FRAZA NR 68 / 2010 – POEZJA I POSZUKIWANIE

POEZJA I POSZUKIWANIE:

Bogusława Latawiec

Klatki

1

Zaplątana w minione
niczym w owczą wełnę
w szeleście mrozu
na białym polu nocy
nadsłuchuję łopotu serca

Sprawnie przelicza swój czas
przez puls krwi
pędzącej w tę i z powrotem
po wciąż tym samym trakcie
z tętnic, żył
Wiem – zwierzęco czujne
mimo próśb
ani o sekundę nie zakłóci rytmu:
wdech – wydech
było – będzie
tej ściśle odmierzonej szczypty życia
w mojej klatce piersiowej

2

Suchą stopą przeszłam
przez wiele rwących snów
nim uwierzyłam
że mogę w ich głębi
kroplą krwi serdecznej
z kroplą drugą
zapaloną
na moment oświetlić
własną niepamięć
Przemknąć ponownie
niczym na taśmie filmowej
puszczonej wstecz
przez rude klatki pięter
którymi wbiegałam
i z których zbiegałam
przez dziesięciolecia
uciekając i goniąc
samą siebie
w tej ciemni
w klatce mojego mózgu

3

Krążąc wśród liter twojego imienia
po klatce słowa
w głuchej krtani nocy
tak czystej i niemej
jak źródło głęboko ocembrowane
przepisałam twoją twarz
okrągłym pismem
z życia w sen

Oddychała pod moją dłonią
aż do świtu

Poznań, grudzień 2009 – luty 201

Blask Dawida

Kto mnie zabrał mnie samemu
pytał w czarnym oku nocy
za oczami zamkniętymi
gdzie się jeszcze biel kamienna
z pracowni
pyliła
od stóp i kolan Dawida odbita

Żem nie jest sobą już, jak to być może?
wołał do źrenic i serca
O Boże, o Boże, o Boże!
Prosił:
niech światło twoje odwróci cień
od mojego światła
niech choć przez wir pyłu spod dłuta
dojrzę blask tego
kto jest bliższy wnętrzu memu
niż ja sam sobie grzeszny
Poznań, luty 2010

Kursywą cytaty z wiersza Michała Anioła w przekładzie Leopolda Staffa.

Lotny fresk

Zerwany z ramion Marii
popłynął prosto w zburzone
morze chmur
pełne tonących aniołów z kutego złota
bo przecież nie z puchu ptasiego
zwiniętych
Potem już tylko zadymka tynku
jak z ziaren dmuchawca
Z dołu oglądana – mleczny trakt
prosto wiedziony
po sklepieniu
w żyzną nieskończoność
Tylko dla stóp skrzydlatych
a nie przyziemnych
i krwistych dłoni
które znojnie pracując
te pięty święte, usta śpiewające
szaty pienne, brody wijące
z barw wprawdzie a nie z gliny
bezpiecznie wyprowadziły
w dal – na wysokości
Rzym, kwiecień 2010

Z Bazyliki

Może to już i czas najwyższy Padewski
obywatelu niebieski
(co jest jeden i wielokrotny zarazem –
w relikwiach)
abyś odnalazł, co utraciłam
Cenne jest bo z krwi i ciała
z moim sercem – które kiedyś widziało
Gdzie ono jest teraz
w jakim bezświetlu
w którym tysiącleciu?

Zapętliło się, zagnieździło w ciszy –
ptak co nie śpiewa?
Wskaż chociaż kierunek
a znajdę co zgubiłam
jak pozawczoraj w zgaszonym pokoju
swój nefryt:
znowu oddycha mną na mojej dłoni

Padwa, maj 2010

Bogusława Latawiec

Stanisław Dłuski

„Nic”, „Nikt”, „Coś”.
Uwagi o wierszach Władysława Sebyły, Tadeusza Różewicza, Krzysztofa Karaska

