FRAZA NR 65-66 / 2009 – PORTRETY

PORTRETY:

Jorie Graham

AMBRA* 

Ponieważ nasza skóra jest kompletnym krajobrazem, oceanem,
musimy być niezapomniani albo nie być wcale.

Kałamarnice, nieznane ludzkim oczom, wypływają
zwabione odblaskiem księżyca na wodzie – coś,

co umyka tak wytrwale, musi być warte pożądania.
Wtedy osiadają na mieliznach lub dopada je

ich wróg, wieloryb. Czasami rybacy
wieszają papierowe latarnie na dziobach łódek

i wiosłują do brzegu, tyłem. Tak dużo czasu
potrzeba, żeby uwierzyć

w dowody.
Weźmy połamany księżyc nad falami,

brakujący zapach jego blasku
w słonej wodzie – w końcu

wzór staje się jasny. Kałamarnica olbrzymia,
którą rzadko widuje się za życia, lecz wielorybnicy

często znajdują jej zwłoki w wielorybach.
Tam wydziela swoje mocne wonie,

swojego ducha – Joy, Fly By Night, Green
Paradise
, zawsze dążąc do tego,

czym musi się stać na końcu. Jakże się nazywała, ambra?
porusza się przede mną, prawie na dotknięcie –

jaśmin, lawenda, bergamotka, róża…

W GARŚCI

Ptak wracający do krzewu,
jak idea powracająca do
intencji, poszukuje
przeoczonych odkryć,
zanim znowu spróbuje
wzlecieć.
Mały czarny duszek
stula skrzydła,
najcichszy akordeon,
którego muzyka jest
lądowaniem doskonałym,
zniknięciem
w niebezpiecznym
przedwiosennym ciele
forsycji. Tak jak my
od czasu do czasu
musimy znów złapać
całość języka
w poszukiwaniu
lepszych pragnień.
Gdybyśmy tylko mogli
wyobrazić sobie lepszy tor
lotu; dostajemy
to, czego nam trzeba.
I spójrz, jaki piękny staje się
alfabet, kiedy mości się
w nim przypadkowość,
jak matka zmęczona
rozczarowaniem
i utrzymująca nas
w niewiedzy – odchodzi
mężczyzna, którego
chcielibyśmy pamiętać
i któremu przypisujemy
wszystkie wyjaśnienia.
W garści,
w umyśle,
jak jasno zdajesz sobie sprawę,
co masz, jak jasno,
co będzie chciał zrobić, i zrobi,
gdy go wypuścisz.

SKŁADNIA

Jak czarne liście o świcie i o zmierzchu  
przelatują szpaki, 
skrzydlata regularna składnia. 
Nagrobki nachylają się, każdy  
mniej lub bardziej niż sąsiad, 
jakby chciały ogarnąć 
całość – 
podobnie jak w tłumie 

przemieszczamy się, żeby wykluczyć 
innych, nie poniżając ich, 
albo jak chcielibyśmy  
móc usunąć się na bok 
bez wycofywania się z rozmowy  
lub pragnienia. 
Podobno oko najbardziej należy do nas, 
kiedy je zamykamy, 
a przedmioty nie dają po sobie znać, 

że są widziane. 
Być może więc przemieszczamy się, 
żeby zobaczyć, jak drzewo stoi w miejscu 
albo oddala się od nas,  
żeby odczuć stratę, a nie odległość. 
Kiedy zamarzł staw, 
wyryliśmy nasze imiona na jego kruchej powierzchni 
przeskakując z litery na literę, 

żeby nie zostawić śladów. 
Z radości napisałam swoje imię z błędem, 
kiedy zobaczyłam, jakie jest wielkie, i że tam zostanie,  
dopóki pierwsza odwilż  
nie przeszyje wody 
jak igła. 
Wiosną polowaliśmy na ryczące żaby. 
Łapaliśmy te, które wydawały dźwięk. 

W KABARECIE „TERAZ”*  

Amerykanie są osamotnieni. Nie wiedzą, co się stało.
Nie śpią jeszcze i tyle zostało czasu do zabicia.
Muzycy wciąż jeszcze są opłaceni, więc grają dalej.
Saksofonista zdyszany pnie się po drabinie w górę.
Chcą być szczęśliwi. Chcą po prostu pozwolić płynąć
nutom, śmiertelnym ranom, wszytko jest
opłacone, więc co tam, każdy oddech niesie się w górę, w górę,
zastanawiają się oczywiście Czy uda mu się Jak długo
wytrzyma? Biegłość, książę tego królestwa, jest teraz przy jego
stoliku.
Czy jest jeszcze inny mistrz, również w tym miejscu, przy
stoliku z tyłu, stały bywalec, ktoś, kogo nie rozpoznajemy,
lecz kogo zna kierownik sali, ktoś, kto nigdy nie
klaszcze?
Widzisz, tu nie chodzi o zakończenie ani o to,
co dzieje się potem.
Chodzi o oddech i w jaki sposób dosięga rąk trębacza,
w jaki sposób ręce o mało nie dotykają oddechu,
i jak ta złota rzecz skrzy się pomiędzy jednym i drugim,
jedyne wyjście – długa droga – uwięzienie.
Tak jak ta rzecz teraz, powolna, poszerzająca metaforę, żeby
zrobić miejsce. Złożyć przysięgę. Przez co rozumie się,
popatrz, jaka tu dziś różnorodność, jak dopisała publiczność,
niektórzy z nich mówią tak, tak, inni nie,
czyż nie brzmią dobrze razem?
A wszędzie dokoła przestrzeń i zarodniki
i zielona ciągłość.
A muzycy wciąż jeszcze są opłaceni, więc niech grają.
A wszędzie dokoła bezruch –
ale nie myśl o tym, nie wolno ci.
I matka, która została w domu, rzecz jasna, ponieważ jej ciało…
Adieu.
Adieu.
Oto opowieść o małym, surowym posłuszeństwie,
ludzkiej krwi.
I jak rozlała się we wszystkie swoje rzeki.
Niewielki strumień, tak naprawdę, pośród innych strumieni.
Dzieci w nim śmieją się i śmieją, co jest odgłosem
dojrzewania.
Którego muzycy nie potrafią zagrać – ale to już inna
bajka.
Ktoś ich zaprosił, ludzkość, i weszli do środka.
Powiedzieli, że wiedzą, a potem wiedzieli.
Stworzyli brzeg pod nazwą sprawiedliwość, a potem drugi,
pod nazwą zaczynającą się od „nie”.
Pływali w rzece, choć czasem były to nuty.
Niektóre nuty są czyste, nawet teraz, tak.
Znali się między sobą, potem nadeszła zima,
która była kurtyną, a  potem wiosna, kiedy spostrzegli,
że była kurtyną.
Co doprowadza nas tutaj, do gwóździa programu: lato, Amerykanie.
Chciałabym móc ci to opowiedzieć – pan taki i taki unosi kieliszek,
jego stolik jest niespokojny,
i jak wtedy podchodzi ona i sunąc pośród stolików
szepce to istnieje – co wystarczy, żeby doprowadzić ich do szaleństwa –
szepce ostry jak sól, szepce słoma rozpala się na twój widok –
Amerykanie szepcą: to nie dzieje się naprawdę, nie ruszać się.
A wtedy ten z tyłu, którego nikt nie zna, zaczyna bić brawo,
sam jeden,
płaski dźwięk, jakby ciało bijące o ciało, ale tylko jakby.
Powiedz,
dlaczego żyliśmy, Panie?
Krwi na wietrze,
po co dane nam było żyć?

