówionym, tak różnym zarówno od urzędowej nowomowy, jak i od stylu artystycznego. Nierzadko sam inicjował konwersację, by posłuchać, jak brzmi melodia intonacyjna współczesnego zdania. Życzliwie przyglądał się zmianom, które w ostatnim dwudziestoleciu zachodziły w tak szybkim tempie. Trzeba przyznać, że był przenikliwym obserwatorem, że znakomicie orientował się nie tylko w przeobrażeniach politycznych, ale i obyczajowych. Jednak opinię o bieżących sprawach wypowiadał powściągliwie, uznając, że nie przystoi oceniać tego, w czym nie uczestniczy się aktywnie.

Dystans pozwalał zachować artystyczną niezależność, swobodę w podejmowaniu tematów, nawet jeśli były tak trudne, jak pożądanie homoseksualne (Rudolf), pedofilia (Putto), asymilacja imigranta (Gość). Nie przydawał im aury skandalu, a jedynie szukał nieregularnych linii w świecie mieszczańskiej symetrii, świadom tego, że porządek moralny naszczepiony został na żywiole natury. Nie zmierzał ku anarchii, przeciwnie, cenił ład Europy, natomiast w literaturze skłaniał się do przekraczania granic. Sztukę pisania pojmował jako ekspresję fenomenu życia w jego nieprzewidywalności i tajemnicy. Skrywane bądź stłumione emocje wydobywał ze schowków podświadomości, indywidualnej bądź zbiorowej, nadając im wyrazistość sensualistycznego aktu poznania. Stale kwestionował utarte sądy w imię prawdy ciała i zmysłów, gdyż te, jeśli uwodzą, to w krainę smaków i zapachów, co chroni przed ideologicznym abstraktem. Do końca był po stronie człowieka cielesnego, zapraszając wdowy i wdowców na bal, choć ta zabawa podszyta jest już melancholią pożegnania. O wieku senioralnym pisał jednak z epikurejskim spokojem, dostrzegał w nim liczne możliwości podglądania Natury w jej kolejnych niezwykłych odsłonach. Zachował zdolność zdziwienia, w zasobach języka szukał dlań metafor, które przybliżą do egzystencji, do kory naszczepionej tajemnicą, jak sam to określił.

Łączył wyrafinowanie estety z plebejską mową, wychodząc poza ramę kultury wysokiej w stronę emocji spontanicznych, nieoswojonych przez społeczną normę. Dzięki temu był pisarzem odrębnym, wolnym od krajowych czy emigracyjnych konwencji. Akcentował swój sanocki, robotniczy rodowód, ale doceniał też środowisko belgijskie, gdyż tam poznał inny niż polsko-romantyczny punkt spojrzenia na historię i egzystencję. Wspominał spotkanie z Michelem de Ghelderode i jego teatrem przy okazji tłumaczenia sztuki Hop Signor. W rozmowach z brukselskim dramatopisarzem odkrył wywrotowe widzenie rzeczy ludzkich, wypełnionych małością i miłością. Później sam pisał o nich śmiało, dokonując tym samym przewartościowania w obrębie literatury polskiej.

Jeden z motywów kwiatowych Mariana Pankowskiego – czarny bez – wywołuje swym odurzającym zapachem skojarzenia ze sferą erotyki i śmierci. W tym obrazie przenika się zachwyt dla urody życia z refleksją nad mrokiem przemijania. I tak się złożyło, że niedawne odejście pisarza (kwiecień) żegna bujne kwitnienie majowego bzu niczym przedłużenie jego własnej fascynacji fenomenem niepojętej materii świata.

Krystyna Latawiec