FRAZA NR 54-55 / 2006 – PORTRETY

PORTRETY:

Bogdan Czaykowski

Jakieś ogromne szczęście

Jakieś ogromne szczęście mnie zbudziło,
Nie wyrażone miało w słowach barwy,
Biło jak źródło z ukrytej szczeliny,
I ptak u niego pił z oczami sarny,
I ptak u niego pił.

Poranek był jak szafirowy kryształ,
Cienie i smugi słońca trawę cięły
Płatami i pasmami na dywan z Afganu,
I drżała rosa w arabeskach krzewów.

I z tym ogromnym szczęściem przebudzony
Wiedziałem to, co najważniejsze, więcej: czułem:
Że radość płynie z kochania,
Że szczęście bije jak źródło z miłości,
Że mi nie trzeba wcale posiadania,
Bo w życiu człowiek tylko gości.

Ani wieczności.

1994

Przypowieść

On miał szklane oko, a ja wodoszczelny zegarek,
Więc mogliśmy czarować i uchodzić za magów
U okolicznych hinduskich wieśniaków.
Otaczali nas kołem, a myśmy wołali o wiadro,
Albo dzban jaki, wypełniony wodą.
I kiedy przynosili, Franek Herzog
Wyczyniał hokus pokus, wyjmował lewe oko
I ciskał je do wiadra, gdzie się nie rozpływało.
A potem je wyjmował i robiąc abra-kadabra
Wkładał je w swój oczodół, wśród powszechnego podziwu.
Potem ja zdejmowałem swój wodoszczelny zegarek,
Dar Rubinsteina, który się kochał w matce,
I puszczałem go w obieg, żeby słuchali, że cyka.
A kiedy wracał do mnie, wrzucałem go do wody,
I trochę odczekawszy, wołając abra-kadabra,
Wyjmowałem go gestem maga i znów puszczałem w obieg,
Żeby sami sprawdzili, że dalej, jak nigdy nic, cyka.

Lecz kiedyś w jakiejś wiosce wieśniacy się rozsierdzili,
Musieliśmy wziąć nogi za pas, i potem była nuda
Malarycznych postojów w szpitaliku obozu.
Więc Franek wpadł na pomysł: będziemy robili twaróg,
I wkrótce gonty szpitala kapały serwatką z woreczków,
Aż inspektorzy zdrowia wglądnęli w ten proceder,
I zawartość woreczków musieliśmy zjeść w pośpiechu,
Dzieląc się zresztą szczodrze z innymi malarykami.

Była to pora pełni, wschodów wielkiego księżyca,
Który się zdawał tak blisko, że gdyby dało się dobiec
Na czas, zanim jak balon wzdęty różanym gazem
Wzniesie się nad horyzont i stanie niedosięgły,
Można by się wgramolić z pagórka albo drzewa
Na jego kontynenty, widoczne jak na dłoni.

Lecz nas trzęsła malaria, i szczekając zębami
Zaczęliśmy pisać poemat, o dwóch co szli na księżyc.

Tak powstała przypowieść o genezie sztuki,
Niech ją sobie rozważą jakieś późne wnuki.

***

O dawco imion, wysłuchaj mej ody.
Idąc przez puszcze, wszedłem w świat dziwniejszy,
Gdzie dzikie drzewa zrodziły ogrody:
Granica dębów, a za nią jabłonie,
Wiśniowe sady za granicą buków,
Śliwy stojące w gąszczach dzikich jagód,
I ukwiecone obłoki uruków.
Idąc przez dżungle wszedłem w lasy sadów.

O dawco imion, kto sadził te drzewa,
Pustynne stepy przemienił na błonie,
I gdzie się ukrył, czemu wyjął dłonie
Błogosławieństwa z zimnych ogni kultur,
I spalił, w żywym ogniu, spalił, o bezdłonny,
Genezę raju i początek piękna?

O dawco imion, kaleki, ułomny,
Wśród śliw dojrzałych i rumianych jabłek,
W trawie wśród wiśni stlałe szczątki ciała,
I ogorzała kość, i kiść zbielała,
Leżą, i odrąbane, sczerniałe kikuty
I łuska węża, i wina spalona.

Obłęd po lesie pohukuje, woła,
Echo za echem zatraca woń ziół,
I dymią liście w mgieł kosmicznym szumie.

