FRAZA NR 59-60 / 2008 – PORTRETY

PORTRETY:

Serhij Stepa
Nie dziś, tylko wczoraj i zawsze (fragment)

Krzyczały drzewa, jęczał wiatr, hałłakowali jeźdźcy, porośnięte lasem góry dymiły szczelnymi mgłami – rósł w siłę strach; rzeki chlapały brudnymi odmętami o bryły skał, na ciemnym płótnie nieba z trzaskiem pruły się nici błyskawic, dzieci nienarodzonych rodziców opłakiwały swój przyszły los, kobiety zwijały się z bólu całorocznych porodów; z rachowskiej karczmy wychodziła Cyganka, spuchnięte worki jej piersi zwisały na rozdęty brzuch i trudno było uwierzyć, że w wytartej talii kart, kryjącej się pomiędzy cyckami, zmieściło się wszystko – i przeszłość, i przyszłość.
– Tak, to wszystko tam jest, nie ma tylko dziś, synu, – wypaplała swoimi trójzębnymi ustami.
– Ile dzieci piło twoje mleko?
– Dużo… Miałam dobre mleko, w nim wiele dróg. Ale to już było. Chcesz wiedzieć, co będzie?
– Chciałbym wiedzieć, co jest.
– Ty głupcze… Dlaczego nie rozumiesz, kiedy to takie proste? Nie ma tego, nie ma teraz, jest tylko – co było i będzie. Powiem słowo, ale nie teraz, bo zanim je wypowiem, przeminie.
– Nie gadaj głupot, babo. Ciżmy jak miałaś dziurawe, tak nadal masz. Ubranie też dziurawe.
– Aj-aj-aj, nie rozumiesz, chłopcze. Patrz, – rozdarła swoją szeroką suknię, zdjęła gumiaki i wrzuciła wszystko do Cisy; stała goła, tłusta, niezgrabna, z szeroką czarną plamą poniżej zwisających piersi i śmiała się.
– Teraz jesteś goła. Nie masz już ubrania.
– He-he, jak ciężko cię czegoś nauczyć.
– Mnie? – stara Cyganka zaśmiała się głośno; jej ciało, pogniecione przez niezliczone dnie, zatrzęsło się, zafalowało, jak piwna piana w kuflu. – O nie, nie pasuję do ciebie, fajny z ciebie młodzian. Skoro jednak zgodziłeś się podwieźć nawet mnie… Spójrz no na wodę – co widzisz?

W wodzie nie było nic szczególnego. Cisa uległa spłyceniu, obnażając łysiny kamieni, i leniwie pieniła się w wyszczerbieniach brzegów. Za to przez środek rzeki pędzili jeźdźcy w kolczugach i czapkach-szyszakach, jękliwie drżały cięciwy łuków, uwalniane od płonących strzał; z lasów wychodziły niedźwiedzie i wilki; gady wpełzały do opuszczonych domostw, babrały się w wylanym na podłogę mleku; z nieba na ziemię spadał rozgniewany głos Boga; parobkowie chwytali za siekiery; trzeszczały sosny, unosząc w górę, w gęstwinę kawałki ludzkich ciał.

– Co to jest? – odwrócił się do niej i zamiast bezzębnej starej baby z pozlepianymi od brudu czarnymi pasmami zobaczył urodziwą młodą dziewczynę; miała na sobie to samo ubranie, karty tak samo wyglądały spomiędzy stulonych połówek prawie obnażonych piersi; wyraźnie widoczne sutki napinały bagdadzki jedwab sukni; włosy, cienkie jak nici cichego wiatru, czarną łaską opadały na ramiona.
Uśmiechała się, poślinione usta błyszczały w słońcu, jak odłamki stłuczonego szkła.
– Jak masz na imię? Skąd jesteś?
– Mów mi Brzydka Baba… Nie ma teraz, – wyszeptała, przykrywając powieki, – jest przeszłość i przyszłość, wczoraj i jutro.
– Gdzie jedziemy? – zapytał zdławionym głosem.
– Szukać tego, czego nie mamy.
Wsiedli do samochodu i spojrzeli sobie w oczy; ona ujęła jego głowę w dłonie i przytuliła do siebie; on poczuł smak jej ust; po tym powoli odsunęła swoją twarz i wyciągnęła w jego stronę butlę z winem;
– Masz, napij się.