Przedstawiciele hermeneutyki filozoficznej i badacze poezji są zgodni w jednym: każda interpretacja czy nadinterpretacja dotyka pytań o „ludzkie wartości”. Poezja XX wieku szczególnie dotknięta kryzysem słowa, poznawczym zwątpieniem, katastrofizmem i ciemnym profetyzmem niezmiennie stawia pytania o granice ludzkiej tożsamości, o granice naszego świata, jak też o to, co wykracza poza podmiotowość i przedmiotowość. Pozostaje otwarta i wychylona w niepoznawalne, niepojęte, niewyrażalne. Mówiąc najprościej: świat i człowiek wciąż pozostają tajemnicą. Fizyka nie rozwiązała tajemnicy „ciemnej materii”, która wypełnia kosmos. Psychoanaliza nie odpowiedziała na wszystkie pytania dotyczące ludzkiej głębi, mistrzowie podejrzeń nie odpowiedzieli na pytania o istotę rzeczy, istotę człowieka. Język jest ograniczeniem artystów słowa, ale poeci zapuszczają sondę w nieznane za pomocą symbolu, sugestii, paradoksu, oksymoronu, słów krańcowych etc. Język sprzeczności otwiera literaturę i sztukę na sferę transcendencji. Na obecność „ukrytego Boga”, jak uczy Jakub Boehme, możemy wskazywać jedynie w oparciu o obrazy, figury i inne formy symboliczne, które są z natury wieloznaczne, wielowymiarowe, wielowarstwowe.

Jonathan Culler doceniając „interpretacje umiarkowane”, w której wyraża się „wspólnota przekonań”, wyżej jednak stawia „interpretacje skrajne”, bo one mają przynajmniej szansę, by „rzucić światło na związki lub implikacje dotąd ni zauważane lub nie rozpatrywane”. Czy zatem wszystkie interpretacje są równouprawnione? Oczywiście, że ograniczeniem są nasze kompetencje, cele, metody czytania, konteksty etc. Wiersz nie jest bytem wyizolowanym z całego splotu związków i zależności, jak pisze Umberto Eco, za interpretacje nieudane należy uznać takie, które są „niezdolne do wytworzenia nowych interpretacji i nie można ich zestawić z tradycjami poprzednich interpretacji”. Stawiając zatem pytanie o Niewyrażalne w poezji Władysława Sebyły, Tadeusza Różewicza i Krzysztofa Karaska chcę dokonać istotnego przewartościowaniu w myśleniu o poszukiwaniach światopoglądowych tych znakomitych poetów, ale nie można zapomnieć o dotychczasowych odczytaniach, hipotezach badawczych, pytaniach stawianych przez krytyków czy historyków literatury.

*

Czy Tadeusz Różewicz w swojej poezji odsłania i zasłania nic? Jako ludowy wierszokleta często mylę nic z nicością, bo twardo stąpam po bolesnej, podkarpackiej ziemi, choć bliskie mi są też odloty w stan „nieważkości”, depresji, więc wtedy dla równowagi duchowej czytam Płaskorzeźbę z 1991 roku, jeden z największych tomów XX wieku i może tych nowych czasów, które jeszcze nie wiadomo (sic!), jakie będą? Czy to koniec „rodzaju ludzkiego”, jak chcą niektórzy? Czy czeka nas Era Wodnika, era nowej duchowości? Odnowionej religijności? Czy „nic” w tej poezji jest tylko emblematem „pustej egzystencji”, czy otwiera perspektywę złożonych problemów filozoficznych, antropologicznych, czy po prostu, światopoglądowych?

