FRAZA NR 59-60 / 2008 – SZUBERIADA: UKRAINA, PODKARPACIE, ŚWIAT

SZUBERIADA:
UKRAINA, PODKARPACIE, ŚWIAT:

Fryderyk Hunia
O nieuważności czyli o tym, jak dziś ludziom zbrakło czasu, by być
Na marginesie trzech zdań Janusza Szubera (fragment)

III. Grzech nieuważności

Niezdolny do życia w tej chwili, tylko w przyszłości i przeszłości, w lęku i smutku! Teologowie są więc kategoryczni: Taka jest właśnie sytuacja i definicja grzesznika: Człowiek bez teraźniejszości.

Emil Cioran

Naiwny. Teraz wiem,
że nieuwaga jest grzechem nie do wybaczenia.
A każda drobina czasu ma wymiar ostateczny.

Janusz Szuber

Nieprzypadkowo to Miłosz zwrócił uwagę na poezję Szubera i nazwał ją poezją uważną. Uważną na konkret, na zmysłową fakturę rzeczy. Jej autor mówi wszak expressis verbis: „W obliczu abstrakcji czuję się niepewnie; odpycha mnie jej oschłość, nie ufam sylogizmom”. Uważność tej poezji czerpie swą siłę z pamięci. Pamięć jest tej poezji elementarnym żywiołem. Ona zdaje się patrzeć na świat przez medium pamięci. „Pamięć mój jedyny paszport” – mówi poeta w wierszu Sen kornika.

Ale jest jeszcze inny rodzaj uważności, którą chciałbym nazwać uważnością na czas bycia (Grecy zdefiniowali wszak życie jako chronos tou einai – „czas bycia”). Przedmiotem niniejszej medytacji jest właśnie uważność tak rozumiana. Te dwa rozumienia uważności nie muszą, a nawet nie mogą iść ze sobą w parze. Dla tej drugiej bowiem, pamięć nie tylko, że nie jest sprzymierzeńcem, lecz stanowi wręcz przeszkodę, czynnik zakłócający widzenie rzeczywistości takiej, jaką jest – właśnie w jej Takości. Jej negatywny wpływ sprowadza się w gruncie rzeczy do tego, o czym pisał w jednym ze swoich esejów A. Huxley: „Umysł, który niewolniczo podąża za posthipnotycznymi sugestiami albo jest tak uwarunkowany przez emocjonalne wspomnienia, że na to żywe Teraz reaguje tak, jak gdyby było martwym Wtedy, nie może zrozumieć rzeczywistości, tak jak jest ona ofiarowana chwila po chwili”.

Przedmiotem naszej szczególnej uwagi jest tu – jak się rzekło – ta druga – niepochodząca z „przędziwa pamięci”, lecz rodząca się na gruncie medytacji – uważność. W przeciwieństwie do tamtej, którą możemy nazwać horyzontalną i kwantytatywną (w imieniu której Szymborska przeprasza czas „za mnogość przeoczonego świata na sekundę”) – ta druga, którą nazwalibyśmy wertykalną i kairologiczną, jest zdolna w jednym momencie przeżyć cały czas świata. Na gruncie poezji najdoskonalszą jej realizacją jest haiku – rodzaj poezji nieodłącznie związanej z medytacją zen.

Miłosz w wielu swoich – powstałych pod wpływem błogosławionych chwil samozapomnienia – wierszach, wydaje się zbliżać do tego stanu uważności czystej, jakiej żąda od nas zen (np. w wierszu Dar). Poeta ten zdawał sobie doskonale sprawę z ambiwalentnego charakteru pamięci: Ona była dlań z jednej strony gwarantem własnej (także poetyckiej) tożsamości, z drugiej natomiast – źródłem cierpienia. Znamienne są w tym kontekście jego słowa w Piesku przydrożnym: „Oby moje wiersze pomogły czytelnikowi zamieszkać w Teraz. I obym jako człowiek został wyleczony z chorób pamięci”. Wynika z nich, iż jedynym lekarstwem na choroby pamięci jest powrót do mądrości bycia w obecnym Teraz – do tej konkretnej chwili – z całą jej doczesno-metafizyczną treścią. Powrót – innymi słowy – do „rzeczy tego świata, które są i dlatego cieszą”. Tylko w takim, do ostateczności („absolutnie bez domieszki” – jak powiedziałaby S. Weil) uważnym byciu w Teraz, jest możliwe doświadczenie apokastasis, o którym pisał autor Drugiej przestrzeni, bowiem każde aktualne Teraz – jeśli jest tak uważnie przeżywane – „wyczerpuje wszystkie eony i wszystkie światy” (R. Panikkar).

Miłosz – jak powiedzieliśmy – zdawał sobie sprawę z tego, że pamięć przeszkadza nam w naszym spotkaniu twarzą w twarz z chwilą obecną, pierworodną czystością obecnego – za każdym razem nowego – Teraz. Zmąconemu przez pamięć spojrzeniu umyka wszak gigantyczna nowość każdego momentu. „Każda chwila – pisze Panikkar – jest tak całkowicie nowa i jedyna w swoim rodzaju, iż nie możemy nawet zrozumieć ogromnej różnicy w stosunku do poprzedniej”. Zabarwiona pamięcią o przeszłości nasza percepcja bezpowrotnie gubi tą – za każdym razem nową – jakość istnienia, którą z nieustającą hojnością ofiarowuje nam Rzeczywistość pod postacią każdej chwili Teraz.

Jak na tak – radykalnie – rozumianą uważność, poezja Szubera wydaje się zbyt przytłoczona nadmiarem pamięci. Zabicie pamięci jest dla św. Jana od Krzyża warunkiem koniecznym zbliżenia się do Boga. Pisze on: „Jeśli uda się komuś zabicie pamięci, to jest on jeden jedyny stopień mniej doskonały od stanu jedności z Bogiem”.