Butla była ze zwykłego szkła, z mistrzowsko wygiętym w łuk uchem, jak w dzbankach; wino niepokoiło czerwono-czarną ciemnością i gorzkawo-słodkim smakiem; czułym ruchem oderwała szyjkę od jego ust, podobnie jak wcześniej, kończąc pocałunek. Tuż przy nich, obok auta, sunęli ludzie; siedzieli na wozach ciągniętych przez konie i woły, jechali pociągami i tramwajami, autobusami i trolejbusami, schodami ruchomymi w metrze, płynęli statkami i wyglądali z iluminatorów samolotów; w natłoku obcych twarzy raz po raz dostrzegał znajome, ale nie zdradzał swojej obecności nawet machnięciem ręki.

– Jedziemy, – powiedziała wreszcie Brzydka Baba.

Zostawili nieszczęsny Rachów, gdzie ludzie chodzili w zdeptanych butach, wyliniałych koszulach i niewyprasowanych garniturach; jedli niewiele i podle i nawet w święta pili nie wódkę (nie mówiąc już o martini), tylko śmierdzący samogon wysokiej jakości; w samym centrum prestiżowego Starego Świata panowała nędza i zadymione kadzidłami idee; ale ludziom nie było aż tak źle, jak by się mogło wydać Luksemburczykowi, gdyby przypadkiem znalazł się w tych stronach – przecież, jako ludzie prości, z zasady nie wyobrażali sobie innego życia, nie wiedzieli, że jest ono możliwe, chociaż wszyscy potrafili czytać i pisać, a ścieżka granicy przebiegała tuż obok. Był ciepły późnojesienny dzień; osłabione słońce skrapiało ziemię leniwym światłem; w milczeniu i z pokorą umierały liście; oto od kogo można się nauczyć, jak pogodzić się z własnym losem. Na duszy było beztrosko; Brzydka Baba milczała; on czekał, aż zniknie za chwilę, ona nie odzywała się i niepokoiła go swoim zapachem.

– Dlaczego masz na imię Old? – Brzydka Baba przerwała długie milczenie.
– Skąd wiesz, jak mam na imię? – zapytał zaskoczony; roześmiała się:
– Dużo wiem o tobie.
– To nie imię, tylko ksywka, – powiedział. – Poza tym, skoro już tak dużo wiesz, to powinnaś wiedzieć też, skąd się wzięła.
– Wiem dużo, ale nie wszystko.
– Została mi z dzieciństwa. Nie lubiłem dużo mówić, częściej milczałem i dlatego właśnie dostałem ksywkę Old, czyli stary.
– Powiedz mi coś o swoim dzieciństwie, – poprosiła.
– Po co? – zdziwił się Old.
– Prawie nic o nim nie wiem.
– I dobrze.
– Nie masz zbyt miłych wspomnień?
– Nie o to chodzi… Po prostu sądzę, że nie nadszedł jeszcze czas na wspomnienia.

Ziemia jak gdyby przestała się kręcić, zatrzymała się w miejscu; opony zaczepnie tarły się o jej skorupę i samochód mknął obok przepaści tak, jakby w żadnym razie nie mógł do niej spaść; w szarobłękitnym powietrzu, prawie zawadzając o krony dumnych sosen, latały duże ptaki, podobne do pterodaktyli; nie krzyczały, szybowały w ciszy, niczym paralotnie; Old czuł, jak w oazie niedaleko Addis-Abeby biała kobieta z zapałem oddaje się dwumetrowemu murzynowi i krzyczy – czy to z upału, czy też z rozkoszy; i że w Dortmundzie, w ładnym domku mieszka sympatyczne małżeństwo, mają ładną córkę, jednego Mercedesa i jedno Porsche, oboje są naukowcami, oboje są samodzielni i w żaden sposób nie potrafią się porozumieć; akurat teraz kłócą się, ona rzuca w niego złotym kolczykiem z prawego ucha, on w nią puszką po Goldfassle, czuł też mnóstwo innych rzeczy, a Brzydka Baba roześmiała się – tak jakby z jego odczuć. Zatrzymali się w Jaremczy, podjechali prawie pod sam wodospad; Brzydka Baba wzięła go za rękę i weszli do wody; prymitywne molekuły trój-atomowe niosły w sobie jakiś kod, informacje niemożliwe do ujęcia w ramy bitów; Old poczuł, że ma na sobie postoły i szatę z grubego sukna, przy sobie szeroką sakwę i pistolety; trzymając się za ręce, spadli wraz z wodą z wysokości wodospadu i wyszli z Prutu nieco niżej, niż należało, w związku z czym musieli się wrócić do restauracyjnej kołyby; zdążyli za to wyschnąć przez ten czas. Usiedli przy stole, Brzydka Baba postawiła na nim toboły; z ich, wydawało się, pustej czerni zaczęły wyłaniać się na stół dania. Wśród nich były takie, o których Old nigdy nie słyszał, a tym bardziej nie widział ich na oczy: ranible z grzybami i szczypiorkiem, tartaletki z tuńczykiem i krabami, suflet kasztanowy, zabaione itd.; nie znał wszystkich tych nazw i chyba specjalnie dla niego przy daniach były tabliczki.