O dawco imion, twe imiona
Kiedyś rytmicznie kołysały wiersze,
A teraz pustka zjęzyczona
Grozi pęknięciem wszerz, w poprzek, i w głąb.

Z perspektywy „upadłych kobiet”

Długo nie wiedziałem,
Że można wziąć ciało w nawias,
Traktować je jak instrument,
Skrzypce, flet, fujarkę,
Bęben,
Że skóra to pośrednik
Dotyku, to anioł wysłany
Przez boga, któremu wolno kochać
Wszelką nieszczęśliwą cielesność.
Zrozumiałem, że można oddać
Ciało
Nie oddając siebie,
Że w końcu i tak oddaje się ciało
Płomieniom, robakom, ziemi,
I nie ma w tym zdrady,

Że kiedy jest się wewnątrz uczuć,
Uczucie ma stopnie, czasem
Czuje się jak absolut,
Ale bywa tylko królikiem głaskanym,
Psem łaskotanym za uchem,
Łasicą.

Nieraz trzeba długo żyć,
Żeby zrozumieć.
Być może trzeba długo umrzeć
By zrozumieć wszystko.

Oprócz nienasyconej
Nie mieć nic

Miłości.

Nie jestem tym czym jestem

Nie jestem tym czym jestem. I kiedy to, czym jestem
Przestanie być czym jest, czy zginie także to,
Kim jestem?

Obłok, który się w czarną chmurę zmienia,
Kiedy wypłacze z siebie cały deszcz,
I wszystkie błyskawice piorunami pouziemia,
Czym jest?

***

Ciało szło sobie dalej, powolniejąc, coraz mniej składnie, jakieś od wewnątrz rozkręcone, a jednak coraz potężniejsze, samowolne, jak triumfująca anarchia, ale smutne bez króla i królowej, samozniewalające się swym rozprzężeniem, a ja odstawałem od niego coraz bardziej, skupiony w zanikającym punkcie mojego ja, mojej woli, przystający na bunt, na ,
,
rozwód, na porzucenie, aż zobaczyłem z bardzo daleka, że już iść nie może, że nogi się pod nim ugięły, że ramię podtrzymujące głowę zwątliło się i zwiotczało, więc jeszcze go chciałem poderwać rozkazem, któremu było tak chętnie przez lata mojej nad nim władzy posłuszne, wstań, idź, śpiewaj, ale odmówiło posłuszeństwa, bo nie dosłyszało, i zrozumiałem przebłyskiem bez oka, że jestem cieniem bez ciała który padł na ziemię do niepoznaki. I pożegnałem ciało, i cień, i pożegnanie. ,
,
I krzątano się jeszcze przez chwilę, wokół tego, co było.

Janusz Pasterski

Bogdana Czaykowskiego półwiecze pisania

W roku 2007 mija właśnie pięćdziesiąt lat od czasu debiutu poetyckiego Bogdana Czaykowskiego. Równo pół wieku temu 25-letni wówczas autor ogłosił w Londynie swój pierwszy zbiór wierszy pod tytułem Trzciny czcionek. Był to dla młodego poety okres wyjątkowo ważny i twórczy, czas niezwykle wszechstronnego i intensywnego rozwoju. Przynależąc z racji dramatycznych przeżyć i tułaczego losu do tzw. emigracji wojennej, stanowił zarazem jej najmłodsze, choć świadome już znaczenia przeżywanych wydarzeń, dziecięce ogniwo. Ta wyjątkowość biografii, w której mieści się jeszcze szczątkowa pamięć przedwojennej ojczyzny i żywa obecność polszczyzny jako języka dzieciństwa, będzie determinować dalsze koleje jego życia, a co ważniejsze – zadecyduje także o kształcie pisarstwa.

„Nie wygnany i nie emigrant…”

