FRAZA NR 57 / 2007 – PROZA (Z) ŻYCIA

PROZA (Z) ŻYCIA:

Janusz Pasterski
NOTATNIK OTWARTY

Kondygnacje szukania

Wyobraziłem sobie tę podróż z Vancouver do Nowego Jorku, znad Pacyfiku nad Atlantyk, z zieleni wzgórz w metaliczny blask. Najpierw z „nosem wciśniętym w owal iluminatora”, a potem „z głową zadartą do góry”. Jak gdyby w tym wertykalnym przeciwstawieniu kryła się symboliczna trudność poznania. Wciąż za daleko, czy z góry, czy z dołu – nadal ten sam dystans do jasnego punktu w oddali. Ale pozostaje za to nadzwyczajne odczucie perspektywy, tak różnorodnej i zmiennej, pozostaje patrzenie na świat inaczej niż dookolnym ruchem głowy i oczu. Oddalić się, by być bliżej i dostrzec ukryte kondygnacje przestrzeni, a może i czegoś więcej.

O tym wyjeździe pisał Autor w liście do Marka Kusiby: „Nowy Jork przypomniał mi, jakim cudem jest podróż i jakim darem możliwość przeniesienia się w miejsca nieznane. Wyliczył na skrzyżowaniach swoich ulic i alej wszystkie grzechy, jakie popełniłem przeciwko własnej wyobraźni i wrażliwości”.

Wznowiony raz jeszcze topos podróży w głąb szklanej kuli teraźniejszości i w głąb siebie znalazł się w kilku z prezentowanych niżej wierszy Romana Sabo. Ich autor, polski poeta zamieszkały od 1981 roku w kanadyjskim Vancouver, starał się wykorzystać zetknięcie z kosmopolityczną stolicą zachodniego świata do konfrontacji z własnymi przemyśleniami i pytaniami, które skrystalizowały się właśnie tutaj, choć pewnie kołatały się w myślach już od dawna. Jego obraz Nowego Jorku jest wprawdzie skonwencjonalizowany, ale broni go żartobliwy dystans, który z tysięcy detali pozwoli Autorowi złożyć swój własny, osobisty wizerunek miasta. A poprzez niego z kolei będzie mógł spojrzeć na siebie, na „człowieka” z wyznaczonym mu czasem i przestrzenią. Bowiem jak pisał Sabo w dalszej części wspomnianego listu: „bez podróży nie ma poznania, bez poznania zrozumieć świata nie sposób, a bez zrozumienia świata w epoce globalnych wiosek nie można zabierać głosu na jakikolwiek obszerniejszy temat”.

Idea poszukiwania, komparacji i „pakowania łupów do wora pamięci” towarzyszy poecie w kontemplacji sztuki, w poruszaniu się śladami innych, w przywoływaniu obrazów pamięci. Wyjawia zarazem wizualną wrażliwość, która kieruje go czy to w stronę „Holendrów”, czy antycznych tworów kultury. „Co zrozumiałem – pyta – ja Guliwer przemierzając połacie przestrzeni / w czasie wędrując […]?” I znajduje odpowiedź w dualistycznej naturze ludzkiego istnienia, pełnego piękna i równocześnie przemocy, zachwytu i krwi. Znak tego rozdwojenia tkwi również w miłości – nadzwyczajnej, nieopisanej, uskrzydlającej, a przecież – kruchej, łamliwej, zniszczalnej. Z pewnością „nie takiej”, jaką chciałoby posiąść ludzkie pragnienie.

Szukanie Romana Sabo dalekim echem przywołuje również refleksyjne nicowanie świata Bogdana Czaykowskiego. W wierszu poświęconym zmarłemu niedawno poecie przypomina Autor może ostatnie z nim spotkanie. Także rozmowę „w pokoju wypełnionym słońcem” i swoje zadziwienie tą poezją zakotwiczoną gdzieś poza horyzontem w „najwyższej kondygnacji czasu”. Bo może tam trzeba podążać, by nie zapaść się w nicość. Z tego lirycznego portretu pozostaje więc słoneczny blask, tajemnica języka i oczy poety – uważne, skupione, przenikliwe. Wpatrzone w ziemioskłon, gdzie tkanka ziemi przemienia się w kopułę nieba.