GUANTANAMO*  

Księżyca ubywa. Właśnie wschodzi. Skrzypiąc. Głęboko
  ponad umęczonymi kontynentami. Ciekawe mówi moja
  pełnia. Nikt nikt mówi pokój, w którym
  leżę bez ruchu w
ciemności i patrzę. Twoje serce mówi księżyc, ubywając i wschodząc wyżej. Gdzie to jest. Twoja
  twierdza, twoje oczy twój palec na
  spuście twój kręgosłup twoje argumenty – lepiej też
  nie zezwalać na dotyk,
utrzymywać dystans, pozwolić wyciec krwi i żeby białe gwiazdy cię ogryzły, i cierń
  tak biały na polu na zewnątrz,
i piasek rozpościelający się na długiej plaży, żołnierze przygotowujący się, rzut oka
  wzwyż, podczas kluczowych słów, modlitwy, przed
  schwytaniem, drżenie
w którym nie ma nienawiści, ani też miłości, jest bezstronne, tak, bez-
  krwiste, jak gdy dajmy na to kolega woła
  w czasie kiedy dłoń przesuwa
bezpiecznik, i stanowisko jest nieobsadzone, i brzmienie wody staje się ciemniejsze, i wiatr
  porusza trawą, i bezgłośnie
  płynie chłód jak oczy
psa, stróżujący pies wypatruje różnic – tylko różnic – i tego, co zrobiono
  w twoim imieniu, i twoich więźniów, kiedy trafiają
  do twojego ośrodka odosobnienia, tam, w twoich
oczach, aresztu, głęboko w źrenicy, rozmiękczanie, natężasz
  uwagę, twoje oczy, twoja twierdza, twoja cela,
w końcu to twoje, tak, to co do niej wsadziłeś, chwyć to, chwyć
  to, nie ma prawa, nie można cię
zaskarżyć, patrz ile chcesz, będzie się dla ciebie wić, w tym wschodzącym świetle, bez
  konsekwencji, zmieniającym cię w
  ducha, bezgłośnie, bezgłośnie wieczór
przechodzi w noc, wydawało się, że słowa są wszystkim, a potem
  prawnicy je unieważniają,
unieważnia się wysychające jeziora, zamordowane morza, niewolników w
  wodzie, z obcego gatunku, unieważnia się jak następuje
zmieszaj krew, napełnij kasę, częstuj się mięsem, podłóż ogień, załóż równik, ukryj
  pochodzenie, powiedz jesteście usprawiedliwieni, powiedz
to jedynie perswazyjne niedobrowolne techniki przesłuchań, np. podaj
  nazwisko, podaj, wezmę je, zmienię jego
kwalifikację, pozbawię cię dostępu do ciebie, tak sobie, na chwilę, nie będzie bardzo
  bolało, pomyśl o ogrodzie, pozwól myślom
wędrować, myśl o morzu, wietrze, grzmocie, korzeniu, myśl o drzewie, które cię
  podtrzyma, wyobraź sobie, jak cię
podtrzymuje, stań się tym kim jesteś, zdecyduj się, szybko, to ułatwi sprawę. Księżyc jest
  zimniejszy niż myślisz. Jest pełen zupełnie nie
tego naszego bezruchu. Próbujemy być niewidoczni. W bezruchu, jakby to było odrębne
  życie, w które można się wśliznąć. W swoich skórach
olśniewamy niebyciem. To sztuczka, rzecz jasna, ale czasem działa. W przeciwnym
  razie znajdą nas, zmuszą do
krzyku i pełzania. Będziemy pragnąć przebaczenia, nieważne czego, nie ma
  faktów. Księżycu, kto napisze
ostatni wiersz. Twój welon powiewa, przez jego bezużyteczność zdaje nam się, jakby
  jeszcze był czas, jest około drugiej,
prosisz, żebym się zatraciła.
  W przepełnieniu się mojego oka
tak jest.