Duży stół na osiem osób był zastawiony dziwacznymi potrawami, nie zostało nawet kawałka wolnej przestrzeni, Old nie miał pojęcia, od czego powinien zacząć człowiek, który chciałby uchodzić za kulturalnego.

– Nie damy rady zjeść tego wszystkiego, – wybełkotał, ale gospodyni stołu nie zwróciła uwagi na jego słowa.

Jadła niczym prawdziwa hiszpańska donna, manierycznie i jednocześnie bezpośrednio, ruchy miała oszczędne i skromne; nie rozmawiała, jedynie od czasu do czasu prosiła, by podać jej coś, opuszczając przy tym rzęsy, jak mniszka z New Hampshire; nakładała sobie każdą potrawę, ale niewiele, przy czym zużyte talerze błyskawicznie znikały w otchłani tobołów, skąd wydobywały się inne. Olda zmuliło od jedzenia i wina, zastanawiał się, gdzie by tu znaleźć miejsce, w którym nikt nie będzie przeszkadzał; Brzydka Baba uśmiechnęła się do tych myśli i wielce obiecująco spojrzała mu w oczy, aż odczuł, jak spojrzenie parzy go w siatkówki. Skończyli z jedzeniem, popili sokiem z mango, później wypili kawę, z nieznanych przyczyn wenezuelską; zabaione, które, jak się domyślał, było deserem, Old nie odważył się tknąć, jak również zapiekanki z jabłkami i orzechami cashew. Przy kawie z zadowoleniem zapalił, wówczas zjawił się kelner, burknął coś przypominającego powitanie, wyjął zszargany notatnik i ogryzek z lewej kieszeni czarnych firmowych spodni i wypalił jak z karabinu:

– Pierwsze barszcz drugie szaszłyk surówka kapusta kompot woda mineralna.
– Daj nam dychę, głupcze, – powiedziała Brzydka Baba i uśmiechnęła się czarująco. – Za to, że poradziliśmy sobie bez ciebie.
Kelner wyjął portfel i położył na stół dwudziestkę piątkę, kłaniając się przy tym uprzejmie.
– Świetnie, mordko, możesz już iść.
– Dziękuję, zapraszam ponownie, – chłopak znowu ukłonił się, tym razem prawie do podłogi, cicho odwrócił się i poszedł sobie.
Kawa była smaczna, dlatego Old poprosił o powtórkę.
– Naprawdę chcesz kawy? – spytała go Brzydka Baba.
– Tak, – odpowiedział zdziwiony, – a o co chodzi?
– Dziś możesz mnie poprosić jeszcze tylko o jedną rzecz. Spełnię jedno twoje życzenie, nie więcej.

Old łypnął na jej biodra, ukryte pod jedwabiem i przez to jeszcze bardziej pociągające, na piersi, potem na usta i szyję; postanowił wstrzymać się z życzeniami.

– To jak, chcesz kawy?
– Nie, dziękuję, rozmyśliłem się.
Wyszli. Dookoła ciężkie góry zionęły chłodem.
– Dlaczego mam cię nazywać Brzydką Babą? – spytał się Old. – Jesteś młodą ładną Cyganką.
– Wiesz, w waszym świecie wewnętrzny sens rzeczy nigdy nie odpowiada określającym je słowom, – odpowiedziała Brzydka Baba. – Na razie, ponieważ nie rozumiesz tego, wołając mnie, korzystaj z tego sympatycznego zwrotu.
– Czyli wychowujesz mnie? – irytował go ten pouczający ton; tak profesor z Cambridge rozmawia z cofającym się w nauce studentem, jeżeli, rzecz jasna, w Cambridge zostają cofający się w nauce. – Co masz na myśli?
– Proszę bardzo: sprawiedliwość, uczciwość, wierność, czystość, demokrację, prawdę. Pojąłeś?
– Tak, – odburknął Old.
– Bo mogłabym tak długo. Każde używane przez was pojęcie jest przystosowane do teorii klasowych, – rzuciła banknot do czapki starca, siedzącego przy wejściu na mostek widokowy z wodospadu z odsłoniętą nogą, zniszczoną przez jakąś chorobę.