Nie znaczy to jednak, że ta głęboka wertykalna uważność jest obca metafizycznej samowiedzy Janusza Szubera. Dobitnym tego świadectwem jest jego wiersz Chłopiec mieszający powidła, który stał się inspiracją do napisania niniejszej medytacji o uważności. Jego ostatnie trzy zdania są ekspresją niezmiernie u współczesnego człowieka rzadkiej chwili błogosławieństwa, w której zdajemy sobie nagle sprawę z tego, że czas to życie, że każda chwila jest życiem, a więc że każda jest tak samo – to znaczy nieskończenie – drogocenna. Oto końcowe fragmenty tego wiersza:

Prawdziwe o trwałości diamentu miało się
Przecież dopiero wydarzyć w nieokreślonej bliżej
Przyszłości i, jak mi się wydawało, wszystko dotychczasowe
Było jedynie zapowiedzią tamtego. Naiwny. Teraz wiem
Że nieuwaga jest grzechem nie do wybaczenia.
A każda chwila ma wymiar ostateczny. (podkreśl. moje F.H.)

Jest to rozpoznanie z gatunku tych, które radykalnie zmieniają nasze dotychczasowe myślenie o życiu i świecie, i ukazują je w zupełnie nowym świetle. Jego istotą jest świadomość, iż prawdziwego życia nie należy szukać gdzieś na zewnątrz – w jakiejś innej przestrzeni i innym czasie, lecz że właśnie w każdorazowym Teraz i Tutaj naszego codziennego życia jesteśmy już w samym jego centrum. Owo przeżycie, w którym budzi się w nas świadomość, że każdy dzień naszego dotychczasowego życia był nieskończenie ważny, że wszystko wokół nas było wiecznością, której nie wolno nam było przegapić – jest równoznaczne z przebudzeniem do prawdziwego życia albo – krótko – z oświeceniem. Jedyną chwilą, by żyć prawdziwie jest zawsze ta – obecna Teraz – chwila. Ale my – jak słusznie pisze Thich Nhat Hanh – nie potrafimy być żywymi w chwili obecnej. „Bycie żywymi odkładamy na przyszłość, nie wiedząc dokładnie jak odległą. Możliwe, że w całym naszym życiu nie będziemy żyć naprawdę”.

Są takie okresy w życiu człowieka (szczególnie we wczesnej młodości, w których rzeczywiście „nam się wydaje”, że to, co Teraz przeżywamy niewiele ma wspólnego z życiem naprawdę, życiem serio, którym – jak nam się właśnie wydaje – zaczniemy żyć dopiero Kiedyś; że to Tu-Teraz wobec oczekiwanego jakiegoś Tamtego jest tylko przygotowaniem, tylko mostem, że ma się ono tak do Tamtego, jak zapowiedź do spełnienia.

W obecnej woluntarystycznej – na podbój przyszłości, a nie na pogłębienie teraźniejszości nastawionej – cywilizacji, powszechne jest przekonanie, że pewne okresy naszego życia należy podporządkowywać innym – rzekomo ważniejszym, które staną się naszym udziałem dopiero w „nieokreślonej bliżej przyszłości”. Jest to skutek błędnego rozumienia czasu przez współczesnego człowieka, wyparcia z jego świadomości tej – we wszystkich dawnych kulturach żywej – prawdy, że czas to życie i podporządkowania naszego życia czasowi zegarowemu. O tej, wypieranej dziś coraz skuteczniej z naszej świadomości – prawdzie przypomina nam Panikkar w poniższym cytacie: „Każdy czas jest równie święty i świecki; czasu nie można dzielić tak, że niektóre okresy są dyskryminowane na korzyść innych. Dzieciństwo czy starość, granie koncertu czy przygotowywanie się doń w domu, studiowanie czy korzystanie z tego, cośmy studiowali, czas uczenia się czy czas nauczania – one wszystkie są czasami tej samej wartości, ponieważ realny czas jest życiem, a życie ma wartość samo w sobie, a nie w swoich osiągnięciach”.

Takie myślenie, że w imię tego rzekomo dopiero „prawdziwego”, które miałoby się wydarzyć w „nieokreślonej bliżej przyszłości”, można dyskryminować to obecne Teraz, widząc w nim tylko „zapowiedź tamtego” – Panikkar nazywa mitem czasowej kauzalności, albo mitem teleologicznego myślenia o czasie.

„Synami chwili”, jak wiadomo, nazywano sufickich mistyków. Ale każdy, kto – prędzej czy później – zda sobie sprawę z tego, iż „nieuwaga jest grzechem nie do wybaczenia”, że „każda drobina czasu ma wymiar ostateczny” – i tą świadomością zacznie żyć dzień po dniu, chwila po chwili, może być nazwany „synem chwili”. Jednakże przytłaczająca większość z nas śmiertelnych, miast być owymi „synami chwili”, a więc synami czasowiecznego Teraz, godzi się bezwolnie na los „synów marnotrawnych” czasu, którzy ten drogocenny dar istnienia -jako człowiek – trwonią niefrasobliwie na coś zupełnie innego, niż to „jedno, które jest konieczne” – o którym mówił Jezus do Marty.

Niewielu tylko – jak się rzekło – zdaje sobie dziś sprawę z tego, że trwa w tym tragicznym zaślepieniu (awidji, jak mówi Wschód) i u niewielu dochodzi do owego nagłego „zwrotu (przewrotu) w najgłębszej siedzibie świadomości (o którym mówi się w sutrze Lankawatara), po którym – jak Szuber – możemy powiedzieć: „Naiwny. Teraz wiem…”. Wiem, że – jak inny poeta – Jan Twardowski – mówi:

Wciąż wieczność była z nami,
a nam się zdawało […]
że czas zmarnowany stale za krótki.

Ileż takich momentów w naszym życiu, w których czujemy, że czas zmarnowany i za krótki stale… Szczególnie dziś to odczucie, że czas stale za krótki, staje się coraz bardziej dokuczliwe. Nieużyźniany wiecznością czas kurczy się do wymiarów czasu zegarowego (chronos), który coraz bezlitośnie tyranizuje człowieka. Wyrzucamy sobie co prawda, że „czas zmarnowany”, ale jest to wyrzut nie tyle z powodu grzechu naszej nieuważności, który naraża nasze życie na „bezdomną wieczność przeoczenia”, ile raczej z powodu niedociągnięć we wcielaniu w życie sloganu time is money, który urasta do rangi podstawowego dogmatu w dzisiejszej – najbardziej pod tym względem ekumenicznej- panmonetarnej religii.