Janusz Pasterski

Roman Sabo
O KONDYGNACJACH CZASU Z NOWEGO JORKU

Samolot jak wahadło porusza się między obrzeżami przestrzeni
A człowiek spędza czas z nosem wciśniętym w owal iluminatora
Mając nad głową ogrom niezróżnicowanych sklepień a pod stopami rozwijający się rulon ziemi
Której barwy, wzory, wybrzuszenia i niebotyczne szczyty nadają nieskończoności zarysy i kontury

Po Manhattanie będzie chodzić z głową zadartą do góry
Gdzieś między 40 a 88 piętrem Empire State Building
winda wibruje jak rzucany porywami wichury samolot
a potem stalowy grot a nad nim przestrzeń
Punkt a pod stopami oceany świateł
miliony losów w pulsującym ogromie
A wymiar jego nadludzki i powszechny zarazem
Jak na ulicy pasmanterskiej gdzie igieł, materiałów, szpulek z nićmi i zapinek
w bród na uszycie jeszcze jednego, osobistego, przytulnie zapiętego na ostatni guzik Nowego Jorku

Zślizgując się z wysokiego piętra przestrzeni zastanawia się
w jakie kondygnacje ułoży się jemu tylko wyznaczony czas
w jakie kształty skrzepnie jedynie jemu wyznaczona przestrzeń
jeszcze przez chwilę nietknięte kreślonym przez geny, ludzi i zdarzenia planem zabudowy

***

W Metropolitan Museum poczułem zapach farby
Co – jak zwykł był pisać Miłosz – miało miejsce w sali oddanej Holendrom.
Czarnowłosa, czarnooka, drobna, w czarnym swetrze
Kopiowała czarno-biały portret holenderskiej mieszczki
A zapach farby wyrwał mnie z przestrzeni i przerzucił w czas
Nieodwołalnie wstrzymany śmiercią mego Dziadka
Który kopiował obrazy w niewielkim pokoju
Gdzie stały słoje z pędzlami, walały się na wpół zużyte tubki, drewniane palety,
Górowała stara gdańska szafa obfita w malarskie przybory
I chociaż wszystko co we mnie niecielesne odbyło podróż w czasie i przestrzeni
Tak oczywistą jak o dzień wcześniejszy lot samolotem z zachodu na wschód
Poza zapachem farby wonią tempertyny cielesnym zaplątaniem w tłumnym tu i teraz
Nic obu miejsc z sobą nie złączyło

***

to rozwiązanie ciał
brzemiennych miłością
rozrastających się w miłosnym związku
do wszechświatów czułości uwagi i wdzięku

to wielkie otwarcie
na całkowitą odmienność
na wszystko inne na zawsze
na możliwość bogactw istniejących tuż za granicą skóry

to wielkie odczucie czułości
to wielkie niezapomniane odczucie wdzięczności
to wielkie rylcem życia wydłubane odczucie wyłączności

powinno owocować czymś trwalszym
czymś z kamienia z granitu ze złota z platyny
czymś szlachetnie niezniszczalnym

nie tym nie tym

***

Co zrozumiałem w Metropolitan Museum, ja Ali Baba
Gdy Sezam otworzył się na kilka godzin, abym
kręcąc głową we wszystkie strony pakował łupy do wora pamięci?
Co zrozumiałem, ja Guliwer, przemierzając połacie przestrzeni
W czasie wędrując jak gdyby był domem o kilku piętrach i szerokich schodach?
Co zrozumiałem w egipskim sarkofagu, w polinezyjskim świecie maszkar,
W renesansowej willi, gotyckiej katedrze, greckim gimnazjonie, azteckiej budowli
W ciemni bizantyjskich świątyń? To zrozumiałem:
Piękno i zbrodnia, mord i uwielbienie
Tak, że na złotej masce z tropikalnej dżungli
Na mieczu, który głowy strącał z saraceńskich szyj
Na krzyżu, na ikonie, na egipskim fresku
Krew oraz zachwyt, zachwyt oraz krew
Piękno i przemoc, przemoc