Old zobaczył siebie w ubraniu z owczej skóry; jego szponiasta prawica mocno ściskała rękojeść kamiennego topora; w chaszczach coś klekotało, słyszało się charczenie i gwizdy, huczały uderzenia maczug; zwierze uciekało od osaczających je sprytnych dwunogich – współplemieńców Olda; oszalały ze strachu odyniec wyleciał na oświetloną słońcem polanę i z rozpędu wpadł do jednej z pułapek; przyszła kolej na Olda. Podbiegł do dołu, rozdzierając krzykiem własne płuca, i opuścił broń pomiędzy małe biegające oczka zwierzęcia; potem jeszcze raz i jeszcze; dookoła zaroiło się od zdyszanych towarzyszy, którzy, unosząc ręce w górę, hałaśliwie cieszyli się ze szczęśliwego finału polowania. Old stał pośrodku, przepełniała go duma i radość; we wczorajszym pojedynku wywalczył sobie to prawo – prawo do zadania ostatniego ciosu…

Brzydka Baba dotykała palcami jego pulsującej żyły i milczała; jak gdyby widziała to, co on.
– Chodźmy już, – powiedziała.
Lusterko i oba światła zostały zdemontowane przez czyjeś wprawne ręce; przednie drzwi próbowano otworzyć, o czym świadczyły rysy obok zamka, ale najwyraźniej zabrakło na to czasu. Przez głowę przeszło mu, że lepiej byłoby wrócić.
– Dobrze, wrócimy, – powiedziała Brzydka Baba; Old przekonał się, że przed nią nie da się ukryć żadnej myśli, w tym intymnej; nawet się jednak nie zaczerwienił; nie wstydził się swoich myśli, jakichkolwiek.
Znowu jechali, i było pięknie; uśmiechały się choinki; Old położył dłoń na jej udzie i od razu się spocił; drżące palce brnęły coraz wyżej, a Brzydka Baba niby nie dostrzegała tego; zatrzymał już auto pod wilgotną ścianą lasu, gdy powiedziała:

– Przejedźmy się jeszcze trochę.
Ciemność spadła na ziemię gwałtownie, jak orzeł na zdobycz; ziemia ziewnęła, przykryła się pierzyną z rosy i zasnęła; zjechali z szosy i zatrzymali się na małej polance.
– Będziemy tu nocować? – spytał się Old.
– Tak, – odpowiedziała Brzydka Baba.
– Dlaczego? Przecież jest zimno. Poszukajmy lepiej jakiegoś schronienia, hotelu czy czegoś takiego. Nie masz dowodu?
– Dowód nie ma tu nic do rzeczy. Kiedy spałeś ostatnio na ziemi?
– Zdaje się, że nigdy, – Old wzruszył ramionami. – I nie chcę. Nie jestem turystą.
– Ludzie nie śpią na ziemi i jej nie grzeją, ziemia nie grzeje więc ich.
– Jesteś wiedźmą? – spytał się; od razu pomyślał, że plecie bzdury, przecież czeka go bardzo długa noc z tą pięknością. Jak gdyby nie słysząc tego, powiedziała:
– Nazbieraj drewna na ognisko.
Nieprzyzwyczajony, robił to długo; wreszcie uzbierała się niewielka kupka, zabrał się do rozpalania; nic mu nie wychodziło, drewno było surowe, skończył się gaz w zapalniczce; Brzydka Baba, widząc te marne wysiłki, uniosła rękę, zrobiła nią ruch nad kupą i płomień buchnął, jak gdyby ognisko paliło się od zawsze.
– Nie umiesz żadnej z rzeczy, które powinien umieć mężczyzna, – westchnęła.
– Zaczekaj, a zobaczysz, – zaprzeczył Old.
– Dobra, zobaczymy… Idź do lasu i złap zająca na kolację.
Roześmiał się, a ona spojrzała na niego z wyrzutem.
– Nie potrafisz? – zapytała.
– Oczywiście, że nie potrafię. Nawet za dnia, a co dopiero w nocy.
W milczeniu rozścieliła niedźwiedzią skórę, za uszy wyciągnęła z tobołu prosiaka, a po nim długi nóż; prosiak kwilił i przebierał nogami.
– Masz, zarżnij, a ja go upiekę.