Wspomniane Szuberowskie trzy przełomowe zdania: „Naiwny. Teraz wiem / że nieuwaga jest grzechem nie do wybaczenia. / A każda drobina czasu ma wymiar ostateczny.” – są w istocie deklaracją powrotu do bycia w chwili, czyli – jak u Miłosza – postanowieniem zamieszkania w Teraz, w „rzeczach tego świata, które są i dlatego cieszą”. Nasza permanentna nieobecność w Teraz jest skutkiem naszej nieuważności. Ta ostatnia jest dla poety grzechem niewybaczalnym, ponieważ – jako skazująca nas na „bezdomną wieczność przeoczenia” – posiada wymiar eschatologiczny; ponieważ człowiek jest osobiście odpowiedzialny za swoje – spowodowane nieważnością – nieistnienie. Jakoż ten żyjący w permanentnym grzechu nieuważności współczesny „człowiek bez teraźniejszości” – nie istnieje. Wszak z istnieniem wchodzimy w kontakt poprzez ten punkt osobliwy, w którym czas styka się z wiecznością, jakim jest moment Teraz.

Ale dopóki żyje, może człowiek w każdej chwili wrócić do istnienia – wystarczy tylko skierować światło swojej uwagi na to – zawsze gotowe włączyć nas w misterium prawdziwego życia – obecne Teraz. Ten powrót ma zawsze u swego podłoża mistyczną intuicję, że ta codzienna rzeczywistość, z jej biedami i radościami, posiada wymiar ostateczny; że – mówiąc słowami K. Leonga – „Ten udręczony świat, ten świat pełen niedoskonałości, skarg, cierpienia i splamienia, jest w rzeczywistości nirwaną, gdybyśmy tylko nauczyli się widzieć go w nowym świetle””Intuicja ta pozostaje dziś żywa jaszcze tylko u kontemplatyków i (kontemplacyjnych) poetów – ludzi, których w ekstazę wprawia już sam fakt, że fakty są; niektórzy mają świadomość, że „każda drobina czasu ma wymiar ostateczny”: „Wciąż wieczność była z nami / a nam się zdawało”. Ona wciąż była i jest z nami. Ona zgoła „spowija nas, cokolwiek czynimy czy nie czynimy” (M. Pallis).Ona pragnie się nań objawić, ale nasze „za nerwowe” serce nie jest zdolne przyjmować. Każdego dnia i w każdym momencie:

Wszystko jest gotowe
I tylko czeka na ciebie.
Pełnia chciałaby ci się objawić,
ale twoje serce jest niezdolne przyjmować.

Ona (wieczność) – aby się nam objawić – potrzebuje tylko światła naszej uwagi, która wszakże – jak podkreśla S. Weil – musi być tak zupełna, że „ja znika”. W takim stanie – koncentracji uwagi doprowadzonej do ostateczności – w którym spotykam „wszystko z taką uważnością i oddaniem, jak gdyby nie było przeszłości i przyszłość była całkowicie nierzeczywista” (R.Panikkar), wszystko staje się okazją do urzeczywistnienia. Pisze o tym mistrz zen Fo-yan: „Podczas wszystkich codziennych czynności, kiedy widzisz barwę, jest to najlepszy moment do urzeczywistnienia, kiedy słyszysz ludzi, jest to najlepszy moment do urzeczywistnienia. Kiedy jesz i pijesz jest to najlepszy moment do urzeczywistnienia. Wszystko są to okazje do urzeczywistnienia, jeżeli transcendujesz we wszystkim podmiot i przedmiot, […]. To jest stale tutaj, lecz światowi ludzie tego nie rozpoznają”.

Nirwana – mówią mistrzowie zen – nie jest skutkiem jakiegoś osiągnięcia, lecz sprawą przebudzenia do rzeczywistości tego miejsca i tej chwili. Ona ostatecznie polega na otworzeniu się na to, co jest, i na totalnej akceptacji tego – takiego, jakie jest. „Nirwana – mówi Krasiński – polega właśnie na wygaśnięciu >pragnienia< czegoś innego niż obecne Teraz”. Temu samemu przekonaniu daje wyraz Thich Nhat Hanh pisząc: „Faktem jest, że my jesteśmy nirwaną. Przez 24 godziny jest nam do dyspozycji nirwana. Nie musimy jej szukać w jakimś innym miejscu, bowiem ona jest podłożeni (gruntem) naszego bytu”. Przez całe życie mieliśmy to przed sobą, a jednak tak niewiele z tego rozumieliśmy. Nie rozumieliśmy, że od prawdziwej rzeczywistości nic nas nie dzieli, że brama do niej pozostaje – w każdym miejscu tej przestrzeni i w każdym momencie tego czasu – zawsze otwarta. Toteż poeta, który „wie więcej niż można wiedzieć”, na pytanie, co nas dzieli, słusznie odpowiada:

Nic.
Ściana jest z powietrza.
A nam się wydaje nieprzenikniona jak kamień.

(E. Schönwiese)

Znowu pojawia się owo diaboliczne „A nam się wydaje…”, które za sprawą – jak mówi w tym samym wierszu Schönwiese – „naszej obłąkanej wyobraźni” każe nam widzieć zbyt „wiele rzeczy, które nie istnieją”. Ono stanowi istotę owego „iluzorycznego zdwojenia – o którym pisze Marco Pallis – pierwotnej jedności, wskutek którego drzewo życia w tajemniczy sposób przybrało pozór bycia drzewem dobra i zła”. To zdwojenie, jego zdaniem, stało się wzorem i zasadą rozproszenia na tym świecie.