Jorie Graham

Przełożyli Ewa Chruściel i Miłosz Biedrzycki

Wiersz jest doświadczeniem pierwotnym. Rozmowa z Jorie Graham (fragmenty) 

Miłosz Biedrzycki: W jednym z wczesnych wierszy pisze Pani: „Nauczono mnie trzech nazw na drzewo za moim oknem”. Jaki wpływ miało na Panią doświadczenie wielojęzyczności, szczególnie w odniesieniu do praktyki poetyckiej?

Jorie Graham: No cóż, istnieją pewne teorie neurologiczne, dotyczące osób wielojęzycznych. Mowa w nich, z grubsza rzecz biorąc, o ponadprzeciętnych zdolnościach – czy też skłonnościach – do posługiwania się abstrakcjami językowymi. To się może brać stąd, że osoby wielojęzyczne mają do dyspozycji więcej niż jedno słowo na każdą pojedynczą, konkretną rzecz bądź doznanie zmysłowe, co oczywiście powoduje podważenie poczucia, że słowo jest tym, co oznacza. A w każdym razie poddanie w wątpliwość ścisłości tego związku. Tak to wygląda, jeżeli jest się wielojęzycznym od dziecka, w odróżnieniu od nauki języków obcych w późniejszym czasie. Muszę powiedzieć, że to było dla mnie faktycznie oszołamiające doświadczenie. Przyprawiające, że tak powiem, o duchowy zawrót głowy. Nie tylko uświadomiło mi zasadniczą przewagę, czy też pierwszeństwo, rzeczy wobec językowego aktu ich pochwycenia, sprawiło też, że odczuwam słowa w ich wymiarze fizycznym, mam zaufanie do ich pozajęzykowego podglebia, bardziej, niż gdybym rosła z automatycznym przeświadczeniem, że słowa i to, co oznaczają, są tym samym. Przeświadczenie to, oczywiście, tak czy inaczej zostaje w pewnym momencie życia poddane w wątpliwość przez każdą świadomą swoich przeżyć osobę. Ja jednak miałam poczucie, że skóra języka jest szczelnie opięta, a za chwilę całkiem niespodziewanie opada, kiedy po prostu doświadczałam rzeczywistości (czy to w ogóle brzmi dorzecznie?). Nawet jako małe dziecko. W praktyce poetyckiej mam z tego powodu być może niemal obsesję wierności w stosunku do danych zmysłowych, kiedy wymuszam na swoich zmysłach przejście przez doświadczenia, które w innym przypadku obeszłabym łatwiejszą (bo mniej skomplikowaną, mniej pełną sprzeczności) drogą konceptualizacji. To jest jeden z fundamentów mojej praktyki. Powiedziałabym wręcz, że zasadniczą motywacją do pisania jest dla mnie: zmusić się, swoją jaźń, do fizycznej, zmysłowej obecności. Widzę tu bezpośredni związek z wczesną wielojęzycznością, która dezorientuje ducha i zmusza do stawiania pytań o to, gdzie jest rzeczywistość, czy też, dajmy na to, gdzie jest „dana” rzeczywistość. I dlaczego musimy o niej mówić. Dziecko szybko nabiera poczucia, że słowa w jakiś sposób zdradzają czy okłamują rzeczy, które rzekomo miały zawierać. Że mamy do czynienia z jakimś wykroczeniem. Poczucie obcości, które nie chce się odczepić… […]

Ewa Chruściel: W eseju Notatki o ciszy wyjaśnia Pani, że Pani wiersze to zdarzenia, że doświadczenia w nich się rozgrywają, a nie tylko mieszczą, przetworzone przez zrozumienie. Dlatego Pani wiersze nigdy nie będą się nadawać na kartki z życzeniami. Zamiast tego, wymagają od czytelnika pracowitego drążenia. W jaki sposób wiersze mogą być zdarzeniami i jak to się ma do wysiłku drążenia? Innymi słowy, czy dla poezji-zdarzenia charakterystyczna jest trudność odczytania?

JG: Jeśli chodzi o ścisłość, fragmenty moich wierszy były używane na kartkach z życzeniami, na weselach, a nawet na nagrobkach! One nie są takie strasznie trudne! Ale masz rację. Faktycznie wierzę – i chyba nie jestem w tym odosobniona – że wiersze są, jakby powiedziałby Wallace Stevens, „aktami umysłu”, „aktami odnajdywania tego, co ma wystarczyć”. Po co ktoś miałby zabierać się do pisania wiersza, jeśli nie po to, żeby czegoś doświadczyć – nawet jeśli jeśli to doświadczenie odnosi się do samego wiersza albo zostaje opowiedziane, „przywołane w ciszy” … w wierszu – jeśli nie po to, żeby to doświadczenie go przemieniło, za pośrednictwem czegoś, co nazywamy „środkami poetyckimi”? Często mam wrażenie, jak o tym już wspominałam, że łatwo obejść doświadczenie, w odróżnieniu od przejścia przez nie. Rzecz jasna, nie jest łatwo zmusić się, swoją jaźń, do przejścia przez doświadczenie – nawet jeśli chodzi o zaledwie doświadczenie zetknięcia się z obszarem języka. Czymś bardziej normalnym dla ludzi, z prostych powodów samozachowawczych, jest pilnowanie się, żeby nie zwariować, z pomieszania, bólu, czy chociażby zadziwienia, normalne jest wystrzeganie się tajemniczych wydarzeń, które nazywamy życiem. To jest moja zasadnicza motywacja do pisania.