Powiedziała, a Old zrozumiał, że musi popełnić to morderstwo; na klindze noża, w górnej części, widniała punca jednego z mistrzów damasceńskich; chwycił prosiaka od razu za oba ucha, lewą nogą przycisnął do ziemi, ciało rzucało się w podrygach, i wsadził mu nóż pod szyję; buchnęła krew, jak gdyby pod skórą nie było nic innego; przypadkiem trafił w arterię i nieszczęsne zwierzę nie męczyło się długo; od całej tej czynności zaczęło go mdlić. Brzydka Baba patrzyła na wszystko z uśmiechem; nic nie powiedziała, wzięła małą tuszkę, sprytnie wybebeszyła ją i nadziała na przystosowany do obracania rożen, umocowany już nad ogniskiem. Położyła się i zaczęła liczyć gwiazdy. […]

Serhij Stepa
przełożył Aleksander Horodecki

Aleksander Horodecki
Żyć, umrzeć i żyć – Trzy powieści i plac Serhija Stepy

„Mieszkam w mieście A, kraj B, kontynent C. Wszystko wokół jest mi dobrze znane, nawet to, że prawdopodobieństwo zdarzenia się rozmaitych niespodzianek, niekoniecznie łatwych do zniesienia, jest bardzo wysokie. Wszystko jest mi dobrze znane – oprócz rzeczywistości… Spotykam się ze znajomymi, prowadzimy długie rozmowy na nieśmiertelny temat „jak to jest”, i okazuje się, że nie bardzo wiadomo nie tylko „jak”, lecz nawet „co” jest – mimo pozornego porozumienia gdzieś w tle czuwa mocno i pewnie zagnieżdżona w nas świadomość niemożności opowiedzenia o sobie (bo o kim tak naprawdę opowiadamy?), połączona z raczej oczywistą w tym przypadku indolencją cechującą słuchanie innych. „My life is falling to pieces” – śpiewał kiedyś Mike Patton. Nie wiem, co dokładnie miał wówczas na myśli, lecz w moim przypadku chodzi o próby pozbierania się do kupy bytu rozczłonowanego, w istocie będące namiastką kontaktów z innymi bytami rozczłonowanymi.

Mimo to niespecjalnie chce mi się zostawić miasto A, kraj B itd. Opuszczenie miejsca, w którym często czuję się wyobcowany, jest w tej chwili dość łatwe, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że będzie to przeprowadzka z jednej obczyzny do innej. W efekcie ląduję na naszej-klasie, tym samym maksymalnie zbliżając się do urzeczywistnienia schematu wow wow wow, sformułowanego w „Generation P” przez Wiktora Pielewina”. Prawda, że to scenariusz raczej typowy i łatwy do wyobrażenia?

Czy jednak świat „wow! akapulkopsis now!” powstał wraz z nadejściem naszej-klasy, czyli po prostu Internetu? Wydaje się, że nastąpiło to wcześniej. Podobne objawy bez większego trudu odnajdziemy w książce Trzy powieści i plac Serhija Stepy. Są one tym bardziej przekonujące, że akcja powieści rozgrywa się w rzeczywistości, której w żadnym przypadku nie da się posądzić o zbytnią otwartość na przepływ informacji, mianowicie w Związku Radzieckim w okresie słynnego brieżniewowskiego „zastoju”, w Polsce kojarzonego ze znaną z Kazika Staszewskiego „totalną stabilizacją”.

W Europie Środkowej, czyli nosząc w sobie więzienie

Jednak opresyjne realia ZSRR, pomimo licznych czytelnych odniesień, nie odgrywają w twórczości Stepy większej roli, jak również w znikomym stopniu determinują poczynania jego bohaterów. O wiele większy wpływ na nich ma „więzienie, które człowiek nosi w sobie”, wynikające, jak zdaje się twierdzić autor, z czegoś, co pozwolę sobie na potrzeby tego artykułu nazwać „syndromem Europy Środkowej”. Bynajmniej nie chodzi tu o kryteria geograficzne, chociaż Serhij Stepa jest pisarzem ukraińskim wywodzącym się z zakarpackiego Tiaczewa mieszkającym i pracującym w węgierskim Jaszbereny. O dominantach jego twórczości tak pisał Petro Skunć:

Co dominuje w twórczości Serhija? Pragnienie wyrwania się z konwenansów, które zafundowała sobie ludzkość. Dążenie do życia tylko i wyłącznie dla siebie – dążenie prawie nieokiełznane. A jednak tuż obok nas są ludzie zdolni je okiełznać. Ponieważ nie potrafiący zdobyć się na to nie noszą w sobie praw rządzących obcowaniem z innymi, które bezskutecznie będzie ustalać państwo, gdyż władza jest z natury amoralna. Jeżeli nie rządzą tobą prawa wewnętrzne, możesz uważać się za poddanego państwa policyjnego. Chociaż w brutalnym, bezdusznym społeczeństwie konflikty z władzami wszczynają właśnie ci kierujący się prawami sumienia.
To mądra, przemyślana i wycierpiana prawda.