Przeciwieństwem tego rozproszenia jest skupienie, koncentracja, a więc uważność, która ratuje nas nieustannie przed popadaniem w „bezdomną wieczność przeoczenia”. Jej przywodzicielska moc pozwala nam być zawsze tam, gdzie jesteśmy, zawsze na czas z chwilą obecną. […]

Fryderyk Hunia

Janusz Pasterski
Iksjon

W popijarskich murach rzeszowskiego muzeum
Pomyślałem o Bieczu
Dziedziniec tonął w wieczornym mroku
Trawa przylgnęła do ziemi
A spod niewielkich jodeł wypełzał jęzor cienia
Ludzie przemykali w krużgankach
Ozłoceni światłem jak ptaki
Na błyszczącej tafli nieba

Kiedyś w bieckim klasztorze także patrzyłem
Na kwadratowy podwórzec
Z wielką cembrowiną studni i przerośniętym kołem
Na którym mógłby się obracać sam niewdzięczny Iksjon
Gdyby z przestworzy wrócił raz jeszcze
Na oddaną ziemię

Agion oros
Joli

oliwkowe góry jak błagalne dłonie
zastygłe w modlitwie
krok za krokiem
z westchnieniem
słowa ulatują w przestrzeń
słońca i mgły

zewsząd oddalenie
plaster ciszy oblepia zmysły
sennym zamyśleniem

w twoich oczach krągły obłok
jasna wyspa mnisich łez
znad Mount Athos

jak blisko stąd do brzegu
jak daleko

Ouranopoli

Wąska droga przez senne miasto drży od upału
Jeszcze chwila a zgubi swój kamienny rytm
Zamieni się w nitkę żółtego blasku
A potem w jasny tunel słów

Pod wieżą rozlane plamy ciszy
Nieruchome siedziska krzeseł
Wygięte tęsknie w nadziei na ślad wiatru
Lecz z morza tylko szum

Szara i wyblakła brama
Do zmurszałego nieba

Ojciec siedzi nieruchomo…

Ojciec siedzi nieruchomo na ławce
Zdaje się patrzeć w zielone trzewia ogrodu
Albo słuchać klasztornych kurantów
Dryfujących strugami powietrza
Gdy podchodzę bliżej unosi się lekko
I zwinnym krokiem rusza do drzwi
Patrzę na jego plecy i próbuję podążać za nim
Ale w pokoju znika za kolejnymi drzwiami
A potem jeszcze jednymi
I znowu innymi

W pustych pokojach dotykam niemych ścian
Powlekanych białym plastrem chłodu

Jak w mglistym labiryncie snu
I czegoś co nazwać nie potrafię

Wstań to krótki sen…

wstań to krótki sen
tylko sen

różowy język dnia
plamy cieni liże jak pies

na trawie rosa
i wędrujący ślimak

między drzewami sznur bielizny
pęcznieje pod mokrym ciężarem

powietrze błyszczy
tak jasno

Ulica piekarska rok 1802*
Januszowi Szuberowi

Kamienica Kobierskich, rudera extant.
Kamienica Rymarza, rudera extant.
Dom Niklewiczów, ad praesens wymarli wszyscy,
bez gospodarza i pusty zostaje.
Plac Majerskiego pusty i zawalony.
Kamienica nieboszczyka pana Łapczyńskiego,
ta jeszcze przed powietrzem pusto stoi.
Podle tego dom Skowrońskich
in antecessum pusty, dotąd nie skończony.
Podle tego dom Bezakowicza,
w którym tylko z powietrza sam jeden został,
a żona, dzieci, czeladź wymarli.
Ex opposito tych domów
rudera i znaki domów sześci,
na których miejscu extat tylko jedna chałupka mała
Wajszewica, złotnika, któremu żona i dzieci wymarli,
tylko sam został.
Podle tego rudera kamienic siedmiu
ogniem spalonych i dotychczas pustych;
z tych wszystkich siedmiu tylko jedna nakryta dachem
już niedobrym,
ale ludzie w niej wymarli
i ta upaść skłonna.

* Wszystkie zdania w tym utworze zaczerpnięto z testamentu ks. Jana Bochniewicza, który w roku 1802 przekazał swój majątek na odbudowę domów w Bieczu i osadzenie w nich rzemieślników „ogniem jednak nie robiących”, a także na utworzenie fundacji służącej gospodarczemu odrodzeniu miasta. Fundacja przetrwała do roku 1958.

Szkic do portretu jubileuszowego
Autorowi „pięcioksięgu”

za oknem żółte ramiona dźwigów
jak monstrualne żyrafy na bladym niebie
powłóczyście obracają swoje ażurowe nosy
w niemym przedstawieniu
niżej nad drzewami pierścienie obłoków
łaskotane miękko zielonymi palcami

J. siedzi zamyślony
okulary z grubego szkła
głowa wsparta na ręce
chłopięca grzywka
z siwymi włosami

nad nim na rysunkach
chłodne wnętrza kamienic
i białe płótno
z ciemną linią kobiecego ciała
jak złudną obietnicą rozkoszy
z dawnego snu

na ścianach dalekie przestrzenie barw
rozbłyski zbudzonej materii
szorstkie formy rzeczy
ze świata tego – nie tego
przywołane z czeluści słów
na krótkie dziś

Janusz Pasterski

Mariusz Kargul
Prozy (fragment)

GROOM-BROOM
Czyli końca świata w Krasnymstawie próba pierwsza

Gród poddał się w końcu wieczorową porą. Kominy i dachy nasunęły na siebie czapę ze snów i z cichym posapywaniem oddały kontemplacji wydarzeń z dnia minionego i pokonywaniu progów niewiary. Ludziom wydawało się, że układają się teraz do spania, a to przedmioty tak naprawdę wkraczały w kolejny etap zmęczenia materiału. Miotła stróża nocnego Hermana z drżeniem startych brzozowych witek poczęła tęsknić za porannym uściskiem zgrabiałych dłoni pana, a kapcie babci Rozalii mogły wreszcie odetchnąć świeżym powietrzem.

Tak, miasto definitywnie wkraczało w krainę snu. Nie mogły tego zmienić ani wściekle intensywne reflektory drogich terenowych aut, ani tym bardziej fosforyzujące ekrany aparatów młodocianej populacji użytkowników telefonii komórkowej.