***

Rozmawialiśmy w pokoju wypełnionym słońcem
W tle jarzyła się cebula ukraińskiej cerkwi
Czytaliśmy wiersze
taki dumny jestem z metafory
Jakby rodem z metafizycznych Anglików

Przyznałem się z radością do błędu
Myślałem że zwieńczeniem tej poezji
Będzie szczupły tomik z wierszy ostrożnie wybranych
A tu twórczość z najwyższej kondygnacji czasu
Dojrzałe zwieńczenie
I ten drugi błąd –
Gdzież głowie wygolonej
Szczupłej ciepłej twarzy
Do francuskich mądrali

Uważne spojrzenie
Oczu widzących więcej niż ziarnistość życia
Mocne żółte światło
już to widziałem
Minionego lata
W muzeum Van Gogha
Na autoportrecie
Malowanym kręgami
Tym gdzie nie wiadomo
Czy zapadnie się w siebie
Czy w wszechświat uleci

Roman Sabo

Vivienne Plumb
ZŁOTA RYBKA

Mój syn nie chodzi już do szkoły,
wybiera się gdzie indziej. Idzie
na spacer sam, w swoim
własnym kapeluszu na głowie,
leży w łóżku, gdzie mu zadają
kropelki do żył i jego ciało
jest zatankowane do pełna.
Zabawne, jak oni rosną,
mówi kobieta, która jest farmaceutką,
To twój jedynak?
Z takimi trudniej, bo są rozpieszczeni,
tu masz receptę, czterdzieści dziewięć dolarów.

Próbuję udawać przed sobą,
że ona nie wie, co mówi.
Na zewnątrz zapala się czerwone światło
i muszę się zatrzymać, i wszędzie te dzieci
przypominają o sposobie, w jaki
przychodzi się na świat, poród, dorastanie,
żeby stanąć na nogi grubym albo chudym.
On, mój własny, był kiedyś chudzielcem,
wystarczyła porcja lekarstw i już jest gruby,
wygląda jak żaba.
W drodze do domu głaskam psa,
na znak nadziei, jaką pokładam w przyszłości.
Kiedy wchodzę, zastaję go w łóżku
i mogę stwierdzić, że jest z nim niedobrze, ależ skąd,
mówi. Często tak mówi.
Albo chodź tu i chwyta moją
rękę, zastygamy jak dwa
kamyczki na brzegu,
ze srebrnym piaskiem głęboko pod nami.
Nie lubimy używać tego słowa na R,
jak mówi pewien biały kitel.
Oni też wolą wieloznaczne
zmiany od guzków, a nawet
jakieś meciaki, jak gdybyś był głuchy
i mógł odnieść wrażenie, że masz świnkę.
Na pierwszym oddziale zaczyna opowiadać
mi swój sen: goni nas ogromna
złota rybka, wpadamy
do jaskini; welonka
o teleskopowych oczach przyłapała nas w martwej
zatoce, potem nagle
jest całkiem sam z potężnym
tomiszczem na kolanach, słowa
encyklopedia medycyny są wytłoczone na okładce,
i on otwiera ją, zaczyna czytać.

przeł. Adam Wiedemann

PRZED OPERACJĄ

Będziesz tam w bieli
spadniesz na dno niczego
gdy wbiją ci igłę
będę trzymała twoją dłoń
kiedy będziesz łagodnie opadał.