W arcydziele polskiej liryki dedykowanym pamięci Konstantego Puzyny z 1989 roku, w cichej, powściągliwej i dlatego dramatycznej rozmowie z Matką (czy nie jest to zapowiedź wspaniałej książki Matka odchodzi?), poeta wyznaje i pyta: „Czas na mnie/ czas nagli// co ze sobą zabrać/ na tamten brzeg”. Mama odpowiada: „nic”. I jeszcze ta dręcząca każdego z nas prawda: „więc to już / wszystko/ mamo// tak synku/ to już wszystko”. Matka jest dla syna najważniejszym autorytetem, ważniejszym od teologów i filozofów ponowoczesnych. To dramat dziecka i dorosłego poety, może po prostu każdego z nas: „a więc to tylko tyle// tylko tyle// więc to jest całe życie// tak całe życie”. Syn przychodzi do matki z pytaniem, co jest za „zasłoną”, za „firanką”? To ciekawość każdego dziecka, która staje się w dojrzałym życiu wielką metaforą istnienia. Czy są ważniejsze pytania? Co to jest – zapytam naiwnie – „tamten brzeg”? Przejście w „inny wymiar”? Metonimia nieznanego wymiaru świata? Ale przecież jest „tamten brzeg”. W tym nie ma relatywizmu. Byt, jak to prosto ujmę za św. Tomaszem z Akwinu: to jest to, co „jest”. Inny problem to pytanie, czy można poznać „tamten brzeg”? Szóstym zmysłem poety? W oddali słychać szept Leśmiana, co jest za „murem”? Czy są te osławione „zaświaty”? Wielka jest dyskrecja poety i Matki. O sprawach ostatecznych – zdają się mówić syn i matka – nie należy wygłaszać traktatów teologicznych; człowiek rodzi się i umiera głupi – to stara prawda ludowa. Do tragizmu ludzkiego poznania, poznawania, jeszcze wrócę.

Proszę wybaczyć moje gadulstwo, bo tego wiersza nie powinno się interpretować, należałoby uszanować powściągliwość poety i Matki. A jednak ten wiersz nie daje mi spokoju od 1991 roku, jest moim prywatnym problemem, atakuje mnie od „środka”. Powiedziałbym nawet więcej, ten wiersz wyrasta z samych podstaw każdego ludzkiego niepokoju, „horroru metafizycznego”, ludzkiego. Ten wiersz wyrasta też z chłopskiego dramatu „skatowanego plemienia”. Z obsesji Stanisława Piętaka i Władysława Sebyły, bliskich mi poetów-katastrofistów XX wieku. Czyż za tą prostą i dramatyczną rozmową nie kryje się rozpacz (nie mylić z nihilizmem), z którą zmagamy się od czasów wygnania z Edenu? Z życia, w którym nie możemy się zadomowić? Wygnańcy Adama i Ewy, zmagamy się nie tyle z prawdą o świecie, zmagamy się sami z sobą. Z demonami naszego duchowego życia.

Jest to dla mnie „wiersz-płacz”. Poeta widzi „oczyma duszy” „tamten brzeg”. Przed obłędem szuka ratunku u Matki. Bo właśnie „mama” (w tym słowie, deminutivum, zawarta jest cała dobroć i ciepło ludzkiej wędrówki w „zimnym świecie”), pozwala się oswoić jakoś z cichą udręką serca, bo poeta odsłania tu uniwersalną prawdę o ludzkiej wspólnocie. Wspólnocie w miłości? Czy jednak wspólnocie „przerażonych” i „zbawionych”? Wizje Sądu Ostatecznego (np. freski Signorellego z Orvieto) były źródłem inspiracji dla Tadeusza Różewicza, Władysława Sebyły i Czesława Miłosza.

*

Z piękna tego świata rodzi się obraz „wielkiego śmietnika”, który odnajdujemy już u Sebyły, w dwudziestoleciu międzywojennym. Po wojnie tę wizję rozwija i wzbogaca o nowe znaczenia Różewicz. Czy nie miał racji Czesław Miłosz, że katastrofizm nie skończył się na II wojnie światowej? Wcześniej były oczywiście wizje eschatologiczne, był Blake, Swedenborg, mistycy śląscy, ale czy człowiek żyjąc w świecie terroru i gwałtu może odżywiać się wizjami mistyków? Co zostało z ludowych wyobrażeń o kosmosie? Gdzie zgubiliśmy „ład moralny” Kanta?