Nikt tak do końca też nie zbadał, kiedy najlepiej opada się liściom z drzew – w ciągu dnia, czy nocą? Wypada snuć przypuszczenia, iż chyba jednak nocą, bowiem wtedy łatwiej przychodzi im ogałacać rodzinne konary i pnie z resztek złudzeń. Ludzie wstają rano, pospiesznie zdążają do pracy, do szkoły albo donikąd, i myślą: o gołe drzewo, zima idzie! A tu wcale żadna zima nie idzie, tylko efekt cieplarniany zamienia wszystko w globalną mikrofalówkę.

Jakoś dziwnie tej doby nie mógł usnąć tylko Spirydion Rosenkranz. Nie mógł, bo jego ciało dotknęła, szalejąca w owym czasie po całej okolicy, epidemia dekapitacji. Mieszkanie na Kociej przypominało rzymskie Koloseum z okresu największego prześladowania chrześcijan. Głowa bezradnie spoczywała w rondlu na rosół, nogi przemierzały przedpokój w różnych kierunkach, ręce kartkowały nerwowo kolejne strony świerszczyka, a tułów turlał się po dużym pokoju. Tylko oczy, przyklejone do szyby balkonowej, wypatrywały, jak zwykle o tej porze, świateł w jednym z mieszkań sąsiedniego bloku. O tym, co robiły i gdzie się poniewierały genitalia, kroniki milczą.

Na ten czas uchyliły się drzwi do mieszkania i dało się słyszeć szyderczy komentarz Dobrogniewy Zdziąsłej (życzliwej sąsiadki):

– No tak, u Rosenkranzów znowu bal wszystkich świętych, bo zupa była za słona…
A po chwili warknęła wściekle:
– Daimonion! Ty świnio parchata, wracaj szybko do nogi!

To było do jej psa, który znalazł akurat w pawlaczu lewe jądro ciemności sąsiada.
Równolegle, na pobliskiej stacji benzynowej, monsieur Gwidon przeczytał następującej treści komunikat: „Kierowco! Zachowaj bezpieczną odległość 5 metrów sześciennych od tankowanego pojazdu”. W tej samej chwili, zarówno on, jak i jego samochód, rozpierzchli się w pyłowej chmurze atomów, wypełniając dokładnie żądaną przestrzeń.

I wtedy noc, która wcale nie była nocą, tylko dniem z przepaską na oczach, osiadła delikatnym puchem na teleskopie miejscowego astronoma.

Epikryzys

Słowo padło. I zaraz uniósł je wiatr. Skąd nagle tyle pytań się wzięło, dlaczego w sitowiu zalęgło się mrowie wątpiącego pokrzewia? Słowo leciało dalej gnane niewiadomym przeznaczeniem. Przekazywano je z ust do ust i z pokolenia na pokolenie. W każdej wiosce i mieście żył przynajmniej jeden jego strażnik, ale czynił to bezwiednie. Kiedy umierał, słowo szukało kolejnego wcielenia. I tylko nadąsane gospodynie biadoliły czasem przy studniach, na widok kogoś takiego: durny, sam nie wie, co mówi! Bo tak naprawdę nie wiedział…

Słowa nie dało się jakoś namierzyć czy zatrudnić do konkretnej idei. Tylko nieliczni zdawali sobie sprawę z tego, że wypowiedziane odpowiednią ilość razy, we właściwym miejscu i czasie, przez wybrane do tego osoby, może przynieść totalne zniszczenie bądź wieczny dobrobyt. Istniał podobno sposób na jego śledzenie, na typowanie miejsca, gdzie akurat może się ono w danej chwili znajdować. Z upływem czasu stawało się to jednak coraz bardziej skomplikowane. Raz, że liczba ludzi zaczęła rosnąć w zastraszającym tempie, a dwa, że ludzie ci, między jedną rzezią a drugą, potrafili jeszcze produkować coraz to nowe środki przekazu. Zrobił się jeden wielki szum i słowu nie było już tak łatwo dotrzeć do swego odbiorcy.

W pewnym mieście, na jednym z uniwersytetów, w głowie stojącego nad grobem semantologa zrodziła się nagle szalona myśl szukania słowa za pośrednictwem archeologii czasu teraźniejszego. Jego – dla wielu kolegów i studentów chore – rojenia opętała idea połączenia w jednym klasycznej archeologii z semantologią, lingwistyką, etnografią i psychoanalizą. Po jakimś czasie zdołał nawet zgromadzić wokół siebie grupkę współpracowników reprezentujących każdą z tych dziedzin.

Nastał październik, a oni miast kłaść w umysły niespokojnej żakierii powtarzane od lat formuły i zaklęcia, ruszyli przed siebie w kierunku wschodzącego słowa. Tak im się przynajmniej wtedy wydawało. Na postojach Mistrz, bo tak go zaczęli nazywać, a on, skoro tak chcieli, nie bronił się przed tym dotkliwie, kładł na karty dziennika podróży swe uwagi i spostrzeżenia, które po latach uznano za kanoniczne. Stroniąc przy tym od pochopnej dla wielu pokusy kanonizacji samego Mistrza. Teraz były to jednak oderwane frazy, jakieś wyjątki z logicznego ciągu skojarzeń, ochłapy rzucane na kartę, gdy rumak pozwalał, a z nieba nie sączył się deszcz lub zgubny całun nocy.

W przerwach między jednym a drugim badaniem pochylał się cierpliwie nad problemami swych uczniów, bo też po czasie zaczął ich tak nazywać, a oni, skoro on tego chciał, także kurczowo nie próbowali mu tego zabraniać. Musieli wypracować jakąś wspólną metodologię i taktykę prowadzonych przez siebie działań. Nie mogli już dłużej spadać niczym jastrzębie na uśpione wioski i pogrążone w letargu dzielnice miast i miasteczek, tylko dlatego, że musieli znaleźć słowo! Mało kto rozumiał ich pytania, nikomu nie przyszło do głowy pomóc choć trochę w żmudnych dociekaniach. Musieli uciekać się do wybiegów i sztuczek rodem z popisów arlekina trzymanego na wodzy przez pana nieba.