Akcja Trzech powieści i placu „dzieje się” właśnie na Węgrzech i Zakarpaciu. Dużo większe znaczenie mają tu specyficzne konstrukcje mentalne, charakterystyczne dla tej co najmniej niedookreślonej części świata. Omówmy przede wszystkim wspomniane „więzienie w sobie”. Rzec można, nie jest to nic oryginalnego, przecież podobny dyskomfort umysłowo-uczuciowy może przeżywać również Europejczyk „zachodni”, Amerykanin czy Japończyk. Zgoda, tyle że możemy się dopatrzyć pewnych różnic, mianowicie wymienieni kształtują w sobie pewnego rodzaju ograniczenia, mając na celu szeroko rozumiane normalne funkcjonowanie w społeczeństwie, korzystanie z przysługujących im praw etc., natomiast bohaterowie Stepy więżą siebie w sposób paradoksalny, jest to bowiem efektem poszukiwania przez nich wolności, której w żaden zadowalający ich sposób nie potrafią zdefiniować. Nasuwa się zaproponowane przez Ewę Thomson określenie „mentalność postkolonialna”, którą z jednej strony cechuje swoiste zachłyśnięcie się odzyskaną wolnością zbiorową i nieumiejętność zrealizowania w jej pojemnych przecież ramach postulatu wolności osobistej, z drugiej zaś traktowanie struktur ponadjednostkowych (społeczeństwo, państwo itd.) nie jako współtwórców i strażników wolności jednostki, lecz jako bezosobowych hamulcowych tejże. Biorąc pod uwagę fakt, że treści pokrewne z poglądami Ewy Thomson Stepa zaserwował nam około dwadzieścia lat wcześniej, a więc przed odzyskaniem w miarę pełnego wachlarza swobód obywatelskich, gdy nie było to wcale takie pewne, możemy zaliczyć go do umownego, bynajmniej nie wąskiego grona środkowoeuropejskich „proroków mających gdzieś prorokowanie”.

Wolność, Miłość, Szczęście = Łabędź, szczupak i rak

Posłużyłem się tytułem znanej fraszki Iwana Kryłowa, ponieważ, moim zdaniem, świetnie oddaje ukazane przez Stepę skomplikowane interakcje zachodzące pomiędzy tymi podstawowymi marzeniami ludzkości. Jak wiadomo u Kryłowa zwierzęta ciągną wóz każde w swoją stronę, dzięki czemu nie rusza on z miejsca. Pewne analogie znajdziemy u Stepy, który zdaje się uważać, że wolność może być zarówno nierozerwalnie związana z miłością, prowadząc w domyśle do szczęścia, jak i przebywać w stałym konflikcie z nią, przy czym zawieszenie broni jest z reguły krótkotrwałe i niekoniecznie owocujące efemerycznym choćby uczuciem szczęśliwości.

Zobaczmy teraz, jak to odbywa się w praktyce, czyli na stronach książki. Spójrzmy na Olda i Brzydką Babę z Nie dziś, tylko wczoraj i zawsze. Pierwszy, mając do wyboru fascynującą „jazdę bez hamulców” z ucieleśnieniem męskich projekcji na temat ideału kobiecości a pozostaniem w realiach cokolwiek ciasnych i przaśnych, decyduje się na to drugie rozwiązanie, potwierdzając tym samym słuszność przekonania Brzydkiej Baby (autora?), że człowiek jest stworzony nie do szczęścia, tylko „do czegoś innego”. Czy jednak dzieje się tak nie dlatego, iż podświadomie uważa on, że teoretycznie o wiele bardziej atrakcyjny wybór również nie uczyni go szczęśliwym. Druga z kolei zostawia Olda (co wydaje się logiczne – przecież odrzucił jej ofertę), by kontynuować szalony marsz przez życie, skrzętnie wykorzystując znajomość wszystkich jego absurdów i przyziemnych ludzkich słabości, i zapewne uszczęśliwić kogoś innego, lecz jej postawa również wydaje się niejednoznaczna. Czyż nie jest bowiem tak, że dysponując nadprzyrodzoną mocą uszczęśliwiania mężczyzn, Brzydka Baba jednocześnie czuje się przez ową moc zniewolona? Innymi słowy, skoro mężczyźni nie chcą, by ich uszczęśliwiano, a przynajmniej nie chcą, że się tak wyrażę, by uszczęśliwiano ich poprzez uszczęśliwianie właśnie, to co można zrobić w sytuacji, gdy jedynie to jest się w stanie im dać? Zaznaczmy przy tym, że nie chodzi o żadną gejszę itp., podmiotowość kobieca, jeśli wolno się tak wyrazić, została przez Stepę oddana na w stopniu, w którym do tego jest zdolny mężczyzna. Z kolei odrzucenie nie nastąpiło bynajmniej wskutek lęku przed tą podmiotowością, jak głoszą popularne ostatnio teorie…