To, że przymuszam się do przejścia przez fakty, pamięć, opowieść, emocje – w zależności od okoliczności… danego wiersza – po to, żeby autentycznie przenieść się do źródła zdarzeń. Po to jest ten wysiłek. Nie tylko w pisaniu wierszy, ale i w dowolnej innej ludzkiej pracy – cielesnej bądź duchowej. Więc faktycznie, wiersz nie jest wierszowaną relacją ze zdarzenia. Jest doświadczeniem pierwotnym, nie wtórnym. I jeżeli poeta podjął się tego, co nazwałaś drążeniem – a czego narzędziami są oczywiście środki poetyckie (brzmienie, rytm, obrazowanie, konstrukcja, forma, metaforyka itd.) – to ma nadzieję, że czytelnik również zdoła tego dokonać poprzez lekturę wiersza. Problem, z którym zmagamy się w naszych czasach, to nie jest, wbrew pozorom, pisanie wierszy, ale ich czytanie, które staje się ginącą sztuką (przynajmniej w USA, natomiast w mniejszym stopniu, jak mi się zdaje, w Europie czy gdzie indziej poza zasięgiem rozpadającej się amerykańskiej oświaty). Jeśli ktoś nie miał okazji nauczyć się czytania poezji – w odróżnieniu od interpretowania poezji – to oczywiście będzie mu się zdawać, że musi drążyć w bardzo, bardzo twardym gruncie, bez odpowiednich narzędzi.

Kiedy Stevens mówi, że „wiersz musi opierać się inteligencji / prawie do końca” – według mnie kładzie nacisk na słowo „inteligencja”. Właśnie ten opór wymusza na czytelniku uruchomienie wszystkich części umysłu (a także ciała), a nie tylko łatwo konceptualizującego intelektu. Nawet Keats o tym mówi, kiedy mówi o „ujemnej właściwości” (negative capability) i wyjaśnia, że chodzi o zdolność do przeżywania „niepewności, tajemnicy, wątpienia bez uciekania się do faktów i do rozumu”. Wydaje mi się, że skłonność do natychmiastowego uciekania się do takiej czy innej interpretacji prowadzi do ominięcia wiersza i unikania doświadczenia. Tak samo chętnie unikamy doświadczania poezji, jak i doświadczania życia. Jedno i drugie bywa nieprzyjemne. Jedno i drugie prowadzi do przemiany. Wymaga od nas zmiany albo co najmniej wytrąca z równowagi. Zakłóca wszechświat – wciągnijmy w to może jeszcze Eliota! A spójrzmy na polską poezję – przynajmniej na wielkich polskich poetów – czy oni nie wymagają wysiłku od czytelnika? Czy myślisz, że Herberta łatwo się czyta? A mimo to, czy ktoś chciałby zredukować te wiersze do jakiegoś zrelacjonowania ich treści i utrzymywać, że to to samo?

EC: Jak opisałaby Pani współczesną scenę poetycką w Stanach Zjednoczonych?

JG: Nie opisałabym! Jest tak zróżnicowana i olbrzymia i zindywidualizowana, jak same Stany. Ale krytycy, a nawet niektórzy z poetów, lubują się w tworzeniu kierunków. To jest w ogóle jedna z ludzkich cech, jak mi się zdaje – tworzenie kategorii, takich jak kierunki myślenia, bo to pomaga okiełznać chaos i lęk. Rzeczywistość jest jednak płynna. Jak również nieskomplikowana, na swój sposób. Mnóstwo Amerykanów w różnym wieku pisze poezję – dużo więcej, niż ktokolwiek przypuszcza. I część z tego, maleńka część, będzie mieć wielką wartość – jak zwykle. Ale to nie jest powód, dla którego ta poezja powstaje. Większość ludzi nie pisze po to, żeby stworzyć coś wielkiego, a nawet nie po to, żeby być poetą. Większość ludzi pisze, bo ma poczucie, że pisanie pozwala zbliżyć się do doświadczenia, które opisałam wcześniej w tej rozmowie, a którego brakuje im w pozostałych dziedzinach życia, takiego, jakim muszą żyć, żeby przeżyć w obliczu poczucia śmiertelności, duchowej ignorancji, nie mówiąc o systemach politycznych, nie mówiąc o rozwiniętym kapitalizmie – nawet, kiedy nie trwa kryzys! Przekonałam się, że ludzie mają znacznie więcej głębi niż systemy, w których zmuszeni są żyć. Pisanie (i czytanie) daje im w pewnym stopniu dostęp do tego złożonego wnętrza, do jego paradoksów, do niemal niewyrażalnej głębi intuicji i prawdy… […]

EC: Pani najnowszy tom Sea Change („Morska przemiana”) porusza takie zagadnienia, jak zniszczenie środowiska naturalnego, globalne ocieplenie oraz ludzkie dążenie do wolności połączonej z odpowiedzialnością. Jak zauważył krytyk James Longebach, tytuł nawiązuje do piosenki Ariela z Burzy Szekspira, piosenki, z której Ferdynand dowiaduje się, że jego ojciec nie utonął, ale odrodził się: „Nie zginął bowiem wcale / Podlega morskiej przemianie / W coś dziwnego niesłychanie”. W moim odborze ten zbiór wierszy oscyluje między rozpaczą i nadzieją, zniszczeniem i odbudową. Co może uratować ludzkość?

JG: Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Żyjemy w bardzo trudnych czasach. Żadne z dotychczasowych pokoleń nie było zmuszone przez okoliczności do przewidywania na sześć pokoleń w przód – w czasie rzeczywistym, a nie mitycznym – i do wprowadzania zmian, „poświęcania jakości życia”, jak to niektórzy nazywają, dla dobra ludzi, których istnienia nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Nie dla dobra dzieci, nie dla wnuków, nie dla prawnuków. Dla ludzi, którzy pojawią się w bardzo dalekiej przyszłości, a o których losie decydujemy teraz, w tej chwili. Zmiany, spowodowane przez dwutlenek węgla w atmosferze, już zachodzące i nie do powstrzymania, przeobrażają naszą planetę w stopniu, który dotychczas mogliśmy kojarzyć co najwyżej z fantastyką naukową. Osoby odpowiedzialne za podjęcie działań, nasi tak zwani przywódcy, nie są w stanie tego pojąć. Mam na myśli to, że ludzka wyobraźnia nawet nie jest w stanie objąć rzeczywistości, która nas czeka i która będzie naszym udziałem w ciągu najbliższych stu pięćdziesięciu lat.