Jak mnie jeszcze w komunistycznej szkole uczono, Apokalipsa się spełniła i nastał czas „Czterech pancernych i psa”. Baczyński był już po „innej stronie”, jak na przykład w niedocenianym wierszu Wizerunek. Zagłada milionów zobaczona w perspektywie Krzyża i Różańca, choć nie uwalnia poety od poczucia tragizmu, odsłania jednak trudną, ledwo przeczuwaną perspektywę zbawienia. Głowy pomordowanych stają się „paciorkami różańca”. Ale gdzie był Bóg? A może to Bóg, który samotny gdzieś w kosmosie modli się za człowieka, a na ziemi rządzi „demiurg zła”? I tylko ofiara Chrystusa objawia „prześwit bytu”. Tak czytam ten wiersz, ale czy chrześcijanin nie jest już poza tragizmem? Przyznaję rację Stefanowi Morawskiemu, że nie zawsze jest. Ten wybitny uczony pisząc o filozofii religijnej Leszka Kołakowskiego mówi o tragizmie dwuaspektowym:

[…] w sensie moralnym i intelektualnym. W sensie pierwszym, gdyż wiara złączona jest z przeświadczeniem, że zło jest przemożne i że wcale częste jest niezawinione cierpienie. W sensie drugim, gdyż przeciw myśli o absurdalności świata i naszego istnienia trzeba wybrać absurd wiary w ład, który wbrew nieskładności wszystkiego zakładamy, a który rozumem jest nieosiągalny.

Często dla równowagi wracam do Psalmów w przekładzie Leopolda Staffa i Czesława Miłosza. Bo do końca walczymy o iskierkę nadziei. Cóż bowiem zostało z wielkich mitów romantycznej miłości? Bo dobro tak słabe, a wiara tak krucha jak wigilijny opłatek. Bo pamiętam ostatnią Wigilię z 1986 roku, kiedy umierał mój Ojciec i prosił sparaliżowany: „weźcie mnie do wspólnoty”. I był z nami, z Matką i dziećmi. Ale później ten „drugi brzeg” i wielki, zimny Kosmos. I jeszcze Piekło, które przerażało mnie od dziecka. I strach przed Żydami, których nie znałem, ale słyszałem, że „łapią dzieci na krew i przerabiają na macę”. To niestety też element „ludowej religijności”. W ostatnich latach poznałem wspaniałych i mądrych Żydów, np. wybitnego prozaika Gabriela Mokeda z Izraela. Prawda o człowieku i o braciach Żydach, jak to zawsze bywa, jest dużo bardziej skomplikowana.

*

Właśnie to wszystko odnajduję w wierszu Różewicza, wierszu, który jest „walką o oddech”, że przywołam bardzo trafną formułę Tadeusza Drewnowskiego. Postawmy jeszcze jedno pytanie, ryzykowne i może mało naukowe: czy tym lirykiem Różewicz nie oświetla całej swojej twórczości? „Liryzm” – przypomnę za Ostapem Ortwinem – to wartość estetyczna, a nie – jak się wydaje niektórym studentkom, uczuciowość z „mydlanych oper”, choć niektórych wierszy poeci nie czytają na spotkaniach autorskich, żeby nie płakać. „Liryzm” to wartość ufundowana jednak na emocjach, uczuciu, na przeżyciu wewnętrznym, któremu trzeba nadać formę. „Wiersz – jak pisał w „Okolicy Poetów” w 1936 roku, Włodzimierz Pietrzak – to wybuch spontaniczny drzemiącej mocy, uśpionej tajemnicy”. W czarnej, niezbadanej przestrzeni wiersza leży „przestrzeń świadomości”. Jak ją zgłębić, kiedy wszystkie narzędzia interpretatora wydają się niedoskonałe. Wtedy badacz mówi metaforą, porównaniem, aluzją etc. Co ważne, estetyka liryzmu bierze w nawias quasi-nihilistyczny dyskurs. Może łagodzi, ale nie uwalnia od rozpaczy. Po wielu latach, po przekroczeniu „smugi cienia”, jak mnie uczył Krzysztof Karasek, poeta nie bawi się metaforami i obrazkami z ulic miasta, schodzi w „głąb”, na samo dno piekła, by wyprowadzić z podświadomości Eurydykę. Później zostaje lament lub milczenie. I szept Różewicza.