Czasami, ale to rzadko, jakaś staruszka wychodziła do nich na drogę z kanką mleka i bochnem razowego chleba. Patrzyli wtedy na siebie, jak gdyby starając się odgadnąć prawdziwe intencje każdej ze stron. Kobieta miała nadzieję, że któryś z nich okaże się jej mężem, synem, bratem albo kochankiem zaginionym na jednej z ostatnich wojen. Dla nich najważniejsza była pierwsza fraza, która miała paść z jej ust. Otaczali ją wtedy szczelnie wiankiem mikrofonów, notatników i kamer. Czekali na to, co powie im ta żywa skamienielina pradziejów ludzkiej godności. Liczyła się tylko i wyłącznie pierwsza wypowiedziana kombinacja liter. W nich miała być odpowiedź i ulga.

Ale na tych przestrzeniach spełganych przez nikomu nie nadający się już do niczego zmurszały pień snu, padało zazwyczaj: Józiu, to ty? Józiu, Franiu, Janku, Władku – imion było bez liku, pytanie zawsze to samo. Im nie o to jednak chodziło. Zawiedzeni w swych nadziejach odwracali się do niej plecami. Staruszka kruszyła wtedy chleb twardy jak serce matkobójcy na progu swego domostwa, a mleko ściekało po brodach dziadów proszalnych, bo ci nigdy nikomu niczego nie odmawiali. Mistrz i uczniowie taszczyli niespiesznie zwoje empirii do sakwojaży, wokół których kręciło się już trochę much i rzezimieszków. Nie posiadali jednak żadnych mieszków. Ich wygląd wskazywał jednoznacznie na to, że nawet w przyszłości posiadać ich nie zamierzają, więc i rzezi z takiej drobnostki nie było powodu czynić. Lepiej zachować noże na lepszą okazję. Kto wie, może przez okolicę przejedzie jakiś dostojnik albo przetoczy się procesja bankierów?

Później, na jednym z cmentarzy, przepełnionym do bólu szczątkami doczesności, zauważyli rząd płaczek ustawionych pod murem. Figury stały kiedyś w różnych częściach nekropolii, ale w końcu okazały się nieekonomiczne. Zajmowały za dużo miejsca i zawadzały licznym konduktom. Mówi się, że chorzy kradną powietrze zdrowym, a tutaj kamieniom nie dano spokoju tylko dlatego, że trwały tam, gdzie postawiono je przed dwustu, a może i więcej laty.

Mistrz lubił wracać niekiedy w swych notatkach do czasów dawno minionej niepokory. W jednej z urywków czytamy: „I wnikam w mgielnię kopuł strzelistych – tak brzmi ostatnie zdanie zaginionej powieści przyjaciela lat mej młodości Porfiriona Ostapczuka. Poroforo, jak do niego mówiliśmy w gimnazjum, nie zdradzał nigdy żadnych oznak zainteresowania sprawami literatury. Ba, on stronił od niej na wszelkie możliwe sposoby. A potem chcieli dać mu to czy tamto, nominować do tego czy tamtego. Wszystkich miała wyłożyć podobno jego książka, którą w rękopisie widziało tylko kilku wybrańców, dzieło kompilujące szczytowe osiągnięcia średniowiecznej scholastyki z twórczością science-fiction wczesnego Lema. Coś na kształt summy zdarzeń i skojarzeń z życia pewnego małomiasteczkowego lumpa, który znał tajemne wejścia do pewnych podziemi. O czym zapominają niektórzy autorzy książek przygodowych, znał też z nich wyjścia, dzięki czemu nigdy nie trzeba było wdrażać jakiejkolwiek akcji ratunkowej. A zresztą, komu by się chciało szukać jego przesiąkniętych wonią denaturatu teleskopowych odnóży.

Do końca też nie wiadomo czemu tej powieści nie ujrzały nigdy złaknione oczęta czytelników. Zabrakło papieru? A gdzie tam, zabrakło odwagi, aby ją wydać. Coś podobno było w niej takiego, co nie dawało spać po nocach naczelnikowi policji, skarbnikowi magistratu, księdzu proboszczowi i akuszerce Wasylisie. Starzy mawiają, że i burmistrz maczał w tym palce, a może nie tylko palce… W każdym bądź razie wtedy w miasteczku działała tylko jedna drukarnia. Przydział papieru był określony jasno i precyzyjnie. Wychodził jeden tygodnik katolicko-samorządowo-społeczny „Spójnia” (kiedyś pijany i cierpiący na podagrę zecer zamienił „S” w tytule na „Z” i poleciały gromy z ambony), oraz rocznik kompilacyjny „Zbiór wszytkich porad jako moralność ducha utrzymać i trzeźwość umysłu od trunków ognistych chronić”.

Mieszkała w Kujewie (miasto położone na Rusi Kujewskiej) stara wdowa Rozwódzka. O swym małżonku lubiła mawiać, że chadzał ongiś na Tatary. Złośliwi twierdzili, że jak już, to był w stanie dojść do szynku na tatara albo ewentualnie pojechać do dzielnicy Lublina o tej samej nazwie, na dziwki, bo na prawdziwych Tatarów, jako niewiernych pohańców, był stanowczo za młody, a i te czasy, kiedy się na nich chadzało już dawno minęły. Dla niej nie miało to jednak większego znaczenia i spotkanych na ulicy przechodniów raczyła kolejnymi wieściami z frontu. Zależnie od tego, co wpadło jej pod okular, donosiła, że jej pan małżonek dobywa właśnie szabli nad modrym nurtem Bosforu, ściga buntowniczych Burów, nakłania mułłę Damaszku do przejścia na feng shui, trzebi dzikich w puszczach Amazonii i trzyma do chrztu ostatnie dziecię szamana Zapoteków.