Od naszej wyobraźni wymaga się, z jednej strony, przyswojenia tych faktów, a z drugiej strony uznania tamtego przyszłego świata za wart ocalenia – przyszłego świata, w którym nie będzie wśród żywych nikogo z naszych znajomych – więc jest to bardzo trudne zadanie. Tak, ludzie zdają sobie sprawę, że coś trzeba zrobić i nawet próbują coś robić, ale skala pośpiechu – większość naukowców alarmuje, że mamy do dyspozycji nie więcej niż najbliższych dziewięćdziesiąt sześć miesięcy – uchodzi uwagi. Albo nie tyle uchodzi uwagi, co jest, dosłownie, niewyobrażalna. Jeżeli ludzie nie są w stanie czegoś sobie wyobrazić, to nie jest dla nich rzeczywiste – a co za tym idzie, nie są w stanie podjąć działania. I nie podejmują. Tu właśnie jest miejsce dla sztuki. Sztuka musi sprawić, żeby to, co niewyobrażalne, mogło stać się rzeczywiste – żeby ludzie mogli to objąć najpierw umysłem, potem ciałem, wreszcie – działaniem.

Szczerze mówiąc, obawiam się, że to się nie uda. Po pierwsze, skala czasowa jest tak rozległa, że wykracza poza ludzkie możliwości pojmowania. Po drugie, wyobrażenie sobie tego wszystkiego jest wyczerpujące – duchowo, uczuciowo, intelektualnie. Ludzie są zbyt chętni do tego, żeby rozpraszać swoją uwagę. Na byle co. Szczerze mówiąc, nie wiem. Wątpię, że opamiętamy się na czas – to samo w sobie jest dziwne wyrażenie, bo jeśli mówimy „na czas”, to trzeba też sobie zdać sprawę, że mieści się w tym „nie ma już czasu”. Mam wrażenie, że w tym punkcie obwody myślowe po prostu odmawiają posłuszeństwa, a ludzie mówią sobie: „Nie jestem w stanie o tym myśleć”. Nie dziś. Dziś po prostu chcę żyć. Doskonale to rozumiem – przecież jest to też moja reakcja.

MB: To jest bardzo trafnie powiedziane, że sztuka może popchnąć niewyobrażalne w kierunku wyobrażalnego, a następnie prawdopodobnego. W ten sposób może dosłownie współtworzyć rzeczywistość. Z drugiej strony, znane są przypadki zaprzęgania się twórców sztuki w służbę ideologii, które prowadziły do faktycznie niewyobrażalnych zbrodni, nierzadko w imię celów naukowo uzasadnionych. Trudno powiedzieć, czy i na ile sztuka przyczyniała się do zbrodni, chociaż niestety jestem skłonny twierdzić, że zanim zaczyna się ludobójstwo, zagrzewająca do boju sztuka zazwyczaj już tam jest. Wobec tego, czy nie powinnismy być bardzo ostrożni z urzeczywistnianiem niewyobrażalnego?

JG: Ma się rozumieć. Zgadzam się. Jedyne, co możemy zrobić, to brać każdy przypadek z osobna, kierować się poczuciem moralności i zawsze starać się przewidzieć możliwie dalekosiężne skutki każdego naszego gestu, aktu umysłu, zwrotu wyobraźni. Wszystko, wszystko, o czym mówiłeś, to prawda. W straszliwy i być może nieunikniony sposób. Tyle, że nie mamy wielkiego wyboru. Musimy używać tego, co mamy do dyspozycji. Mamy do dyspozycji wyobraźnię. Tak jak mamy do dyspozycji skrzypce. Skrzypce to nie jest problem. Ani nawet pieśń. Problemem są zbrodnicze dłonie, które sięgają po instrument, i serce, które potrafi równocześnie śpiewać i mordować. Jedni z moich przodków byli posiadaczami niewolników, a innych palono w piecach. Myślę, że nie ma takiej rzeczy, której ludzie nie byliby w stanie zrobić innym. Nie ma. I myślę też, że powłoka cywilizacji jest bardzo cienkim naskórkiem, możemy nawet nie zauważyć, kiedy się zetrze albo zmyje. I tak się faktycznie zdarza. Dlatego powiem tak – bądźmy czujni, bądźmy odważni, nie rezygnujmy z działania z powodu rozpaczy, cynizmu albo przekonania, że jesteśmy skazani na wieczne powtórki. Możliwe, że jesteśmy. Jednak mamy tylko jedno życie i musimy czasem coś poświęcić, musimy się angażować. To wszystko. Nie ma pewności, że cokolwiek się uda. Ale odmowę zaangażowania uważam za coś niehonorowego.