Przygodę z pisaniem rozpoczął Czaykowski bardzo wcześnie. Jak wspominał w jednej z rozmów, pierwsze wiersze pisywał już „w dzienniczku harcerskim” podczas pobytu w Indiach. Jego właściwa twórczość datuje się natomiast od czasu studiów w Dublinie na początku lat pięćdziesiątych. Co ciekawe, powstawały wówczas wiersze w języku polskim i w języku angielskim. Te pierwsze okazywały się jednak ciekawsze, budziły zainteresowanie emigranckich czytelników, przyjaciół i krytyków. Prawdziwym przełomem w tej krystalizacji zainteresowań literackich stało się nawiązanie kontaktu z grupą młodych polskich poetów z Londynu (Bolesławem Taborskim, Florianem Śmieją, Adamem Czerniawskim oraz innymi), z którymi współtworzył Czaykowski grupę Kontynentów. Wtedy właśnie opublikował pierwsze swoje wiersze w piśmie „Merkuriusz Polski” oraz w paryskiej „Kulturze” (maj 1955). Po wydaniu debiutanckiego zbioru w roku 1957 wkrótce przygotował następne: Sura (Londyn 1961), Spór z granicami (Paryż 1964), Point-no-Point (Paryż 1971). Na kolejne tomy przyszło jednak czekać wiele lat. Poeta osiedlił się w 1962 roku w Kanadzie, gdzie został wykładowcą i profesorem literatury polskiej oraz wschodniosłowiańskiej Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Praca akademicka, a także pewien kryzys twórczy związany z obawami utraty kontaktu z żywą, współczesną polszczyzną, zahamowały na dość długo jego dalszą twórczość poetycką. Rekompensowała ją w jakimś stopniu rozległa działalność naukowa oraz przekładowa (wspólnie z Andrzejem Buszą i Ianem Higginsem). 

Ponowne ożywienie aktywności poetyckiej przypadło na lata dziewięćdziesiąte. Po raz pierwszy w Polsce ukazały się wtedy dwa zbiory wierszy Bogdana Czaykowskiego: najpierw obszerny, retrospektywny tom utworów zebranych z lat 1953-1989 Wiatr z innej strony (Kraków 1990), a później zupełnie nowy tomik pt. Okanagańskie sady (Wrocław 1998). Trzy lata później – niestety, znów poza krajem – opublikował jeszcze zbiór Superkontynentalny Toronto-Vancouver (Berlin-Toronto 2001). Od tego czasu utwory poety są często obecne w krajowych czasopismach, podobnie zresztą jak jego wypowiedzi naukowe, publicystyczne, wspomnieniowe czy też zapisy przeprowadzanych z nim rozmów. Warto podkreślić, że ważnym, choć jednak niedocenianym, owocem tego zaangażowania było również przygotowanie i opracowanie obszernej, pionierskiej Antologii poezji polskiej na Obczyźnie 1939-1999 (Warszawa-Toronto 2002). W symboliczny sposób dzieło to przypieczętowało proces przywracania literaturze polskiej dorobku piśmiennictwa emigracyjnego, którego najbardziej rozpoznawalną i emocjonalnie zaangażowaną część stanowiła zawsze właśnie poezja. Wreszcie w roku 2006 ukazał się tom niezwykle interesujących rozmów Bogdana Czaykowskiego i Adama Czerniawskiego O poezji, nostalgii, krytykach i kryteriach (Toronto-Rzeszów 2006, w opracowaniu Magdaleny Rabizo-Birek). Przybliżają one nie tylko postać samego poety, ale też odsłaniają jego prawdziwe zaangażowanie i pasję, jakie żywi w stosunku do kultury i literatury polskiej. 

„Śnię, że jest wyjście…”

Poezja Bogdana Czaykowskiego od samego początku nacechowana była poczuciem doświadczania wyjątkowości losu i szczególnym wyczuleniem na emigrancką „niedorzeczywistość”. Wewnętrznie rozdarty „ni tu, ni tam”, wielokrotnie podejmował poetycką refleksję nad kwestią własnej tożsamości, łącząc ją w charakterystyczny sposób z namysłem nad rolą miejsca i czasu. Pojawiały się więc motywy wewnętrznych rozterek, wahania, a także bezdomności i wykorzenienia. „Język moim łańcuchem” – pisał w jednym z wierszy, „Nie wybierałem miejsca / Chętnie bym się urodził po prostu w trawie” – wyznawał. Sytuacja wygnania wymagała bowiem wewnętrznego zdefiniowania i przystosowania, sensualna poezja Czaykowskiego musiała odnaleźć w tej duchowej przestrzeni własne znaki ładu i zakorzenienia. Odmienność pejzażu, obcość historyczna i kulturowa rodziły zrazu nastrój przygnębienia oraz jałowości poetyckich aspiracji. W skierowanym do dzielącego ten sam los Andrzeja Buszy wierszu o ironicznym tytule Niezwykłe mając bo spętane skrzydła doszła do głosu tak silna gorycz osamotnienia, że jej poetyckim ucieleśnieniem stał się indiański totem porzucony dawno wśród głuchych kniei. W tych warunkach pisanie wierszy w języku polskim musiało wydawać się czymś zupełnie bezużytecznym. „Chodź natkamy w butelki wierszy Andrzeju Andrzeju / Eheu rzucimy w morze nasze wiersze”. 