Od tych ostatnich było już blisko do „apteków”, w których zaopatrywała się w goździkowy rum na pamięć i tytuń do faji, którą wystukiwała o czerepy napotkanych obywateli zacnego grodu. I naprawdę było jej obojętne kogo zdzieliła. Podobno przydarzyło się to raz carskiemu dostojnikowi. W przypływie szału zapowiedział, że miasto karze spalić, zburzyć, zaorać albo coś w tym stylu i na koniec zdrowo posolić. Jak Kartaginę! Już w Jadowicy zdołał o wszystkim jednak zapomnieć. Pani Rozwódzka, szturchnięciem swego cybucha w tak szlachetną potylicę, uruchomiła przypadkiem tkwiące w tym miejscu pokłady amnezji, no i nie dość, że wysokiej rangi urzędnik zapomniał niebawem o przyrządzeniu pieczystego z miasta, to w okolicach Zamościa doszedł do wniosku, że carat to bagno, a jego uwierają kalesony. Po paru tygodniach prasa donosiła, ze zwolniono go ze służby, lecz ze względu na wielkie koneksje rodzinne z dworem i zasługi poniesione w latach poprzednich, wysłano na Syberię w celach rekonwalescencyjnych, do uzdrowiska nad brzegiem Bajkału.

W Kujewie niewiele było miejsc nadających się do skutecznego kolportażu wspomnianych wcześniej arcydzieł wolnodrukarstwa. Mieszkańcy i gawiedź okoliczna zaglądali najczęściej do parafialnego kościoła na niedzielną mszę, po niej do karczmy Żyda Jakubka i sklepu „z artykuły kolonialnemi” imć Pafnucego Grząski. Co roztropniejsi zachodzili w głowy, czemu właściciel afiszuje się publicznie, że sprowadza towar z położonej o pół mili za miastem Kolonii Borowej. Wielu z nich żadnej innej „kolonii” na oczy nie widziało, toteż i dziwowali się niepomiernie ekstrawagancji pana Pafnucego. On w swej prostodusznej tkliwości odpuszczał pospólstwu luki w trendach kupieckich ówczesnego świata i wciskał „korzeń mędrej agory na bóle dokućliwe”, „ząb mądrości Matuzalema – chłopu na pożytek a babie na ozdobę”, „ziele fajurne”, „pyjafkę skrzep w żyle rozpijającą”, „wywar z kiszek stwora nilowego na tamę pochuci”, „pył z sandała Jakuba z Composteli na ropień ucha wrzodziejący, ać przez to sumy niedzielnej wysłuchać nie dający”, i jeszcze wiele innych frykasów, od których skalpel wypada z ręki anatomopatologa, a włos się jeży na głowie farmaceuty.

Wtedy (sto lat temu a może i wczoraj), nie było to jednak żadnym problemem, a ten kto choć raz nie kupił i nie zażył czegoś z przeobfitej oferty sklepu na Cyjanowej, uchodził w towarzystwie za osobnika niższej kategorii, któremu panny służebne nie odbierały paltota w przedsionku, a wyrostki uliczne miały go sobie w głębokim rozważaniu. Kto więc nie zasnął w kościele, w szynku albo na wieki pod sklepem, mógł zaopatrzyć się właśnie w tych dobrych punktach w najnowszy numer „Spójni”, bądź przewertować pożółkłe stronice „Zbioru porad…”. Gorzej i głupiej być już nie mogło. A jednak […]”.

W tym miejscu rękopis Mistrza staje się niemożliwy do dalszego odczytania. Zalała go żółć albo herbata. A może to i lepiej, kiedy upiory przeszłości śpią smacznie w przepastnych archiwach bezpieki, a gruby zabobon szerzy się tylko w kreskówkach? Nie ma co pisać i mówić dłużej o Mistrzu, jego uczniach i mało rozgarniętym przyjacielu Porfirionie, bo to chwały miastu z sobą nie niesie, a tylko jakowyś swąd dawno spalonego westybulu przywiewa.

Mariusz Kargul

Janusz Pasterski
Na marginesie podróży

W czasach nie tak odległych od ponowoczesnej teraźniejszości podróżowanie należało do obowiązkowej edukacji poety. Nie wymagało zresztą specjalnych uzasadnień, bo poznawanie świata i jego różnorodności było od zawsze jedną z najważniejszych dróg inicjacji. W przypadku pisarzy miało jednak i walory dodatkowe, które owocowały w ich utworach zarówno bezpośrednio poprzez nawiązanie do toposu podróży czy też sięgnięcie po realia lokalne, jak i w sposób bardziej złożony – poprzez poszerzanie horyzontów poznawczych i kulturowych. Z podróżami poetów jest trochę tak jak z ich lekturami, a pytanie o to, po co się czyta książki innych autorów można zastąpić pytaniem o to, po co się jeździ w inne miejsca. Czyta się głównie po to, aby się utwierdzić w podobieństwie lub podkreślić swoją inność. Ale ten pierwszy przypadek niewiele daje poza niebezpieczeństwem naśladowania i repetycji. Tak naprawdę rozwija szukanie, stawianie oporu, zderzanie z innością, podejmowanie dialogu. Tym samym podróże mogą stać się również rodzajem lustra, w którym wyraźniej dostrzec można porządek świata, a także swoje w nim miejsce.

Rytm podróżowania wyznacza też myślową strukturę wierszy Dariusza Dziurzyńskiego. Początkowo są to impresje z różnych miejsc związanych z dalszą i bliższą przeszłością. Tak widzimy normandzkie Wzgórze Świętego Michała z błyszczącą w słońcu iglicą, której złoty ornament tchnie ufnością, iż „wątła dusza / raz ośmielona / dosiądzie smoka”. Podobnie Hamburg, oglądany z ciekawością, ale przenikniętą polską pamięcią wojny. Ułamki rzeczywistości splatają się w niespójną całość. „Pozostało wrażenie kalejdoskopu” – czytamy. Postrzegany w ten sposób świat wydaje się jednak mało realny, fantazmatyczny. „Należałoby wrócić do rzeczywistości” – zauważa więc Autor. Ale jak to zrobić, bo przecież nie na wzór wielkiej XIX-wiecznej epiki? Zbyt to wszystko rozbite, pokawałkowane, zrelatywizowane. Czy można zatem być choćby flâneurem kontemplującym ruch wielkiego miasta? I jak to zrobić dzisiaj bez cienia fałszu i naiwności?