Odczuwam większą nieufność w stosunku cynizmu i, że tak powiem, ironicznej pozy aniżeli strach przed barbarzyństwem. Barbarzyństwo jest przynajmniej na widoku. Znamy je, jest częścią naszej natury, możemy z nim walczyć i wystrzegać się go. Natomiast uważam, że cynizm nie jest naturalną cechą ludzkiego zwierzęcia. Jest małostkowym wybiegiem intelektu – samoobroną – oznaką tchórzostwa. No cóż, wychodzi na to, że właśnie się zdeklarowałam. Strach jest naturalny, ale musimy próbować. Jeszcze może wszytko pójść nie tak, ale kto by pomyślał, że będziemy mieć u władzy kogoś takiego jak Obama. Na pewno nie raz nas zawiedzie, jest tylko człowiekiem, a świat jest okrutnym i na ogół głupim miejscem. A jednocześnie – wspaniałym. Więc wszyscy musimy próbować. Wiara, w cokolwiek, co nie prowadzi do zniszczenia, to mi wystarczy. Nie bać się wierzyć. I nie mam tu na myśli wyłącznie wiary religijnej. Albo nawet w ogóle. Uważam, że powinniśmy wierzyć, że znaleźliśmy się, jak powiedziałby Keats, w „dolinie stawania się dusz”. Musimy kształtować nasze dusze. Poezja jest tylko jednym ze sposobów. Wszyscy jesteśmy w stanie dokonywać drobnych i wielkich czynów, codziennie, wykonując taką albo inną pracę, po to, żeby kształtować swoje dusze. Żeby zmuszać się do obecności, nie bać się otworzyć serce, nie bać się czuć, a następnie myśleć… Bycie żywym to ryzykowny interes! […]

Przełożył Miłosz Biedrzycki

Jolanta Stefko
Wódociąg (fragment powieści) 

Piwnica, strych. Bardziej jednak strych. Tak podobny do strachu.
Zatem na strych wchodziło się po schodach prowadzących z garażu. Dlatego zwykle nikt nie mógł zauważyć kiedy tam wchodził. Niekiedy zabierał z sobą coś do jedzenia, jakieś owoce czy słodycze, butelkę soku. Kładł to wszystko na starym biurku pod oknem. To biurko bardzo mu się podobało i nawet nie miałby nic przeciwko temu, by znalazło się w jego pokoju, ale tata tylko się skrzywił gdy mu o tym wspomniał. Powiedział, że miejsce tego okropnego grata jest właśnie na strychu. Ale to wcale nie był okropny grat, tylko fantastyczne biurko. Prawda, że nieco zniszczone i przesiąknięte tym charakterystycznym zapachem staroci. Oprócz tego biurka do jego ulubionych przedmiotów na strychu należał wielki kufer wypełniony starymi szpargałami, niepotrzebnymi dokumentami, uszkodzonymi książkami. Były też szafy pełne od dawna niemodnych ubrań. Był też wypełniony do granic pojemności kredens. Czego w nim nie było! I porcelanowe filiżanki, tylko trochę uszkodzone; i talerze na których wymalowane były całe miasteczko: na jednym ratusz, na innym gmach sądu, na kolejnym ruiny zamku, na jeszcze innym więzienie; i niezgrabna, chyba srebrna cukiernica, zamykana na klucz – klucz oczywiście już dawno gdzieś przepadł, ale zamek pozostał. Ta cukiernica zawsze go bawiła. Nie potrafił sobie wyobrazić, że cukier mógł być dla któregoś z jego przodków tak cenny, że aż musiał go zamykać na klucz – zastanawiał się po co? by jakaś biedna służąca nie posłodziła sobie herbaty czy kawy?

To właśnie strych był jego królestwem nieistnienia, nieobecności, niecierpienia, nieżalu, niegoryczy.

To tam właśnie gromadził swe zeszyty, wypełnione dziwacznymi historyjkami, które pisał przez lata. Pierwsza była Legenda o Uciekającym:

„Nie działo się to ani dawno dawno temu ani daleko stąd.
Byłem wtedy młody piękny i bogaty. Piękno odziedziczyłem po matce, bogactwo po ojcu, tylko młodość była moja.
Myślałem, że tak już będzie zawsze.
Umiejętnymi inwestycjami pomnażałem mój majątek, który rósł posłusznie i szybko.
Moje piękno pielęgnowałem starannie. Miałem wybornych krawców, pomysłowych fryzjerów, używałem eliksirów przeciwko brzydocie.

O młodość się nie kłopotałem, wydawała mi się najłatwiejsza do zachowania, byłem pewien, że nigdy się nie pomarszczę i nie posiwieję.

Minęło czasu mało wiele, ja wciąż nie miałem ani jednej zmarszczki na mym szlachetnym młodzieńczym obliczu, ani jednego siwego włosa w mych czarnych lokach.
Nic nie wzbudzało mego niepokoju.

Jednakowoż gdy czasu minęło nie mało wiele, ale dużo wiele, coś mnie zaczęło zastanawiać, ale postanowiłem niepotrzebnie się nie zamartwiać.
Nadal pomnażałem me bogactwa, ubierałem me piękne młodzieńcze ciało w piękne szaty.
Byłem taki szczęśliwy i radosny.
Przez całe moje życie, każdego dnia, byłem zadowolony ze swego życia, ze świata. Wszystko mi się podobało, wszystkim się zachwycałem.

I wtedy to się wydarzyło. Zaiste, tak dziwacznego rozwiązania zagadki mojego doskonałego życia nigdy bym się nie spodziewał. Otóż, naprawdę nie wiem w jaki sposób, ale nagle usłyszałem nieprzyjemny głos:

– Ta powieść jest po prostu idiotyczna. Już nigdy jej nie będę czytała. Ten zadowolony z siebie wiecznie młody, piękny i bogaty bohater, nie mający pojęcia, że jest tylko starą książką jest żałosny. Już dawno powinnam ją spalić!

Szybko zacząłem przeskakiwać kolejne kartki, w ostatniej chwili udało mi się wyskoczyć z okładek. Kątem oka dostrzegłem, że książka wylądowała w ogniu. Uciekałem dokąd mnie oczy poniosły.

I teraz już zawsze będę uciekał, żeby tylko nie złapał mnie żaden pisarz i nie skazał mnie na tę okrutną egzystencję bohatera literackiego.”