A może przyjdzie Beatrycze, za którą tęsknił Jan Lechoń w wielkim tomie, może jednym z najciemniejszych w polskiej poezji, Srebrne i czarne z 1924 roku? Tak inny przecież poeta od Różewicza, ale przecież też pytał o „tamten brzeg”. Na tydzień przed samobójczą śmiercią, 30 maja 1956 roku zanotował w Dzienniku: „Można zawsze znaleźć w swojej inteligencji, woli, sercu coś, co pomoże nam w walce z życiem, z ludźmi. Ale na walkę z sobą – jest tylko modlitwa”. Jakże wielka była udręka tego poety. Została „poezja i dobroć”. Czy można się jeszcze pytać, czy Lechoń przegrał walkę z sobą? Krytycy i „badacze owadzich nóg” powinni w tym miejscu zamilknąć. Milczenie też „mówi”. Milczenie Kosmosu. Milczenie Chrystusa. Norwida. Historia wielkiej sztuki, literatury, to poemat milczenia. Co człowiek zrobił ze „słowem”, tym darem bogów?

*

I po tych, może chaotycznych rozważaniach i przeskokach wyobraźni, postawmy wreszcie pytanie o „nic” w wierszu Różewicza. W jednej z najważniejszych dla moich poszukiwań i pytań książce Nic jak Bóg Jacek Bolewski SJ pisze o bodaj najważniejszym spotkaniu chrześcijańskiej tradycji Zachodu z religiami Wschodu. Wspólnota i głęboka jedność obu tradycji wyraża się właśnie w tytule książki. Obrazem jej jest reprodukcja na okładce książki, dzieło Dzień i noc z 1938 r. M. C. Eschera. Bolewski, filozof, teolog, fizyk proponuje inne niż ludowe myślenie o Bogu. Nie tylko bowiem ludowe wyobrażenia o Kosmosie stanowią o wigorze wyobraźni religijnej. Natura dla wielu poetów nowoczesnych i „ponowoczesnych” (to mało czytelne dla mnie określenie) – to „horror”, wcale nie metafizyczny, to prostu wzajemne pożeranie. Wszyscy widzimy „piękno natury” dzięki telewizji: trzęsienia ziemi, obrazy zasypanych ludzi, zniszczone miasta przez tajfuny; widzimy pioruny, które zabijają, utożsamiane w tradycji ludowej ze złem, z diabłem, tak też myślałem od dziecka. Matka wystawiała obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w oknie, żeby chronił dom przed piorunami.

Bolewski mówi o napisie na krzyżu w jednej z tatrzańskich dolin: „I nic jak Bóg”. Nie chodzi tylko o sens znaku krzyża, chodzi o słowa, które człowiek umieścił na krzyżu. Właśnie znak. Słowo. A więc to, co dla współczesnego (przynajmniej od czasów Baudelaire’a i Rimbauda) poety o zdesakralizowanej wyobraźni pozostaje wyzwaniem… W nieudolnych, prostych i dlatego dramatycznych słowach, pytać o Absolut. O Boga. O tajemnice. Gustaw Herling-Grudziński kiedyś pisał, że jedną z przyczyn naszego zagubienia poznawczego i duchowego jest to, że z naszego języka zniknęło słowo „tajemnica”. Wielu młodym wierszokletom z wielkiego miasta pozostało szukanie odpowiedzi na poziomie morfemów, spółgłosek, samogłosek, w „muzyce dysonansowej”. Pokolenie BruLionu, nagłośnione po 1989 r. przez media pytanie o tragiczną przeszłość człowieka, o przeszłość Polski i Europy, sprowadziło do formuły: „Ni chuja idei za oknem” (Baran, Świetlicki, Sendecki).

