FRAZA NR 71 / 2011 – INNE MIEJSCA ZAMIESZKANIA (LITERATURY)

INNE MIEJSCA ZAMIESZKANIA (LITERATURY):

Janusz Radwański

Majerovky. Gabreta

zanim przyjdziesz, zawrę pokój za powiekami.
chcę złapać tę kościelną ciszę, która jest. zanim.
amen, które powiemy w skrzypieniach i szelestach
każe ciszy zagadać, zaraz potem przestać.

zanim przyjdziesz, będę czujnym zwierzęciem.
stężoną uwagą. w powietrzu wysokie napięcie,
we mnie przez chwilę mądrość sarny.
w ucieczce żaden ruch nie pójdzie na marne.

zanim przyjdziesz, będę miał w oczach wilgoć sprzed burzy
zaraz zepnę klamrami bieguny, do tego przecież służę.
pokój. zaciemnienie. nic przestaje być wrogiem.
coda: szmer wody, ciche skrzypienie podłogi.

Epitalamium

koniki stojo, nózko tupajo, ziemia darta podkową
pachnie mgłą i rankiem, mam serce z ziemi.
wystarczy rzucić w stronę nieba, żeby bury skowronek
nadał morsem wiadomość o chęci życia dobrego i złego.
łby w czerwieni i wstążkach, wąska droga będzie się wić
przed tobą, kusić, może się zaciśnie.
pewne tylko kopyta bijące w ziemię w takt tętna.
zaraz zatnie bat, zabirojze sie, naso młodo pani.
tamto życie wisi na włosku warkocza, jaszczurczy ogon
będzie się plótł jeszcze osobno, ale tylko chwilę.
to ten punkt, w którym wybuchasz białymi kwiatami,
wchodzę w ciebie jak do domu po zbyt długiej drodze.

Za Dunaj

Dokąd jedziesz, Jasiu? Na wojenkę, Kasiu, na daleką krainę
śpiewają ubrane na biało. Babki najstarszych mogły pamiętać,
czy to tu przywiało tę melodię z Karpat, czy to handlarze mazią
wywieźli ją na Ukrainę. Nieważne, teraz wraca, żebym ją zapamiętał,
serce miał cięższe o te wszystkie drżenia warg,
które przeszkadzały śpiewać. rozkołysane powietrze i święta, święta
siła z jaką melodia zaprzeczała kilometrom, stajom, wiorstom,
stwarzała iluzję, że można się nie bać, mając za całą broń
prostą muzykę, prostą receptę na przestrzeń, czas i śmierć.
Ja pójdę za tobą, weź mnie, Jasiu z sobą, weź mnie, Jasiu z sobą, weź

Zwornik

tata, daj pić. dzyń dzyń daj. daj świnkę. więc jestem
zwornikiem czyjegoś sklepienia niebieskiego. o piątej rano
bóg ojciec może się co najwyżej ładnie postarać.
klecę z tego, co mam pod ręką. konik, wieża z misiem
na szczycie. i ja tkwię tam, gdzie powinienem.
mam życie twardo umocowane. baja? ależ proszę.

żar zapiekał kurz na skórze, walczyło się do upadku
słońca za komin kotłowni. jestem Pele, co ma w dupie
dwa morele – to było zaklęcie przeistaczające.
i była w krainie inkantacja ,,kurwa” rozgrzeszająca
z każdej chybionej bramki i wpuszczonej szmaty.

ale tej bai nie opowiadam, bo nie znamy języka,
w którym wytłumaczę, że być kim się chce
i co się chce mieć w dupie a dźwigać napięte łuki
małego życia to dwie strony tej samej wolności.
na razie stwarzam zwierzątka. zaraz słońce niepewnie
oddzieli światło od ciemności. robię ci kromkę,
to pierwsza lekcja. nazywaj.

List do W. Poste restante Berdyczów

Palce skumplowane z siekierą niechętnie trzymają pióro, ale chcę pertraktować
Z ciszą, którą mam za oknem. Prawie słyszę bicie zwierzęcych serc. Tyle tam moknie
Rozedrganego życia, o którym nigdy niczego się nie dowiem. Ciemne dzicze sprawy,
Ogoniasta, lisia godność. Tak, wiem, mnie też zdarza się myśleć, że jestem
Bardzo ważny. Czy jest coś piękniejszego niż płowość sarny, płonność nadziei?
Wreszcie się odważmy, możemy się ośmielić i powiedzieć głośno: nie będzie zbawienia
Innego niż na warunkach ciszy. Teraz właśnie słyszę ten dziwny koci warkot
na chwilę zanim trzaśnie mysi kręgosłup. Czym uderzasz w powietrze i
czy wstrzymujesz głos, kiedy słychać milczące niebo, wieczne milczenie?
Huk pękających pni kołysał dziś mojego syna do snu. Nie wiem, jak ci to powiedzieć,
Powiem ci po prostu: ten list pisze Płaskowyż, a podpis jednego z głosów to zbyt mało,
By odebrać mu cierpką szczerość donosu. Więc uprzejmie donoszę, że zbyt mało słów
Wyrzuciłem z języka, że w plątaninie dźwięków ciągle jeszcze czytam historię o kimś,
Kto mówi o sobie „ja”. Donoszę ponadto, że nie ma dnia, żeby milczał na właściwy temat
I zachowuję się jakbym nie wiedział, że w sumie to mnie nie ma.

Krucjata dziecięca

dzieciaki z drugiej idą na wojenkę, dziewczęta zerkają zza płota.
wszystko pod batutą jakiejś psychopatki. w pierwszym szeregu
podąża na bój Andrzej Gołota, Gołota, Gołota, dośpiewuję
już w myśli. Pięć lat pedagogiki wczesnoszkolnej,
czas, który można było lepiej wykorzystać. choćby
na koszenie trawy zwierzętom, odganianie much,
gdy przy ich pyskach kłębią się czarne roje.
wtedy można zrozumieć. pięć lat nauki, a przecież
dalej trzeba przekazać tak niewiele. jest mnóstwo ludzi,
każdy jest najważniejszy na świecie. gdy ktoś staje się celem,
to to jest synek lub córeczka, tatuś lub mamusia.
nie wchodziłbym w ten banał, gdybym naprawdę nie musiał.
przez tę Częstochowę wyjeżdżam z czegoś znacznie gorszego.
tysiące szczurołapów grają na swoich fletach.
ich muzyka jest po to, żeby zaprzeczać rytmowi
czarnych plamek na zdjęciach USG, zagłuszać prawdę
w krzyku, który sięga po pierwszy haust powietrza.
a one idą, wciąż idą i nie mogą przestać.