Kolejna była Legenda o Powracającym:
„Zdarzyło się to we czwartek.
Właśnie zjadłem śniadanie (jak zwykle płatki, jakieś owoce, trochę soku z czerwonej porzeczki) i przeglądałem to, co napisałem w nocy, kiedy poczułem czyjąś obecność za plecami. Obejrzałem się błyskawicznie. I bardziej zdziwiony niż przestraszony ujrzałem bohatera mojej najnowszej powieści. Był jakiś taki wyblakły czy może nawet nieco przezroczysty, ale od razu go poznałem. Nie bardzo wiedziałem co powiedzieć, więc zapytałem czy napije się soku, może ma ochotę na śniadanie? Płatków już nie mam, ale są parówki, ser, jogurt; w ogóle duży wybór. Z czerwonej porzeczki. I od razu zrozumiałem, że popełniłem błąd.

On spojrzał na mnie z nienawiścią i syknął przez zęby:
– Tak, parówki, sok z czerwonej porzeczki. A w tej twojej marnej powieści cóż mi uczyniłeś? Skazałeś mnie na okrutną śmierć z głodu. Jeśli już postanowiłeś mnie uśmiercić nie mogłeś się wykazać choćby odrobiną litości? Ale ty wpadłeś na genialny pomysł – że ja będę się straszliwie męczył przez długie tygodnie, a ty tylko to opiszesz, wydasz książkę, staniesz się sławny, będziesz udzielał wywiadów i zachwycał się swoimi zdjęciami w kolorowych pisemkach. O nie, po moim trupie!

Byłem wściekły na samego siebie. I na Goethego. To przecież on w rozmowach z Eckermannem zauważył, że najlepiej kończyć pisanie w momencie, kiedy ma się jasność co do dalszego ciągu. Wtedy łatwiej się pisze następnego dnia. A ja już byłem tak blisko końca, tak blisko śmierci głodowej mojego na razie jedynie straszliwie wygłodzonego bohatera. Ale wiedziałem, że ta agonia musi trwać jeszcze kilkanaście stron. Poszedłem więc spać, była chyba czwarta rano. Obudziłem się przed południem. Od razu chciałem zabrać się za pisanie, ale poczułem straszny głód. I nic dziwnego, przypomniałem sobie, że nie jadłem obiadu ani kolacji, tylko pisałem.

Kombinowałem, co mam teraz zrobić. Ten jego pełen wyrzutów wzrok wlepiony we mnie. Te jego zaciśnięte pięści. Ten jego syczący głos:
– Zmienisz to szybko. Żadnej śmierci głodowej. W ogóle żadnej śmierci. Zrozumiałeś?
Podjąłem błyskawiczną decyzję. Znalazłem rozwiązanie problemu. Kiwnąłem głową, że niby zrozumiałem, i że niby się zgadzam. Zasiadłem do pisania. Zdążyłem napisać: „Umarł z głodu”, gdy usłyszałem pełen wściekłości krzyk. Ale było już za późno. Zniknął w tej samej chwili. Odetchnąłem z ulgą.

Wyszedłem na długi spacer. Zadzwoniłem do mojej dziewczyny. Umówiłem się z nią na obiad w restauracji. Spędziliśmy naprawdę miły dzień. A potem noc spędziliśmy równie miło, a właściwie jeszcze milej.

Obudziłem się wcześnie rano. Diabelnie chciało mi się pić. Ostrożnie, żeby jej nie zbudzić, wysunąłem się z jej objęć. Poszedłem do kuchni. Otworzyłem lodówkę. Był tylko sok z czerwonej porzeczki. Już miałem nalewać do szklanki, kiedy poczułem jakiś nieprzyjemnie zgniły odór – zepsutego mięsa? Odwróciłem się i zobaczyłem jego. Bohatera mojej najnowszej powieści. Wyglądał jak świeży trup. Wiedziałem, co będzie dalej.”
Trzecia tekst był najkrótszy, a miał tytuł Legenda o Nieruchomym:
„Nie, zupełnie nie pamiętam mojego ostatniego ruchu. Musiało to być bardzo dawno temu, albo jeszcze dawniej. Czy wszedłem na najwyższą górę? Czy przepłynąłem największe morze? Czy podszedłem na balu sylwestrowym do najpiękniejszej dziewczyny, aby ją poprosić do tańca, a potem szedłem już zawsze razem z nią przez całe życie?
Niekiedy tak mi się wydaje coś nieprzyjemnie prawdziwego – że ja zawsze byłem taki; i jeszcze – że zawsze byłem w tym samym miejscu. Nie tylko nie zrobiłem tego ostatniego kroku, ale nie zrobiłem też kroku pierwszego.
Zrezygnowałem?
Nie zaryzykowałem?
Nie zagrałem o najwyższą stawkę?
Urodziłem się, by być jak kamień.
Urodziłem się, by być kamieniem.
Urodziłem się, by nigdy nie żyjąc, żyć wiecznie.
Pamiętając, że wieczność to tylko chwila, która zdycha i zdycha, a zdechnąć nie może.”

Te historyjki po jakimś czasie zaczął uzupełniać rysunkami, a w końcu proporcje się odwróciły zupełnie – i tekst stanowił co najwyżej dodatek do rysunku. Czyli były to w jakiejś mierze komiksy, chociaż sam tak tego nie określał, bo nie cierpiał komiksów. Przejrzał kilka, czy kilkanaście i wszystkie bez wyjątku były głupawe.
Szczególnie chętnie wracał do zeszytu, w którym opowiadał o swoim ojcu, o jego
nieobecności, o jego nałogu – i o swojej nadziei, że któregoś dnia (…)

*

W dzieciństwie fascynował go zawód taty, wydawało mu się czymś niesamowitym to, czego potrafił dokonać. Oczywiście też chciał zostać inżynierem, też chciał budować mosty. Chciał być taki sam jak tata.

A potem – niezauważalnie, nieodwołalnie – mu to przeszło. I nie chciał być w niczym do niego podobny. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego, żadnych podobnych cech charakteru, żadnych wspólnych zainteresowań, żadnych identycznych gustów.