W utworach Bogdana Czaykowskiego równie istotną rolę odgrywała pamięć. Dalsza i bliższa, powracała ze zdwojoną siłą, pozwalając przekuć słabość w siłę. Doświadczenie samotności i wykorzenienia rodziło bowiem potrzebę intelektualnego zdystansowania, zinterpretowania własnego życia w szerszej, ponadjednostkowej perspektywie. Czaykowski umiał pogodzić to rozdarcie, ponieważ naturę świata postrzegał właśnie w antynomii. W jednym z wierszy ujął to w poetycki sposób: „Wiatr z innej strony i od razu słońce. / Słońce, i zaraz wiatr z przeciwnej strony”. 

Przeszłość powracała często poprzez obcowanie z naturą. Krajobrazy, zakątki, drzewa, drogi czy rzeki ożywiały mechanizm pamięci, przynosząc łagodne ukojenie skłębionym obrazom. Stąd ich szczególne miejsce w liryce Bogdana Czaykowskiego. Nawet w cierpkich wierszach wygnańca i tułacza przyroda stanowiła osobną przestrzeń, a sam poeta wykazywał wobec niej nadzwyczajną wrażliwość. Świat natury stał się dla niego bez mała prawdziwą ojczyzną, w nim znajdował osobisty azyl, wewnętrzny porządek i niewyczerpane źródło piękna. Barwne obrazy łagodziły gorycz emigranta i pozwalały budować więź pomiędzy pamięcią a rzeczywistością. Przyroda okazała się też tym czynnikiem, który umożliwił powolne wrośnięcie w nowy kraj, przyswojenie go i stopniową adaptację. Piękno i ład natury zbliżyło poetę w stronę egzystencjalnej i metafizycznej zgody ze światem, przydało pewności i uspokojenia. „Urodziłem się raz jeszcze” – pisał. 

Czaykowski wielokrotnie i bardzo wyraźnie wyjawiał swój osobisty stosunek do miejsc, w których przebywał. Powstały na przykład piękne strofy o Wołyniu czy Indiach („Pół ojczyzny / zostało w szmaragdowej zatoce Bombaju” – jak pisał w wierszu Mała podróż na wschód), a przede wszystkim o cudownych krajobrazach Kanady, jak choćby te z okolic jeziora Okanagan nieopodal Vancouver. Związany z tym miejscem wiersz Okanagańskie sady dał tytuł ostatniemu zbiorowi poety. „Okanagańskie sady! raje w kotlinach na zboczach suchych gór…” 

„Nie jestem tym czym jestem…”

Prezentowane w niniejszym numerze „Frazy” nowe wiersze Bogdana Czaykowskiego z wielu względów zasługują na szczególną uwagę. Przede wszystkim stanowią wybór z większej całości, którą – jak można oczekiwać – ujrzymy niedługo na księgarskich półkach. W szerszej perspektywie składają się zaś na symboliczny zarys najważniejszych motywów twórczości Czaykowskiego, zarys spójny i zarazem charakterystyczny. Ale z drugiej strony publikowane teraz nowe utwory równie silnie odsłaniają dzisiejsze oblicze tej poezji, refleksyjnej, głębokiej i wciąż zdumiewającej precyzją i starannością języka. Ukształtowanie językowe jest zresztą prawdziwym znakiem rozpoznawczym tych tekstów. Autora Okanagańskich sadów wyróżnia szczególne wyczucie językowe, nadzwyczajna umiejętność „słyszenia” zarówno pojedynczego słowa, jak i całych struktur zdaniowych. W związku z tym jego fraza poetycka posiada swój odrębny, wewnętrzny rytm, podkreślający wyraźną muzyczność i walory dźwiękowe wiersza. Nie ma w nim przypadkowych czy zbędnych elementów, słowa przenikają się wzajemnie „podskórnymi” łączeniami, scalają się w spójną wizję i za pomocą tej obrazowo-dźwiękowej harmonii odsłaniają poetycki sens. Jednym słowem, Czaykowski to poeta dźwięku i rytmu, czuły „sejsmograf polszczyzny” (w odległym Vancouver!). Muzyczny charakter tych wierszy spotyka się ponadto z konceptualną zasadą konstrukcji. Właściwie wszystkie utwory wykorzystują formułę konceptu (np. Jakieś ogromne szczęście, Przypowieść) lub paradoksu (np. Z perspektywy „upadłych kobiet”, Nie jestem tym czym jestem). Pozwalają one lepiej uchwycić antynomie istnienia, scalić myśl wybiegającą w różne wymiary i nadać całości uniwersalny rys.