Podróż tropami kultury i przeszłości zamienia więc Dziurzyński w podróż wewnętrzną, ale jeszcze bardziej zagmatwaną, rozciągniętą w surrealistycznej poetyce snu („wyrasta srebrna nasturcja”). Wprowadza motyw uporczywej bezsenności, której towarzyszą obrazy lęku i niepokoju. Jak w takiej sytuacji odróżnić rzeczywistość od snu, fakty od marzeń? „Może się okazać że tam nie ma nic” – pisze w innym wierszu, dochodząc do kresu swej poetyckiej podróży. Może ona sama to tylko rodzaj paliatywu uśmierzającego ból. Autor zaznacza jednak ironiczny nawias, w który wpisuje swoją ściszoną formułę szukania. „Może jedynym światem który istnieje / jest pora obiadu aromatyczna kawa” – podpowiada odejmując wierszom zbędny patos i zaznaczając niewidoczny dotąd dystans. Ta autoironia sprawia, że wiersze zyskują inną, zróżnicowaną perspektywę, a zawarty w nich topos „poety i świata” przybiera ciekawy i dojrzały kształt.

Janusz Pasterski

Dariusz Dziurzyński
Mont-Saint-Michel

Archanioł Michał
tańczy ze smokiem
na złotej igle
gotycki motyl

rusza skrzydłami
wachluje morze
przypływ i odpływ
ludzie jak muszle

suną po schodach
konchy peleryn
marsz perłopławów
w kroplach nadziei

że wątła dusza
raz ośmielona
dosiądzie smoka
boży woltyżer.

Hamburg. Druga odsłona

Przybywając do Hamburga
nie pamiętałem

zabitego uśmiechu matki
przyjaciela o rozstrzelanym piórze
zburzonego domu.

Kierowała mną ciekawość
jak wygląda świat
z którego zdjęto kurtynę.

W nocnych klubach
samotność i dźwięki techno.

Potem przedziwny spektakl:
półnagie aktorki pełzają po podłodze
odkrywając spocone kępy włosów.

Zakazana dzielnica o czerwonych witrynach
i neonach z penisem (kobietom wstęp wzbroniony
a prostytutki mają prawo linczu).

Następnego dnia muzeum wojny.
Stare piwnice imitują schrony
odgłosy syren i strzelaninę.
Epitafia (anonimowe twarze żołnierzy).

W muzeum secesji
podziwiam boazerie
Guimarda i Van de Velde
oczarowany jak katechumen.

Odjeżdżając z Hamburga
nie musiałem wybaczać
ani prosić o wybaczenie.

Należę do pokolenia wolnego od krzywdy
o nieskalanym
lekkim sumieniu.

Pozostało wrażenie kalejdoskopu
wymieszania fragmentów resztek.

Nadal szukam iglic

Konspekt

należałoby wrócić do rzeczywistości
nie zachodząc w głowę czy(m) ona jest
opisać wielkie magazyny wyprzedaże
merchandising promocję wpływ reklamy
potem wyjść na bulwary których nie ma
i wzorem flaneura kontemplować ruch
mrowisko ludzkie pełznące do metra
wypełzające z metra korki tłum
a przy tym nie tracić z oczu nędzarzy
pochylić się nad nimi z bijącym sercem
z odą na biednego bezsilnego człowieka
rezygnując z rozpaczy i sentymentalizmu
pamiętać o domach z żelaza i szkła
utopii przywłaszczonej przez kapitalizm
podziwiać miasto jak rośnie jak drży
Warszawa jest piękna Kocham Warszawę
mieć na uwadze elity polityczne rząd
parlament tę giełdę partyjnych walut
i zachować nieufność do tego co mówią
obnażać nieufność złośliwym żartem
wstępować do oper za kulisy teatru
do pracowni niedocenionych malarzy
i pisać o miłości niekoniecznie własnej
(nie zawsze własne oznacza powszechne)
o naiwnych Emmach w falbanach portali
patrzeć na wszystko przez swój temperament
temperament czasu i temperament postaci
wprowadzać dane nauk eksperymentalnych
scjentyzm dziś silniejszy niż wówczas
i nową duchowość choć nowa pozornie
należałoby wrócić do rzeczywistości
oddać Bogu co biblijne a światu epikę

Walc

Bezsenność chroniczna
bezsenność krótkotrwała
tzw. bezsenność z odbicia.

Trzy siostry syjamskie
przy moim łóżku
a każda z nich miłosierna.

Pierwsza podaje tabletkę
druga podaje tabletkę
tak samo trzecia.

Po niespełna kwadransie
pokój pęka na pół
wyrasta srebrna nasturcja.

Śni mi się Strasbourg
w którym gubię buty
i masywna fiskalna kasa.

Potem spacer w Sudanie
przewraca się lampa
a z boku donośny aplauz.

Moje siostry syjamskie
jak na wielkiej gali
biją samotrzeć brawa:

bezsenność chroniczna
bezsenność krótkotrwała
bezsenność z odbicia tak zwana.

Paliatywy

Może się okazać że tam nie ma nic
a życie jest wszystkim co można osiągnąć
obcowanie zmarłych to ciągły ruch cząstek
nie bardziej świadomych niż włókna czy pestki.

Nasze cierpienie rozlega echem
tylko wśród ludzi zdolnych do współczucia
wizja przyszłej nagrody (zadośćuczynienia)
działa uśmierzająco jak magiczne zwierciadło.

Następuje zrównanie człowieka z kotem
kota z krzakiem jaśminu jaśminu z motylem
na głębokościach płytszych niż przypuszczam
sny kamienieją w wiecznej zmarzlinie.

Może jedynym światem który istnieje
jest pora obiadu aromatyczna kawa
robienie zakupów
a dusza to świadectwa naszej wyobraźni
posłusznej lękom jak barokowy światłocień.

Wtedy

pocałunek wibrowałby dźwiękami planet

Dariusz Dziurzyński