Ale prawdziwą radość poczuł dopiero, gdy poinformował go, na jaką uczelnię się wybiera – na ASP! Tata z niedowierzaniem pokręcił głową. Zaczął go przekonywać, że popełnia poważny błąd, z jego zdolnościami matematycznymi może przecież dostać się na każdy kierunek na Politechnice. Jednak on oczywiście zdania nie zmienił. I wcale go nie dziwiła dezaprobata taty. Z wyraźną wyższością, jeśli nie pogardą wyrażał się o humanistach, jakichś tam niepotrzebnych nikomu poetach, pisarzach czy malarzach. Nie mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że kogoś, kto napisał jakiś tam bzdurny poemat, umieszcza się we wszystkich encyklopediach, stawia się mu pomniki, nazywa jego imieniem ulice, szkoły – gdy tymczasem o architektach, inżynierach, czyli ludziach, którzy stworzyli rzeczywiście coś ważnego i potrzebnego mało kto wie. A przecież bez wierszy można żyć, lecz jak żyć bez mostów? Społeczeństwo powinno cenić prawdziwe osiągnięcia, prawdziwych twórców, ale nie artystów. Czy da się zamieszkać w wierszu? Czy można się najeść powieścią? Czy można się ubrać obrazem? Nie, w życiu trzeba coś robić przydatnego dla innych ludzi, a nie bawić się i pasożytować na społeczeństwie.

Słuchał nieuważnie tej tyrady. Znał na pamięć wszystkie argumenty, ale do niego one nie trafiały. Nie zamierzał zostać bohaterem pozytywnym, czyli inżynierem. Wolał być malarzem-nierobem-pasożytem.

Czy chodziło o to, że lubił malować, czy też o to, żeby zrobić tacie na złość?
Pewno jedno i drugie.

Bo przecież rzeczywiście bardzo chętnie rysował i malował już od najwcześniejszych lat, i widać było, że ma duży talent.

Pierwszy namalowany obrazek; miał wtedy niecałe 4 lata. To jest coś w rodzaju obrazka raczej niż rzeczywiście obrazek, nie zapamiętał, co na nim było; pamiętał jedynie, że farby były plakatowe, a na odwrocie napisana dokładna data – dzień, miesiąc, rok, ręką jego taty. Tak, tata początkowo mocno przeżywał jego niesamowite zdolności: „cztery lata, niecałe cztery lata, i jak potrafi malować! Ten pies (innym razem kot) jak żywy! Niewiarygodne, taki mały chłopczyk, i żeby tak malować” – zachwycał się, a razem z nim babcia, ciotki. Przechowywali wszystkie jego rysunki. Potem im to przeszło. Przestali się zachwycać, ulotniły się ich skłonności archiwistyczne wobec jego twórczości.

Co wtedy rysował najchętniej? Właściwie to nie rysował, lecz odrysowywał to co widział wokół. Zwierzęta, psa, kota, kanarka, papugi, żółwie, tatę, babcię, ciotki, dom, drzewa, niebo, słońce, drzewa. Najczęściej malował drzewa, sam nie wiedział dlaczego. Za-pewne imponowały mu, a może tylko dlatego, że po prostu były w zasięgu wzroku.
Rysowało się.
Przez lata.
Rodzina zachwycała się (do czasu).

Nauczycielki w szkole zachwycały się (bez ograniczeń czasowych) piszczały z podziwu: „Jakiż ten nasz Mikołaj utalentowany!” i kazały rysować do gazetki ściennej, wysyłały jego dziełka na konkursy plastyczne. W których zdobywał zawsze pierwsze nagrody. Rzecz jasna rzeczowe. Farby, pędzle, niekiedy – nawet dość często – jakiś album. Najbardziej zadowolony był z albumów Boscha, Rembrandta, Breugla, Arcimbolda i Schielego. Dość może dziwnie i niezbyt konsekwentnie, ale tak się właśnie przedstawiał zestaw jego ulubionych malarzy. Do którego z biegiem czasu włączył Bacona i Beksińskiego. ale niestety zdarzyło mu się też kilka razy otrzymać albumy Kossaków. Niestety, ale właśnie ich albumy były największe, a jemu to malarstwo tak bardzo się nie podobało. I jeszcze musiało tych Kossaków być tak wielu, jakby jeden nie wystarczał. I te albumy schował w najmniej dostępnym miejscu, otwierał je rzadko, tylko w tym celu by przypomnieć sobie jak nie należy, czy wręcz nie wolno malować.

Długo trwało, nim uświadomił sobie, że żaden z najwybitniejszych malarzy świata nie był Polakiem. W muzyce jakiś może by się znalazł, nie szkodzi, że ten Polak trochę francuski, w literaturze też by się coś znalazło, ale w malarstwie nie. Ciekawe, dlaczego?
Może dlatego, że Polacy mieli gust Kossakowski? I nie potrzebowali malarstwa do niczego więcej, niż do ozdoby zakurzonych salonów?

Wprawdzie jemu też zdarzało się – zwłaszcza we wcześniejszym okresie – namalować coś w rodzaju konia, ale tylko coś w rodzaju. I tylko dlatego, że chciał sprawdzić, czy potrafi wszystko namalować. I przekonał się, że tak; tylko że na tym jego koniu to nie jechał Piłsudski lecz śmierć. Która uciekała od ludzi, bo stali się tak odrażającym gatunkiem, że nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. A ludzie z jej odejścia wcale się nie ucieszyli, ponieważ to znaczyło, że zostali skazani na swoje towarzystwo na wieczność.

Ale chociaż malował coraz ciemniejsze obrazy, to ogólnie było ładnie i miło i beztrosko. […]

Jolanta Stefko