Można na tę propozycję spojrzeć również jak na poetycki mini-traktat o początku i końcu, o narodzinach i śmierci czy po prostu o nieprzeniknionej tajemnicy życia. Postrzegane w różnych wymiarach życie ujawnia swą dwoistą naturę, rozpiętą pomiędzy nieopisaną urodą świata i fascynacją cudem istnienia a perspektywą przemijania, osamotnienia i przenikającej pustki. U podstaw tej refleksji tkwi epifaniczna myśl o radości bytu. „Jakieś ogromne szczęście mnie zbudziło” – pisze poeta, a jako jego źródło wskazuje miłość, radosną, oddaną, nienasyconą. To trudna lekcja, owoc wielu lat, a może nawet całego życia, w dodatku – wcale nie oczywisty, dostępny jedynie w chwili niespodziewanej iluminacji. Po drugiej stronie tego zamyślenia wyłania się natomiast niezwykle ciekawy motyw ciała i cielesności. Jak pisze autor w wierszu Z perspektywy „upadłych kobiet„, „można ciało wziąć w nawias / traktować je jak instrument”. Ciało bowiem jest tylko „pośrednikiem dotyku”, „chmurą” wypłakującą deszcz, użytecznym, choć nietrwałym narzędziem ziemskiego istnienia. Nie warto mu zawierzyć wszystkiego, nie można też bezgranicznie ufać jego zmysłom, które bywają zdradliwe. W sugestywnym, parabolicznym utworze *** Ciało szło dalej zamyka poeta ziemskie misterium ciała – to najpierw cielesność triumfująca, aktywna, nieposkromiona, stopniowo zaś opadająca z sił, nadwątlona, wyczerpana. 

Z wierszy Czaykowskiego przenika także bardzo silny pierwiastek transcendentny, obecny w nagłej epifanii, w obserwacji natury albo w poetyckiej wizji umierania. Przybiera niewyrażalną postać samoświadomości, utożsamianej z podmiotowością istnienia czy po prostu z duchowością. Ułomnej cielesności towarzyszy więc samoświadomy duch, powracający dokądś, może do swego źródła, do swego początku. Celnie ujmuje ten namysł nad istotą „ja” wiersz Nie jestem tym czym jestem. To bardzo „miłoszowski” utwór, odsłaniający paradoksy ludzkiego bytu, intuicyjnie skupiony wokół pytania o naturę człowieczeństwa. „I kiedy to, czym jestem / Przestanie być czym jest, czy zginie także to, / Kim jestem?” W tym kręgu myślowym mieści się również wzniosła oda *** O dawco imion, w której poetyckie nawiązanie do Księgi Rodzaju łączy się z ludzkim doświadczeniem opuszczenia i osamotnienia. Określenie „dawca imion” – jedna z formuł odnoszących się do Stwórcy, powołującego do istnienia – w pośredni sposób wskazuje też na metafizyczne korzenie poezji. Jej dzisiejszy stan świadczy jednak o oderwaniu od tego podglebia i głębokim zeświecczeniu słowa. „A teraz pustka zjęzyczona – czytamy – grozi pęknięciem wszerz, w poprzek i w głąb”. 

Bodaj najbardziej „przejrzysta” jest w tym zestawie Przypowieść, odwołująca się prawdopodobnie do biografii poety i jego młodzieńczych lat spędzonych w Indiach. Żywa narracja, barwne, fascynujące wręcz detale, ironiczna puenta – sprawiają, że ten przypominający wcześniejsze Autosekwencje wiersz rozsnuwa przed czytelnikiem poruszające historie młodości. Pamięć, konkret i poetycki skrót trafnie oddają niegasnącą pasję życia i pasję poznania, przymioty nieobjętej młodości przyoblekającej się trwale w mit. Ten mit jest zarazem początkiem sztuki, tak jak przywoływana młodość jest w tym wierszu prawdziwą pełnią istnienia. 