Ale znowu wracamy do pychy naukowców i niektórych poetów. Hugo Friedrich zresztą nie chciał już pisać o poetach po 1950 roku, bo nieosiągalny (?) horyzont poznawczy, moralny i estetyczny wyznaczyli Baudelaire, Rimbaud i Mallarmé. Bo jak to dawno napisał ironicznie Miłosz w paryskiej „Kulturze” o „pobożnej, emigracyjnej poezji”: „szlachetność, niestety”. Poeci tragiczni bronią się językiem paradoksów, które są – jak mówiła Simone Weil – „dźwignią transcendencji”. Mnożymy więc wątpliwości, szukamy ratunku w liryce roli, w polifoniczności. Kryzys języka, nazywanie rzeczywistości już dla Sebyły było opatrzone wieloma wątpliwościami, Apollo nie był bogiem tego wybitnego poety zamordowanego przez NKWD w 1940 roku. Słowem-kluczem jego świadomości katastroficznej stało się jedno słowo „szukanie”. Najwybitniejsi poeci po Sebyle też poszukiwali i nadal poszukują. Różewicz, Miłosz, Herbert i poeci z pokolenia Nowej Fali, do czego zaraz, mam nadzieję dojdę, bo już ranek, śnieg za oknem, a ja stukam całą noc na komputerze. I jak mówi „rewolucjonista”, jakiś zimowy „słowik kracze za oknem”. Podtrzymuje mnie na duchu.

Więc dalej pytamy o „nic” w wierszu Różewicza, w tradycji Zachodu i Wschodu. „Nic jak Bóg” – pisze Bolewski – Czy nie zdumiewa w tym porównaniu, że „nic” jest nie tyle podporządkowane Bogu, ale umieszczone na tym samym poziomie co On, podobnie jak wtedy, kiedy np. mówimy: „dobry jak chleb”? Czy nie mamy tu do czynienia ze specyficznym spojrzeniem, w którym „nic” ma co najmniej tyle wspólnego z Bogiem, ile dobroć z chlebem? Jaki jest sens takiego spojrzenia, w którym „nic” i Bóg mogą się człowiekowi jawić podobnie?” Czyż mama, Matka, nie jest „dobra jak chleb”? A idąc jeszcze dalej za tą intuicją, Mickiewicz i Miłosz szukają pociechy, ratunku u swojej Matki i Matki Boga. U Różewicza dominantą, zasadą konstrukcyjną jest dialog. Zaciera się nie tylko w tej poezji granica gatunkowa między liryką i dramatem. To głos poety i filozofa dialogu. Wolno więc przywołać Martina Bubera, który mówi, że dramat egzystencji rozgrywa się zawsze między Ja – Ty. To istota autentycznej relacji między człowiekiem i człowiekiem, ale też między człowiekiem i Bogiem. Czym jest więc to „nic”? Nie jest tylko grą językową. Przypomnijmy, że wiersz Różewicza jest dedykowany pamięci Konstantego Puzyny. Nieżyjący przyjaciel, wybitny krytyk teatralny, ale też poeta. Jest na „tamtym brzegu”. Jest duchowym świadkiem eschatologicznego dialogu poety z Matką.

Dla Mickiewicza najważniejsze było marzenie, żeby „zabłądzić pod ludzkie strzechy”. To dla mnie znaczy, wejść w naturalny krwioobieg języka ojczystego, kiedy nieświadomie nawet mówimy językiem Wieszcza-poety o świecie wartości. Autor przestaje być ważny, nie jest na pierwszym planie. Czy znamy architektów średniowiecznych katedr? Artysta, poeta przemija i Różewicz mówi to wprost: „Czas na mnie/ czas nagli”. Nieznana jest bowiem godzina, kiedy Pan Zastępów powoła człowieka. To myślenie archaiczne, odwieczne, udręka łącząca wszystkie pokolenia. A czy jest bez-czas „poza czasem”? Czy na „tamtym brzegu” zniknie ziemska udręka, ale może być jeszcze większa udręka? Rilke miał obsesje tzw. „między-czasu”, nad którym nie wiadomo, kto ma władzę?

Teolog – zauważmy – stawia pytania, Różewicz też stawia pytania, ale odpowiada matka, nie teolog. Postawmy, może obsesyjnie, pytanie: co to jest „nic”? Zbliżamy się tu do „niebezpiecznej sfery”, czyli do „gry słów”, która – dodaję od siebie – dominuje w poezji mojego pokolenia i nie tylko. Wracam do punktu wyjścia, czyli mojego, ludowego, chłopskiego skojarzenia „nic” = „nicość”. I znowu przychodzi mi z pomocą Bolewski: „[…] pozostaje wszakże faktem, że jest w nicości coś, co nie daje spokoju. Potrzeba mówienia o tym, co nie istnieje, wiąże się najwyraźniej z tajemnicą samego istnienia, z pojmowaniem bytu warunkującym wszelkie wypowiedzi o nicości”.