Mamy u Stepy również inne, bardziej „prozaiczne” przykłady. To Adwokat z powieści Stereo w małym miasteczku, w sposób, wydawałoby się, chłodny i opanowany szukający spełnienia i w efekcie tkwiący w klinczu pomiędzy żoną a kochanką (która jest w identycznej sytuacji), raczej bezskutecznie próbując zbyć wzruszeniem ramion wydźwięk moralny sprawy. To jego klient Lekarz, pogrążony w modnych ostatnimi czasy „układach”, wskutek niegdysiejszego odrzucenia przez kobietę swoich marzeń, przekonany o tym, że skoro dla jedynej miłości swojego życia porwał się na wszystko, łącznie z morderstwem i pokonaniem strachu przed zdekonspirowaniem, a mimo to nie osiągnął celu, to w żadnym razie nie warto zrzucać akceptowalnej społecznie skorupy i szukać miłości gdzie indziej. To młodszy kolega Lekarza Zawalecki, „uwięziony we własnej prawości”, jak śpiewa Boris Griebienszczikow z rosyjskiego zespołu „Akwarium”, w pocie czoła pracujący na opinię szalenie utalentowanego chirurga i równie „uzdolnionego” nieudacznika życiowego. To wreszcie Igor i Maria z Wyspy pośrodku Dunaju, których relacje przypominają nieco relacje pomiędzy Oldem a Brzydką Babą: Igor nie jest w stanie porzucić dla Marii swojej beznadziejnej (i beznadziejnie chorej) żony, natomiast Maria prawdopodobnie nigdy nie zdobędzie się na porzucenie porzucającego ją Igora…

Paradoksalnie, ale całkiem nieprzypadkowo najlepiej radzi sobie z „problemem miłości w wolności” Hannusia z Placu, dziewczyna pracująca jako sprzątaczka w szkole i dorabiająca do marnej wypłaty sprzedawaniem swojego ciała. Jej rozwiązanie jest być może obcesowe, nie można mu jednak odmówić skuteczności: „Oceny, lekcje – co mam z nimi zrobić? Nie zjem ich, nie wypiję, a ministrem nie zostanę, no…” Wykonywana przez nią „praca dodatkowa” bynajmniej nie odziera dziewczyny z godności osobistej, jak również z marzeń o miłości, które jedynie z pozoru są skazane na klęskę („…tak, raz tylko byłam z nim, jakiś rok temu, zeszłej wiosny, na polu, i jak gdyby tęcza mi zeszła do oczu, a w powietrzu nie było niczego, prócz tlenu, a ziemia pachniała…”). Jest to, z jednej strony, jak najbardziej rozsądna ocena swoich szans i predyspozycji, z drugiej zaś specyficzne postępowanie polegające na akceptacji rzeczywistości takiej jaką jest i jednoczesnym ignorowaniu rządzących nią reguł, najczęściej równie sztucznych, co absurdalnych. Akurat ten typ bohatera wydaje mi się nawiązaniem do wciąż witalnej w naszych krajach tradycji literackiej i obyczajowej – wystarczy wspomnieć Szwejka, rosyjskiego Iwana Duraka, bohaterów filmów Emira Kusturicy czy po prostu kawałów opowiadanych po knajpach.

Dramat pozorny

Spreparowany przeze mnie obraz może wydawać się mocno ponury, ale zapewniam, że jest to raczej moja „zasługa”, Stepa bowiem zgrabnie równoważy omówione wyżej ważkie i nieco pesymistyczne wątki akcentami łagodniejszymi i przede wszystkim zabiegami stylistycznymi, z których wyróżniłbym zwłaszcza składnię. Nie wiem, czy wynika ona, jak przypuszczają redaktorzy wydania ukraińskiego, z wykształcenia autora (jest fizykiem), ale rzeczywiście cechuje się prostotą i uporządkowaniem. Mamy do czynienia raczej z krótszymi, lakonicznymi zdaniami, a jeśli już zdarzają się dłuższe (a się zdarzają, i to wcale nie od święta), to znajdując się na końcu, bez większego wysiłku przypomnimy sobie początek. Innymi słowy, czyta się Stepę lekko, choć treści nie są łatwe, nie stosuje on również efektu „dręczenia” czytelnika, rzekomo „zmuszającego do myślenia” (i rzeczywiście, czytelnik pomyśli sobie chwilę, że udręki ci u nas dostatek i bez tego – i „dzieło” wędruje na półkę – taka drobna uwaga na marginesie). Prócz tego, ulotność ludzkich pragnień i czynów jest umiejętnie kontrapunktowana przez opisy „niewzruszonej”, nie dającej się do końca „uczłowieczyć” natury, co samo w sobie nie jest niczym nowym, jednak imponuje wspomnianym „ścisłym” przekazem i znajomością realiów, tzn. Zakarpacia, delty Dunaju etc. Dodatkowym kontrapunktem jest to, co nazwałbym „pochwałą zwykłych czynności ludzkich” typu jedzenie, picie piwa, koszenie trawy itd. W tym Stepa przypomina nieco szkołę czeską, mimo że nie jest tak absurdalnie komiczny (choć np. gdy Hannusia straszy swojego klienta wywaleniem z partii za uprawianie płatnego seksu, robi się równie zabawnie).