Poza wszystkim prezentowane utwory Bogdana Czaykowskiego układają się w subtelny gest pożegnania, poetyckiego rozrachunku z życiem i pisaniem. Warto podkreślić, że to gest starannie opanowany, pozbawiony tonów niespełnienia czy rozpaczy, choć zarazem nie wolny od wątpliwości i niepokoju. Jako owoc mądrości życia i doświadczeń losu przynosi natomiast głębokie umocowanie w metafizycznej naturze bytu i przenikającej obie sfery ludzkiego istnienia miłości. „Oprócz nienasyconej / Nie mieć nic / Miłości”. 

Janusz Pasterski

Krasimir Simeonow

Wyznanie miłosne *

Tobie,
która wydobyłaś
muszelkę
mego serca
i ją sobie włożyłaś
do akwarium.

Twoje włosy
wiązką księżycową
na falach.

Twoje oczy
tymi ptakami,
dla których na zawsze zostanę
zimą.

Na wargach
masz wspomnienie innych przestrzeni.

Nareszcie oddycham.

 

Erotyka spostrzeżeń

Czulsze od języka żmii
jest spojrzenie,
którym cię rozbieram.

Moje ręce,
oparzone twoim żądłem
rozdmuchuje wachlarz
ze skrzydeł motyli.

Ledwo mogę dosłyszeć
– Tak gorąco dzisiaj .

 

Powrót

Idę
po drabinie z gwiazd.
Schodziłem ciężko i długo,
a babcia znów ukryła klucz
do naszego smutku
w kącie wilgotnego pokoju;
wilgotnego od strachu każdego dziecka,
by nie zgubiło
ukochanej zabawki swojej matki
siebie.

Otwórz mi.

Moja maleńka muza

Moja muza jest
drobną jasnowłosą kobietą.
Pracuje po osiem godzin
dziennie,
potem gotuje
albo mnie głodzi.

Ale ja bardzo uważam,
żeby moja maleńka muza
nie rozchorowała się
z ostrej pogardy
dla moich wierszy

i nie zamieniła mnie na innego
domowego ulubieńca.

Miejsce dla smutnych porównań

Jak odkładanie czegoś ważnego;
jak zrywanie kwiatu;
jak odczasownikowy rzeczownik;
jak stare ubranie;
jak zbity pies;
jak bezsensowny film;
jak sucha trawa;
jak dym;
jak nocna bezsenność;
jak wieczorna godzina;
jak bezceremonialny pocałunek;
jak Wy;
jak księżycowy kamień;
jak niebiański kolor;
jak ogniste nasienie;
jak herezja w nas;
jak słomka w słomce;
jak drogie ręce;
jak uśmiech;
jak moje dziecko.

Nowi barbarzyńcy

Chłopiec miał ojca –
zeschłego i nieruchomego.
Było mu ciężko,
kiedy go kąpał w niedzielę
i kiedy go golił
w poniedziałek.
A ponieważ
miłość jest drewnem,
które każdy struga
wedle swoich marzeń,
chłopiec zbił trumnę
dla ojca
i jednej nocy
pocałował go w usta
do ostatniego tchnienia
czasu.
Potem
przeszukał jego kieszenie
i zadzwonił do lekarza…

Niedługo po tym zmarła mu matka.
Chłopiec miał dziewięć lat.

Rak

Po diagnozie
Lekarz mi powiedział:
„Nie ma sensu,
możesz jeść wszystko.”
Wyszedłem,
kupiłem sobie lody,
biały chleb i ostrą paprykę.
Usiadłem w domu
sam
i zadzwoniłem do mamy.

Deszcz

Różaniec myśli
pozostał cały.
Przekłute niebo
ściekło po tęczy.
Uśmiechnięta tęcza – co za początek –
zebrać niebo
w garść wody.

Do domu

Gdy gałęzie niskie
cierniami ją dotykają
krwawi
pianą czystą i białą

rzeka Cierpliwości
płynie przez lasy Strachu,
ale w oddali gdzieś
morze na nią czeka…

Hm

ubranie niemodne
serce krowy
w ciele żyrafy
z odciętą szyją
chomik
z psim życiem
kangur ze skrzydłami strusia
język
ulicznika
i to wszystko grzęźnie
w bagnie wątpliwości
aż po nos

widać tylko
dziecięce oko
malutkiego cyklonu

Krasimir Simeonow
przeł. Marta Todorow