U podstaw Różewiczowskich poszukiwań w poezji, dramacie, prozie leży „współodczuwające” z biednym i przegranym człowiekiem – doświadczenie. Słowo jest bowiem zrośnięte z losem i życiem poety. Pytanie o to, jak możliwa jest poezja (sztuka) po Oświęcimiu, dotyka istoty dramatu człowieka „nieludzkich czasów”. Sebyła, swój głośny poemat Młyny z 1932 roku, opatrzył podtytułem „sonata nieludzka”. „Nieludzka muzyka” to muzyka – zaryzykujmy – cywilizacyjnego piekła. W inny może sposób, ale ten utwór określił miejsce poety w czasach pogardy. Nie chodzi o wpływologię, ale duchowe pokrewieństwa, dialog ponadpokoleniowy. Zresztą i Sebyłę, i Różewicza pomawiano o „bezwyjściowy pesymizm”. Z kolei dla Tadeusza Borowskiego obozy były końcem cywilizacji europejskiej, judeochrześcijańskiej. W powojennej Polsce nie odnalazł Pasji Dnia, pozostała Pasja Nocy.

Czy dla autora Kartoteki, tak jak dla mistyków, w poznawaniu „cywilizacji śmietnika” nie było najważniejsze właśnie doświadczenie? Różewicz doświadcza, rozdrapuje
rany, by nie zarosły „błoną podłości”. W tym samym tomie, w wierszu bez, wyznaje: „życie bez boga jest niemożliwe / życie bez boga jest możliwe”. W tej paradoksalnej formule, dystychu, zawarte jest prawie całe doświadczenie człowieka, nie tylko naszych czasów, choć o swoim doświadczeniu Różewicz mówi autoironicznie; niepewny, trochę bezradny. Czy Bóg opuścił poetę, „uciekł”, nie mógł słuchać szyderczego i cynicznego śmiechu człowieka? Czy to poeta opuścił Boga? To też scena dramatu, litania pytań, Różewicz się „modli się” pytaniami, bo kieruje pytania do Boga. A może wreszcie, samotność i „obłęd widzenia” są karą, za to, że poeta „próbował stworzyć/ nowego człowieka/ nowy język”? Powraca mit prometejski. I dalej: „zajęty roztargniony/ nie zauważyłem twojej ucieczki/ twojej nieobecności/ w moim życiu”. Już z małej litery „twojej”. Na „scenie” wiersza zmienia się sens doświadczenia i rozumienie boga. Doświadczenie poddaje próbie wszystkie wielkie słowa. Ale świadomość człowieka jest strukturą dynamiczną, podlegającą nie tylko ewolucji, filozofowie chrześcijańscy mówią o „skoku metafizycznym”. W twórczości Anny Kamieńskiej odnajdujemy wiersz Skok (z tomu Dwie ciemności i wiersze ostatnie, Poznań 1989), który o tajemnicy przemiany mistycznej mówi w sposób bardzo czytelny:

odbić się
od dnia i nocy
od dobra i zła
od miłości i od pustki
od wiary i od zwątpienia
[……………………….]
odbić się napiąć skupić
zmierzyć się zaprzeć
skoczyć

Zostawmy może na boku szerszy komentarz do tego wiersza, bo o tajemnicy duchowej przemiany tej wybitnej poetki pisałem w książce Egzystencja i metafizyka. O poezji Anny Kamieńskiej (2002). Autorka Białego rękopisu też staje wobec Niewyrażalnego, kiedy wyznaje w wierszu Emaus: „Nie poznajemy/ nigdy do końca/ nigdy na pewno”. To rozległy problem wielu poetów z „pokolenia dramatycznego”, poetów żyjących w „czasach pogardy”