Wskazujący i kciuk
jesteśmy tak blisko
moi et vous
(lub raczej tu),
czasem o włos od siebie
nie możemy rozmawiać.

Ciało ma ziemski
magnetyzm nawet gdy nieświadome
ale dusza
ma stać na straży
obdarzona własnymi skrzydłami,
będę musiała twoją napełnić ciężarem
mówiąc ci piękne rzeczy
o tobie, tobie i twoim życiu.

TWARZ ZIEMI

Twoje dłonie już nie pasują do moich
kieszeni, jadę cię zobaczyć, och, jak za
tobą tęskniłam mijając Horowhenua,
przed Levin mężczyzna w żółtej, poplamionej
wełnianej koszuli z kapturem leży twarzą
do ziemi przy strumieniu, jadę, jadę,
po drodze zawsze są owce i smuga
błękitnego dymu na odległym wybiegu dla koni,
po drodze zawsze są kasztanowe zady i
obora o czerwonym dachu.

Intercity z Wellington do Auckland
jedzie jedenaście godzin, kierowca to
zawsze Sean, Dougal, Jim albo Dave,
kierujemy się białymi liniami, jest
słupek, brama, słupek, kabel na ogrodzeniu,
słupek, brama, Horowhenua, Manawatu,
Waikato, jadę, jadę, jadę.

Owce, sklep z wełną, pawilon rzeźniczy, za wcześnie
na baranki, owcze ciężarówki z blachy falistej
uporczywie stoją, każde miasto ma własne
drzewo różane, i dla upamiętnienia króla i kraju,
to jest okolica, która pożarła lasy te motu.

Wycinają nową, wstrętną bliznę
drogi koparką, oto jestem,
nadjeżdżam, roztopiona zieleń, ciężarówka ze
świniami, nawóz, drewno na opał, kwadratowa
płyta kiszonki, widzę klękające
owce, przewidują pogodę, kare,
przepowiadają deszcz.

Nakarmiono i napojono nas na Flat Hills, jesteśmy
zwierzętami wypasającymi się na twarzy Ziemi, kochając
jadę, słońce tonie na lewo od herbaciarni
Karapiro, pozostałości cukierkowego różu, przyciskam
ucho bliżej, mogę cię usłyszeć bo prawie tam dojechałam,
dzielne serce, dzielna twarz,
widzę owcę
kłaniającą się na Queen Street,
Sky Tower, bleep, bleep,
jestem tu, kochanie, gdzie są twoje dłonie,
ogrzeję je włożę do moich
kieszeni, choć do nich nie pasują.

FANTASMAGORIA

Ciągle stawiają nowe fikuśne apartamenty
pod mieszkaniem mojego umarłego syna.
Wyżłobili głęboką dziurę
i ostrożnie przeciągają kabel w kraciastej osłonce,
kładą go w poprzek niewypalonych cegieł:
Dla tak krzepkich mężczyzn jest to wykwintne zadanie.

Nikt do mnie nie macha z frontowego,
dwudzielnego okna mojego syna,
zamieciono werandę
a wewnątrz nikt nie śpi w łóżku.
Kto wziął cukier i dżem, butelki
sosu i torebki herbaty?

W kuchni zaprowadzono nowe porządki.
Wiatr pojękuje i rzępoli
na na wpół zatrzaśniętym
oknie łazienki.

Ktoś, kto nie był mną
zaścielił łóżko mojego syna, każdy
pokój jest nagi, zakurzony, pusty
i ograbiony ze swej egzystencji.

Złożyliśmy turecką narzutę
do kasetki, tak pieczołowicie,
byliśmy tak troskliwi i pocałowałam
jego najbardziej zimną twarz
przed dopasowaniem wieka.
Najbardziej zimne ciało
to trup twojego jedynego dziecka.
O, jak pieczołowicie układaliśmy
tę turecką satynę
i dekorowaliśmy szkatułkę
grubymi tobołkami siarkowożółtego kowhai,
tak, było to wczesną wiosną.