Jednak największe zasługi na polu „złagodzenia” przekazu przypisałbym powściągliwości Stepy. Chodzi mi o unikanie egzaltacji i okrucieństwa w opisywaniu ludzkich dramatów, uniesień, niepowodzeń, występków etc. Pisarz, zgaduję, chciałby powiedzieć nam, że owe dramaty i podłości są, przynajmniej na razie, nieodłącznym, choć niekoniecznym składnikiem naszej natury, i że oprócz zdolności do ich przeżywania (tylko na pierwszy rzut oka absolutnie oczyszczającej lub – odwrotnie – kompletnie jałowej) powinniśmy zadbać o zdolność do przysłowiowego wyciągania z nich wniosków pozwalających nam żyć dalej, przy czym żyć naprawdę.

Mit: iluzja panaceum

W pisarstwie Stepy znajdziemy również określoną dawkę mistyki, wywodzącej się głównie z rozmaitych wierzeń ludowych i demonologii. Możemy wymienić oczyszczającą moc wody, przemianę Hannusi i ścigających ją podczas biegu przez tytułowy Plac, no i rzecz jasna szczególne zdolności Brzydkiej Baby. Jednak, jak sądzę, wprowadzenie tego typu wątków nie ma na celu odrealnienia świata, spowodowanego tęsknotą za bytem jeśli nie idealnym, to przynajmniej bardziej barwnym, nie chodzi również o zbudowanie rzeczywistości, nad którą ma się pełną kontrolę (na co zdają się cierpieć niektórzy fantaści). Mimo pozorów, Stepa raczej twardo stąpa po ziemi. Mit i cud – mówi nam – jest potrzebny każdemu, lecz srogo zawiedzie się ten, kto uzna je za sposób na rozwiązanie wszystkich problemów. Znajduje to potwierdzenie w jego powieściach: bieg przez Plac nie odmienia nikogo na lepsze (choć niektórych nie odmienia na gorsze), Igor wraca znad Dunaju oczyszczony, trudno jednak powiedzieć, że bardziej wartościowy, natomiast moc Brzydkiej Baby, jak już wspominałem, jest jednocześnie źródłem jej zniewolenia, do tego okazuje się bezużyteczna w starciu z pragnieniem niezdefiniowanej wolności owocującym „więzieniem w sobie”.

Parafrazując powiedzenie ukochane przez ekonomistów, mit jest dla Stepy czymś w rodzaju instrukcji montażu wędki, którą następnie każdy musi sam nauczyć się obsługiwać, by złapać upragnioną złotą rybkę.

„Urodził się, żył i umarł.”

Właśnie w ten sposób opisuje życie człowieka jeden z bohaterów Placu, Wasyl, nauczyciel i skończony alkoholik. „Podskórne” przesłanie Stepy jest jednak diametralnie inne, moim zdaniem brzmi ono następująco: „nie sztuką jest urodzić się, żyć i umrzeć, wielką sztuką żyć, umrzeć i żyć, ale jest to wykonalne”.

W jaki sposób? Może odpowiedzią będzie pytanie z książki Wojciecha Jagielskiego Modlitwa o deszcz, zadane autorowi przez pewnego mułłę z afgańskiego Peszawaru:

Czy nie posłuchaliście tak zwanego zdrowego rozsądku, który w istocie rzeczy jest tylko obleczonym w piękne słowa zwykłym strachem przed cierpieniem i utratą tego wszystkiego, co się składało na dotychczasowe życie, strachem, który bywa silniejszy od tęsknoty za tym, co najcenniejsze, ale niewiadome i niepewne?

Aleksander Horodecki