Wróćmy do Bolewskiego, „Nic jak Bóg” może też oznaczać: „doświadczenie nicości […] na drodze do Boga, a zatem w życiu na ziemi nieuchronne […]. Bo pełna prawda o człowieku obejmuje jego pochodzenie nie tylko z Boga, ale także z nicości”. Nie chcę tu sugerować, że Różewicz jest mistykiem, choć doświadczenie poetyckie ma punkty styczne z doświadczeniem mistycznym. Na przykład u św. Jana od Krzyża mistyka łączy się z poezją, np. symbolika, paradoks, metaforyczne formuły. I jeszcze dodajmy za Simone Weil, która pisze, że ateizm jest niezbędnym oczyszczeniem na drodze do Boga. Trzeba się wyrzec siebie, ogołocić z pragnień i przywiązania do tego, co materialne, ziemskie, bo czyż poezja nie jest „turniejem garbusów”, „targowiskiem próżności”, jak chciał Miłosz? U Różewicza, w jednym z utworów odnajdujemy ironiczny obraz poety, który samego siebie ogląda w telewizji i innego poety, który nie chcąc już patrzeć, wyskakuje przez okno. Jak Lechoń w Nowym Jorku…

Osobnym problemem jest „zło w obliczu dziecka”, o czym pisze Bolewski. Syn dla matki zawsze pozostaje dzieckiem. W obliczu zła chowa głowę w ramionach matki. Różewicz buduje zatem ciąg skojarzeń: synek – mama – nic. Ale odważę się powiedzieć, że „nic” tego poety to również „coś”, o co poetyka się bohater poezji Sebyły. Ważny i wybitny tom Zawsze fragment z 1996 roku, zamyka znamienne i ważne w tej nakreślonej tu nieudolnie perspektywie wyznanie:

czego byłoby żal

ciszy między naszymi twarzami
i słów które nie zostały
wypowiedziane
bo to co boskie
między ludzkimi istotami
ciągle poszukuje
swojego wyrazu
(czego byłoby żal)

To wiersz o podobnej skali intymności i liryzmu, co przywoływany wielokrotnie wiersz o incipicie Czas na mnie. Dla mnie to jeden z piękniejszych (a jednak ważne jest „piękno”, o które upomina się Czesław Miłosz w wierszu Poznanie dobra i zła) liryków miłosnych w polskiej poezji. Jakże to dyskretny i osadzony w filozofii dialogu wiersz, dodajmy, w czasach, kiedy ludzka miłość i dobroć zostały wielokrotnie sponiewierane, podeptanie, wyśmiane przez poetyckich szyderców. Przemawia tu po heideggerowsku motyw ciszy, w której to, co „boskie” „ciągle poszukuje wyrazu”. To nie tylko dialog z ukochaną kobietą, to dialog międzyludzki, Różewicza „kościół międzyludzki”, w którym to, co boskie jest ledwo przeczuwane, to prześwity, przebłyski. To dialog wewnętrzny poety, świadome nawiązanie do wiersza z 1989 roku. Jasna staje się tutaj waga i znaczenie tych dwóch wierszy. Przeczytajmy zakończenie:

czego byłoby żal

„całego życia”
i jeszcze czegoś
ogromnego wspaniałego
poza słowem poza ciałem

Przypomnę, że „całe życie” zostaje zamknięte w słowie, które trzeba rozumieć dosłownie – „nic”, ale też w naturalny sposób przywołuje ono szerokie konteksty filozoficzne, mistyczne, antropologiczne. W wierszu czego byłoby żal mamy jednak niewyrażalną „boskość” – „poza słowem, poza ciałem”. Różewicz poddaje nam zatem sugestię, gdzie podążać, w jakim kierunku na drodze interpretacji. Sebyła z kolei użył formuły, w której zawiera się prawie cały dramat poety – człowieka nie tylko XX wieku: życie, wędrówka, egzystencja, wreszcie poezja to „potykanie się w mroku o coś, co istnieje”. „Nic”, „coś” dotyka sfery „poza”. […]

Stanisław Dłuski