Wydawało mi się, że widzę go na targu rybnym,
jak kupuje filet z terakihi. Wydawało mi się, że go
widzę na ścieżce, którą szłam w świetle
późnego zmierzchu. Wydawało mi się, że widziałam go,
och, jak ja widziałam ten piękny jego tył głowy
wszędzie, w całym mieście.

Moje sny były takie: mój syn przeprowadził się
do islamskiego zrujnowanego pałacu,
ściany całe w łuszczącej się farbie
i religijnych malowidłach. Omawialiśmy problem,
gdzie należy postawić które meble.
Numer dwa: oboje moi rodzice umarli
i dom na przedmieściach, w którym spędziłam dzieciństwo,
został oddany buddystom.
W ostatnim śnie byłam otoczona
przez dwadzieścia tysięcy
akrów wspaniałych ogrodów i czytałam tam
fatalnie wydrukowane apokaliptyczne broszurki:
Ziemia była u kresu, mnie umożliwiono
przejazd na inną planetę,
ale mój syn miał zostać.

Ja jestem tą osobą stojącą nad wodą
i śpiewającą w grocie ciemną nocą.

I mroczna toń jeziora rozwiera się ukazując ciężko bijące serce
i odsłania przede mną swoje fantasmagoryczne sekrety.

przeł. Michał Płaczek i Adam Wiedemann

SKRóTY

Chińczyk z ulicy Karangahape
daje mi sweter gratis, mówi: wszystkie
powyrzucane niedobre ubrania
, używa
zbyt wielu przekombinowanych przymiotników.

Cześć, mówią wszyscy, kiedy siedzę
na rozgrzanych schodach przed starym
Espano, gdzie kiedyś mieszkali
aktorzy Mercury Theatre.

Wszystko sprawia, że myślę o tobie.
Schody, ścieżka wśród palm
w Myers Park, używam twoich skrótów,
udając, że dzień nie minął.

Kobieta z grubą dupą wychodzi
z budynku i wrzuca swoje śmieci
do kosza na ulicy. Mieszkaliśmy w tym
domu, gdy byłeś dzieckiem; uchroń mnie

od tych sideł pamięci.
Ciemne megalopolis. Ostatni,
najbardziej mętny, najsmutniejszy z twoich
dni osiada w galarecie mojego mózgu.

przeł. Adam Wiedemann

LEKCJE PŁYWANIA

Druga po południu i jestem daleko na Tasman Street
trzymając się wietrznej strony ulicy
gdzie stare rupiecie walają się
po chodniku jak wielkie robaki.

W mieszkaniach nowobogackich zbudowanych pięć lat temu
siedzą teraz hałaśliwi studenci, którzy zaśmiecą to miejsce,
płot od frontu przewrócił się przed 48, gdzie mają plakat Che
przyklejony na czerwonej ścianie sypialni.

Najdrobniejsze szczegóły nic nieznaczącej codzienności
skrzeczą przez moje naczynia krwionośne, zły zastrzyk.

Dorośli uczą się pływać. I kolejny znak:
Niniejszy kamień wmurowano ku chwale
Pana za wstawiennictwem Jego Ekscelencji
Gubernatora, Hrabiego Liverpoolu, 1914.

Cios ponad ciosem, buduje się tnący
ruch, moje ramiona gromadzą
impet, otwarcie ust na uniesienie
prawego ramienia i wydech, gdy ręka zagłębia się w wodzie.

Muszę wyjaśnić: drugi rok jest cięższy.
Nie ma go od dawna
i w zeszłym tygodniu nawet nie mogłam sobie przypomnieć
sentencji, którą zwykł powtarzać:
Veni vidi vici,
Przybyłam Zobaczyłam Zwyciężyłam.

przeł. Michał Płaczek

Wiersze z tomu Scarab (2005)